Steve Pavlina: rozwój osobisty człowieka rozumnego - po polsku!

Trochę do poczytania o rozwoju osobistym i świadomym życiu. Ze szczególnym uwzględnieniem odkrywania sensu swojego życia i budzenia odwagi by podążać jego drogą. Za darmo.

Funkcjonowanie człowieka sukcesu

Człowiekiem sukcesu stajesz się kiedy z powodzeniem realizujesz swoje plany. Jeżeli osiągasz swoje cele, to osiągasz sukces. Nie osiągasz celów, nie osiągasz sukcesu.

Sposób myślenia o sukcesie jest prosty: albo – albo. Osiągać – dosięgać, uzyskiwać, dokonywać, spełniać. Czego będziesz dosięgać, dokonywać czy co uzyskiwać to już zależy od Ciebie.

Różnica między człowiekiem sukcesu i takim, co z sukcesem niewiele ma do czynienia polega głównie na sposobie poświęcania uwagi. Ludzie nie osiągający sukcesu niewiele uwagi poświęcają swoim celom, o ile w ogóle zawracają sobie głowę ich ustalaniem. Ludzie sukcesu natomiast celom poświęcają dość uwagi, by je osiągać, realizować, spełniać.

Ludzie nie osiągający sukcesu osiągają, realizują, uzyskują w tym czasie coś innego niż swoje cele. Dość często osiągają oni, uzyskują i realizują cele ustalone przez kogoś innego, nie przyjmując ich świadomie jako własnych.

Aby być człowiekiem sukcesu musisz poświęcać swoim celom dość uwagi, by je realizować, osiągać, spełniać. Oznacza to, że dużo uwagi musisz uwolnić i odwrócić od czynności które nie zbliżają Cię do Twoich celów.

Czemu poświęcasz uwagę w przeciągu przykładowego tygodnia? Jeżeli nie jesteś notorycznie opętany myślą o swoich celach, to o czym myślisz?

Co zazwyczaj stawiasz przed swoimi celami?

Udaje Ci się pooglądać trochę telewizji czy filmów?

Jesteś na bieżąco z mailem, portalami społecznościowymi i SMS-ami?

Wywiązujesz się ze społecznych zobowiązań zgodnie z oczekiwaniami rodziny, przyjaciół czy współpracowników?

Co konkretnie osiągasz, realizujesz, spełniasz w ciągu typowego tygodnia? Czy przez wiele godzin poświęcasz uwagę swoim celom i notujesz postępy w ich realizacji – czy może kierujesz ją gdzie indziej?

Ludzie sukcesu mają świadomość, że aby osiągać swoje cele muszą zrezygnować z poświęcania uwagi innym sprawom. Zdają sobie oni również sprawę że niekoniecznie łatwo odstawia się te inne sprawy na boczny tor. Firma od kablówki może Cię przekonywać żebyś nie rezygnował z abonamentu. Możesz dostać maila od Starbucksa jeżeli długo się u nich nie pokażesz. Mama może zrzędzić o jakichś banałach. Ludzie sukcesu uczą się automatycznego odrzucania takich żądań o uwagę. Wciąż kierują ją z powrotem ku swoim celom.

Musisz być szczególnie wyczulony na nowe propozycje i okazje pojawiające się kiedy pracujesz nad swoimi celami. Te ukryte przeszkody mogą z łatwością wybić Cię z rytmu. Jeżeli nadarzająca się okazja idzie w parze z Twoimi celami to miodzio… korzystaj ile wlezie. Ale kiedy wygląda na to, że będzie z nią nie po drodze, trzymaj się swojego planu, a odwracającym uwagę zdarzeniom mów „nie”. Ogólnie rzecz biorąc mądrze jest mniej pozwalać sobie na oportunizm, co pozwala na bardziej świadome tworzenie. Często będziesz robić większe postępy dzięki samodzielnemu tworzeniu okazji zamiast chaotycznego stawiania na możliwości podsuwane Ci przez innych.

Uwaga: braki w zaopatrzeniu

Uwaga jest ograniczonym zasobem. Każdego dnia masz do dyspozycji mniej czasu, niż byłoby potrzebne do świadomego zapewnienia uwagi i dobrej energii wszystkim rzeczom które o nie zabiegają.

Znajomi, rodzina, współpracownicy, przypadkowi przechodnie, korporacje, organizacje, rząd, media itd. – wciąż będą żądać Twojej uwagi, a w dzisiejszych czasach mają wiele różnych sposobów na dotarcie do Ciebie.

Również i wewnątrz Ciebie trwa rywalizacja: potrzeby fizjologiczne, emocje, pragnienia, zwyczaje itd. Musisz jeść, spać, wypróżniać, kąpać się i tak dalej. Te czynności też wymagają trochę uwagi.

Gdzieś spośród rywalizujących zainteresowań jeszcze jeden głos domagaj się uwagi. To Twój charakter zorientowany na cele, Twoja wyższa inteligencja, Twoje pragnienie by życie miało znaczenie i sens. Ta część Ciebie pragnie osiągnięć i tylko one ją usatysfakcjonują. Chce ona ustanawiać własne cele i je realizować, zdobywać, osiągać.

Ile uwagi poświęcasz tej właśnie zorientowanej na osiągnięcia części swojej osobowości?

Jeżeli zagłodzisz ją odmawiając uwagi, zemści się na Tobie poprzez obniżoną motywację, niskie poczucie własnej wartości i ogólne wrażenie niedostatku. Ale jeżeli zapewnisz jej uwagę której pragnie, zostaniesz nagrodzony bogactwem energii, pędu, pasji, dostatku oraz świadomości wyższego celu i własnego wkładu w rzeczywistość.

Kierowanie uwagi

Na szczęście posiadasz moc świadomego kierowania uwagi. Możesz pozwolić jej na bezcelowe skakanie z tematu na temat. Możesz ją skupić na czymś innym niż Twoje cele, na przykład na celach jakie przygotowali dla Ciebie inni. A możesz skupić uwagę na tym co sam dla siebie zaplanowałeś.

Dokonanie poważnych postępów w życiu wymaga poważnego zaangażowania uwagi. Jeżeli chcesz poprawić stan swoich finansów, musisz skupić się na tworzeniu czegoś wartościowego dla ludzi, dzieleniu się tą wartością i wymyśleniu jak mądrze ją spieniężyć. Jeżeli chcesz zmienić na lepsze swoje relacje, no to temu aspektowi poświęć solidną porcję uwagi.

Mamy niestety skłonność do odwracania wzroku od tych aspektów życia, w których nie radzimy sobie najlepiej. Na krótko ma to sens, gdyż chwilowe odwrócenie uwagi kiedy czujemy się przytłoczeni pomaga trochę się odstresować. Ale jeżeli ma zajść głębsza zmiana, musimy poświęcić wiele uwagi właśnie tym obszarom które wołają o poprawę.

Określanie celów wymaga skupionej uwagi. Planowanie konkretnych działań które mają nas do nich doprowadzić wymaga jej nawet więcej. A jeszcze trochę potrzeba żeby te zaplanowane działania wykonać. Ludzie sukcesu, w przeciwieństwie do tych, co sukcesów nie osiągają, takim czynnościom przypisują wysoki priorytet.

W miarę upływu czasu powinieneś podnosić standardy określania co zasługuje na Twoją uwagę. Wyrzucaj i odrzucaj niepotrzebne drobiazgi i zobowiązania które mogą odciągać Cię od Twoich wyższych celów. Uwolnisz w ten sposób zasoby uwagi którą możesz na nich skupić.

Zauważyłeś już, że kiedy obsesyjnie wręcz skupiasz całą uwagę na celu, możesz posuwać się do przodu naprawdę sprawnie, i że w końcu go osiągasz? A kiedy pozwalasz by uwaga rozpływała się na zbyt wielu konkurujących ze sobą sprawach, to i postępy w osiąganiu celu idą w ślimaczym tempie, a w końcu w ogóle przestajesz o nim myśleć. Cele wymagają solidnej i długotrwałej pielęgnacji dopóki nie zostaną osiągnięte, w przeciwnym razie giną.

Prawie wszystkiemu mów „nie”

Różnica między zwykłym „człowiekiem sukcesu” a prawdziwym człowiekiem sukcesu jest taka, że ten drugi prawie na wszystko odpowiada „nie”. – Warren Buffet

O co chodzi z tym mówieniem „nie”?

Dla mnie oznacza to zdolność do pracy nad moimi celami na pełnych obrotach, kiedy nic nie wchodzi mi w paradę. Oznacza to, że w moim planie dnia nie ma drobnych elementów rozpraszających uwagę. Oznacza to, że nawet kiedy pracuję nad celami, które podrzucił mi kto inny, muszę albo zaakceptować je jako własne (i powiedzieć im „tak”), albo je odrzucić i nie poświęcać im żadnej uwagi. Jeżeli nie mogę uczynić celu w ten czy inny sposób „moim”, to znaczy że nie zasługuje on na moją uwagę.

Nawet cel taki jak rozliczenie podatków może być „Twój”. Możesz zobowiązać się do utrzymywania porządku w swoich finansach. Możesz postanowić płacić podatkowe składki z dowolnego odpowiadającego Ci powodu. Ale jeżeli nie sprawisz by dany cel był „Twój” i mimo to nad nim pracujesz, to podejmujesz walkę z samym sobą, a postępy będą minimalne i nietrwałe. Jest to ogromne marnotrawstwo cennej uwagi.

Uważaj żeby nie utknąć w krainie połowicznego zaangażowania. Poświęcaj uwagę celom własnym i tym, które uznałeś za własne. Jeżeli pracujesz na etacie, to albo bierz się za pracę na tym stanowisku najlepiej jak potrafisz, albo zwolnij je dla kogoś kto zrobi to lepiej.

Stawiaj swoje cele na pierwszym miejscu

Wielu ludzi sukcesu pracuje na etacie. Wielu ludzi sukcesu ma rodziny. Wielu ludzi sukcesu ma najróżniejsze, kolidujące ze sobą, zobowiązania. Tylko że oni nie wykorzystują pracy, dzieci czy innych zobowiązań w charakterze wymówki do niedostatecznego poświęcania uwagi swoim celom. Na każdego kto stosuje takie wymówki dla swojej niezdolności do ustanawiania i osiągania celów znajdzie się prawdziwy człowiek sukcesu który startował z bardziej wymagającej pozycji, a te same elementy wykorzystał by zmotywować się do osiągnięcia swoich celów. Tam gdzie ludzie nie osiągający sukcesów znajdują wymówki, ludzie sukcesu widzą powody do działania.

Jest dobra metoda pomagająca trzymać cele na pierwszym miejscu: przede wszystkim ustanawiać je całościowo, dbając o ich wysoką jakość. Nie trwoń uwagi na płytkie gonienie na przykład za pieniędzmi po prostu „bo tak”. Określ cele które pomogą Ci się rozwijać, budować umiejętności, tworzyć wartość dla innych i robić coś dobrego na świecie. Zastanów się czy kiedy wyobrazisz sobie siebie dwadzieścia lat po osiągnięciu tego celu, to nadal będzie on wyglądał na sensowny i inteligentny?

Rozmyślnie kieruj uwagę na swoje cele. Kiedy akurat stoisz w kolejce – rozmyślaj nad swoimi celami. Wizualizuj sobie podejmowanie kolejnych działań. Spraw by to było Twoje standardowe zachowanie zamiast wyciągania telefonu i zajmowania się czymś błahym.

Starannie planuj kolejne działania prowadzące do osiągnięcia celu. Jeżeli otrzymałeś mój ostatni newsletter, znajdziesz tam obszerny artykuł o tym jak planować osiąganie celów.

Oczyść czas przeznaczony na pracę nad celami, niech ten czas będzie święty i nienaruszalny. Jeżeli jesteś w stanie wykroić tylko odrobinę czasu dla swoich celów, to rozważ ustanowienie takiego dodatkowego celu: uzyskać pełną swobodę pracy nad swoimi celami przez tyle godzin, na ile tylko masz siły. Jakie szczegółowe cele musiałbyś przyjąć i osiągnąć by stało się to rzeczywistością? Wyobraź sobie, że w każdym tygodniu możesz poświęcać większość czasu na pracę nad swoimi najważniejszymi celami – i nic nie wchodzi Ci w drogę. Wielu ludzi żyje w ten sposób i kochają to. Czemu i Ty nie miałbyś tak żyć?

Cel: wolność

Jednym z moich wcześniejszych celów było uwolnić się od finansowego niedostatku (który mógł stanowić powód rozpraszania uwagi) tak żebym mógł cały tydzień pracować nad swoimi celami niezależnie od tego czy przynoszą pieniądze czy nie. Chcę by moje życie obracało się wokół poszukiwań związanych z rozwojem osobistym i aby moja spuścizna dla innych polegała na podzieleniu się tym co odkryłem. Na przestrzeni lat wiele uwagi poświęcałem temu celowi – póki go nie osiągnąłem. Od tego czasu jestem w stanie utrzymywać ten styl życia względnie łatwo. Wiem, że niektórym ludziom dziwne wydaje się oddawanie się celom niezwiązanym z zarabianiem pieniędzy czy pracą na etacie, jak na przykład podróżowanie przez miesiąc po Europie, przejście na weganizm czy odkrywanie otwartych związków, ale tego typu wolność jest dla mnie na tyle ważna, że osiągnięcie tego celu było moim priorytetem przez lata, i trzymałem się go póki go nie osiągnąłem. Było to duże wyzwanie, ale zdecydowanie warte wysiłku.

Znam wielu ludzi który osiągnęli podobne cele. Ogólnie rzecz biorąc, zazwyczaj są to najszczęśliwsi ludzie jakich znam. Zamiast dzień po dniu wykonywać czyjeś polecenia, poświęcają uwagę swoim celom, pragnieniom i zainteresowaniom. Priorytetem jest dla nich utrzymanie tej wolności. Nie robią wymówki ze swojej pracy, dzieci czy braku pieniędzy – wręcz przeciwnie. Nieraz słyszę od takich ludzi historie o porażkach wspominane ze śmiechem i w dobrym nastroju, a nie ze strachem i żalem… na przykład para znajomych musiała kiedyś przespać się w parku bo nie mieli pieniędzy na nocleg. To samo co ludziom nie osiągającym sukcesów jawi się jako przeszkoda, dla ludzi sukcesu jest pretekstem do kroku naprzód (a w przyszłości tematem ciekawych opowieści!).

Jeżeli wolność co do stylu życia jest dla Ciebie ważna, niech stanie się Twoim głównym dążeniem. Osiągnięcie celu postaw na pierwszym miejscu w swoim życiu. Praca nad nim musi stać się dla Ciebie ważniejsza niż stałe sprawdzanie portali społecznościowych, zadowalanie rodziców, oglądanie ulubionego serialu i inne takie sprawy rozpraszające uwagę. Jeżeli cokolwiek innego naprawdę wchodzi Ci w drogę, to albo usuń to ze swojego życia, albo znajdź sposób by działało korzystnie, dając Ci napęd i motywację.

Łatwo jest mi odróżnić człowieka poświęconego zdobywaniu życiowej wolności od tego któremu poświęcenia brak. Ten co się poświęcił ma obsesję na punkcie swojego celu, mało o czym innym myśli. Nie można takiego skłonić by przestał o tym gadać. Ciągle próbuje wykombinować jak sprawić by cel stał się rzeczywistością. Ciężko na to pracuje. Potyka się i rusza dalej naprzód. Zazwyczaj jego cel wymaga więcej czasu niżby chciał. Często chce, by sprawa była załatwiona w czasie krótszym niż rok. Zazwyczaj na zdobycie finansowej stabilności potrzeba dwóch do pięciu lat. Dla ludzi sukcesu oczywiste jest, że ją osiągną – nieważne ile czasu miałoby to zająć. Dla nich ten cel jest obowiązkowy, nie opcjonalny.

Ludzie nie osiągający sukcesów o takim celu myślą jak o odległej fantazji. Jest to życzenie, marzenie, możliwość… coś, co fajnie byłoby mieć jeżeli planety ułożą się odpowiednio. W ich planie działania znajduje się głównie czytanie książek o Prawie Przyciągania i słuchanie nagrań Abrahama-Hicksa. Traktują ten cel jak przypadkowe pragnienie, a nie jako poważne zobowiązanie. Nie szanują ogromnej siły woli jaka jest niezbędna by go osiągnąć. Prawie nigdy tam nie docierają.

Jeżeli cel życiowej wolności ma dla Ciebie znaczenie, to odrzucaj, tnij, pal wszystko co Cię od niego odciąga. Kieruj uwagę prosto na cel, miej na jego punkcie obsesję póki do niego nie dojdziesz. Jeżeli potrzebujesz więcej czasu na pracę, zrezygnuj z abonamentu TV, usuń konta w mediach społecznościowych, a telefon wyłączaj na cały dzień. Rób przerwy kiedy Ci potrzeba, ale potem stale wracaj do pracy nad tym celem. Jeżeli to zrobisz, można spokojnie stawiać że dojdziesz do celu.

Na drodze do życiowej wolności znajdziesz się kiedy przestaniesz stawiać inne sprawy przed tym zobowiązaniem.

Źródło: Being an Achiever

Podróżować z sercem

W tym miesiącu wybraliśmy się z Rachelle w kolejną podróż po Europie. Polecieliśmy do Szwajcarii na konferencję Lifestyle Design, która odbywała się w Zurychu 10 i 11 stycznia. Opowiadałem tam parę swoich historii o odkrywaniu swojej drogi zorientowanej na rozwój – i o podążaniu nią z sercem. Konferencja okazała się wielkim sukcesem, a Kai Christen zdecydował już, że zorganizuje ją ponownie w 2016 r.

Już po raz trzeci poleciałem do Europy z biletem w jedną stronę, nie określając zawczasu konkretnej daty powrotu do Stanów. Nic konkretnego na czas po konferencji w Zurychu nie zaplanowaliśmy. Intencję mieliśmy taką, żeby otworzyć się na nowe doświadczenia i zobaczyć, gdzie nas zaprowadzą inspiracje i zaproszenia.

Podczas weekendu na konferencji otrzymaliśmy około ośmiu różnych propozycji, głównie od osób z innych miast w Szwajcarii. Doświadczenie nauczyło mnie by nie podejmować takich decyzji przedwcześnie i na siłę. Lepiej poczekać aż wszechświat zacznie dawać drobne znaki; lubię też upewnić się, że intuicja daje mi wyraźne sygnały co do kolejnego kierunku. Przy takim sposobie podejmowania decyzji prawie zawsze myślimy z Rachelle podobnie.

Po Zurychu na parę dni wylądowaliśmy w Lucernie u jednego z prelegentów. Zrządzeniem losu, kiedy wysiedliśmy z pociągu, wpadliśmy na innego mówcę poznanego konferencji. Nie wiedzieliśmy, że będzie się tam wybierał, on też nie znał naszych planów. Tego typu „przypadki” przytrafiają mi się bardzo często, kiedy znajduję się w trybie odkrywcy. Paru moich znajomych z Norwegii również przybyło do Lucerny. Zebraliśmy się więc wszyscy na wspólnym obiedzie.

Po paru dniach spędzonych w Lucernie już na własną rękę wybraliśmy się z Rachelle do Genewy. Poszliśmy na wycieczkę po CERN-ie i dowiedzieliśmy się co nieco o tamtejszych akceleratorach cząstek. Następnie na kolejne zaproszenie udaliśmy się do Paryża i tu w tym tygodniu jesteśmy.

Życzliwość

Podczas tej wycieczki szczególnie poruszyła mnie życzliwość i hojność ludzi, z jaką się spotkaliśmy. Jesteśmy w Europie od 9 stycznia i wciąż nic nie wydaliśmy na noclegi. Ludzie są bardzo serdeczni i przyjaźni, zapraszają nas do swoich domów – i to ludzie, którzy poznali nas dopiero w tym miesiącu.

Wczoraj próbowaliśmy kupić w automacie bilety na paryskie metro. Potrzebowałem karnetu z dziesięcioma biletami, ale nie mogłem znaleźć tej opcji w menu, utknąłem więc przy maszynie próbując sobie jakoś poradzić. Wkrótce w kolejce za nami stanęła młoda kobieta. Zaproponowałem by weszła przed nas, ponieważ nie chciałem żeby przeze mnie marnowała czas. Uśmiechnęła się i powiedziała, żebyśmy spokojnie załatwili sprawę. Kiedy zapytałem czy w tym automacie można kupić karnet, chętnie pokazała co i jak.

Przyszło do płatności i automat zaczął odrzucać po kolei wszystkie karty, którymi próbowałem zapłacić. Spotkałem się z tym już wcześniej – niektóre europejskie automaty akceptują tylko karty chipowe. Karty takie są powszechne w Europie i w Kanadzie, ale nie w Stanach. Nawet podając poprawny PIN czasami zapłacić nie mogłem – po prostu automatycznie odrzucały transakcję. Zazwyczaj w takich przypadkach korzystamy po prostu z kanadyjskiej karty Rachelle.

Kobieta zobaczyła,  że automat wciąż odrzuca moje karty – a był to jedyny sprawny automat na tej konkretnej stacji. Akurat kiedy miałem się poddać i zaproponować Rachelle żebyśmy spróbowali z jej kartą, kobieta wzięła swoją kartę i powiedziała, że zapłaci za nasze bilety (ok. 14 euro). Wzięliśmy bilety, podziękowałem jej i wyciągnąłem gotówkę żeby zwrócić jej za płatność, ale nie chciała jej przyjąć. Powiedziała, że wie jak to jest w podróży i że chce, abyśmy czuli się mile widziani w Paryżu. Podziękowaliśmy jej za hojność; taki akt życzliwości bardzo nas wzruszył.

Sami też w końcu jakoś byśmy wykombinowali jak kupić ten karnet, zapłacilibyśmy kartą Rachelle i odebrali swoje bilety, ale miło było uzyskać trochę dodatkowej pomocy w akurat w takim momencie. Jest to też fajne przypomnienie by „podawać dalej”, aktywnie poszukując okazji do wykazania się życzliwością i hojnością.

Komunikacja z energią

Jako blogerowi, pisarzowi, mówcy łatwo jest mi sądzić, że w komunikacji chodzi tylko o słowa. Ale same słowa mogą być bardzo płytkie. Prawdziwa komunikacja to forma przekazu energii. Kiedy energetyczne połączenie nie jest odpowiednie, słowa nie mogą zastąpić tego czego brakuje. Ale kiedy energia jest silna i autentyczna, słowa niemal nic nie znaczą.

Kiedy podróżuję po kraju, którego głównego języka nie znam zbyt dobrze, próby opierania się wyłącznie na słowach sprawiają że czuję się bezsilny i mam wrażenie, że bełkoczę. Ale nawet kiedy nie znam najwłaściwszych słów, mogę komunikować się całkiem nieźle, z pozytywną wibracją taką jak przyjazność, otwartość, ciekawość, docenianie i zabawa.

Podróżując chętnie staram się też wczuć w komunikaty wysyłane przez otoczenie. Słuchać więcej tego, co świat ma do powiedzenia – to jeden z moich powodów by podróżować jeszcze więcej.

W Paryżu zatrzymaliśmy się w mieszkaniu położonym o parę kroków od miejsca ostatniej strzelaniny w „Charlie Hebdo”. Obserwujemy dodatkowe patrole policji obecne w całym mieście, m.in. na niektórych skrzyżowaniach, przed synagogami, a nawet spacerujące ze strzelbami przy centrum handlowym w okolicy Luwru. Jak dla mnie jest to raczej wyraz solidarności, mający na celu zapewnienie ludziom poczucia bezpieczeństwa, aniżeli praktyczne środki bezpieczeństwa.

Atmosfera w tym mieście nie kojarzy mi się z poczuciem zagrożenia, niebezpieczeństwa, potrzebą zapewnienia spokoju. Wszędzie widać znaki „Je suis Charlie” i „Nous sommes Charlie”, również w formie dużych drukowanych banerów zawieszonych na różnych budynkach – m.in. na paryskim ratuszu. Atmosfera tutaj przypomina mi raczej połączenie jedności, empatii i współodczuwania.

Nie jestem nawet tak całkiem pewien, dlaczego akurat teraz znaleźliśmy się w Paryżu. Nie ma po temu wyraźnego, logicznego powodu. W 2011 r. spędziliśmy tu z Rachelle dwa tygodnie, nie jest to więc dla nas nowe miejsce do odwiedzenia. Z jakiegoś powodu to miejsce wydaje nam się jednak właściwym wyborem na teraz.

Doceniać

Atmosfera doceniania należy do moich najcenniejszych towarzyszy podróży. Myślę, że bez tego mogłoby mi się trafić parę przykrych przygód zamiast tych niesamowitych zdarzeń jakie mnie spotykają.

Doceniam okazje do poznawania nowych przyjaciół. Doceniam nowe zaproszenia, nawet, jeżeli ich nie przyjmuję. Doceniam nowe doświadczenia.

Doceniam posiłek. Doceniam przytulanie. Doceniam dzielenie się nowymi doświadczeniami z moją dziewczyną.

Kiedy wczoraj zwiedzaliśmy z Rachelle Luwr, doceniałem możliwość zetknięcia się z taką ilością niesamowitej sztuki. Doceniałem artystów, którzy zainwestowali w swoje umiejętności do tego stopnia, że ich dzieła trwają po dziś dzień. Doceniałem możliwość spacerowania po ogromnym budynku i zwiedzania przez cały długi dzień.

Gdybym miał wypowiedzieć w Paryżu tylko jedno słowo po francusku, byłoby to „merci”. Kocham ten świat, ponieważ przypomina mi, że kiedy przepełnia mnie wdzięczność, wszechświat często jest łaskawy wobec mnie. Kiedy czuję się wdzięczny, doświadczenia życzliwości i hojności płyną przez moje życie szerokim strumieniem.

Zaufać Wszechświatowi

Zadaj sobie takie podstawowe pytanie: czy ufasz tej rzeczywistości?

Jeżeli nie, to smakiem Twojego życia będzie zawsze poszukiwanie bezpieczeństwa – zakończone niepowodzeniem. Po prostu całe życie spędzisz nie czując się bezpiecznie.

Ale jeżeli postanowisz zaufać, że rzeczywistość jest w pełni po Twojej stronie, to życie będzie mogło nabrać spokojniejszego, ciekawszego tonu. Możesz przyciągać i przyjmować nowe doświadczenia nie wiedząc zawczasu dokąd Cię poprowadzą. Możesz też oczekiwać i otrzymywać masę wsparcia, kierowania.

Logicznie rzecz biorąc wiem, że nie da się określić, czy właściwie mogę tej rzeczywistości ufać czy nie. Mogę jednak rozsądnie przewidywać jak poszczególne możliwości wpłyną na ogólny smak mojego życia. Dla mnie poszukiwanie bezpieczeństwa jest mniej interesujące niż życie z przygodami, zdecydowałem się więc zaufać wszechświatowi. Wygląda na to, że życzliwie odpowiada mi tym samym, kiedy relaksuję się i wierzę, że będzie mnie wspierać na mojej drodze kierowanej inspiracją. Droga bez zaufania zdaje się tylko ślepą uliczką.

W przyszłym tygodniu ruszamy do Malagi na południu Hiszpanii by spotkać się z nowym znajomym z konferencji. Będzie to nasz pierwszy raz w Hiszpanii. Doceniam okazję do odwiedzenia kolejnego kraju, poznawania, zwiedzania, rozwijania się, zdobywania nowych doświadczeń i nowych przyjaciół. 🙂

Źródło: Heart-Centered Traveling

Czy da się funkcjonować bez względu na presję społeczną?

W otwartych związkach cenię sobie bardzo między innymi możliwość nauki poprzez doświadczenie. W związkach długoterminowych, monogamicznych też znajdą się lekcje warte przyswojenia, ale zauważyłem że moje pojęcie o związkach znacznie się polepszało przy bardziej otwartym podejściu do relacji. Efekt do przewidzenia kiedy uczysz się od większej ilości partnerów/nauczycieli.

Dynamika nauki jest tu według mnie podobna do tej przy pracy dla różnych firm, w różnych zespołach i w różnych branżach. Na pewno poznasz rzeczy, z którymi nie zetknąłbyś się mając do czynienia z jedną tylko firmą, zespołem czy szefem.

Zachowywanie otwartego podejścia do związków było i jest istotną częścią mojej ścieżki rozwoju. Wiele odwagi i namysłu wymagała decyzja o pójściu tą drogą, ale bardzo się cieszę z tego wyboru. Dowiedziałem się o sobie rzeczy, jakich dowiedzieć się nie spodziewałem.

Czym Ty się odróżniasz?

Mógłbym powiedzieć, że eksplorowanie otwartych związków odróżnia mnie od większości ludzi, ale myślę że w sumie jest zupełnie na odwrót. W większości przypadków długoterminowe, monogamiczne związki tak naprawdę nie są monogamiczne. Zazwyczaj zdarzają się zdrady u jednego czy obu partnerów, w tym czy innym momencie. I jestem pewien, że znacznie więcej związków byłoby otwartych, gdyby zmniejszyć ograniczające wpływy wynikające z religii. Otwartość już istnieje i jest całkiem popularna, czuję więc że moje pragnienie otwartości należy do aspektów, w których jestem taki, jak większość ludzi. Cieszy mnie świadome eksplorowanie tej otwartości bez poczucia opresji czy winy.

Badając z własnej inicjatywy takie aspekty siebie, jakie kiedyś uważałem za dziwne czy „inne”, często odkrywałem, że wcale aż taki inny nie jestem. Ogromna ilość informacji zwrotnych przekonała mnie, że masa innych ludzi ma podobne marzenia czy dziwactwa jak ja. Ja po prostu zapuściłem się dalej na ścieżce odrzucania społecznych ograniczeń, więc łatwiej niż większości ludzi przychodzi mi doświadczanie moich pragnień w rzeczywistości.

Ilu ludzi wolałoby nie pracować na etacie, gdyby i bez tego byli w stanie pokrywać swoje wydatki? Jestem przekonany że wiele osób o tym rozmyśla, ale pozwalają by wpływy społeczne, takie jak piętno ewentualnej porażki, powstrzymywały ich przed podjęciem działania.

Ilu ludzi cieszyłoby się otwartymi związkami, gdyby było to społecznie akceptowalne, bez żadnego społecznego piętna, represji, osądzania? Mogę sobie wyobrazić jak mnóstwo z nich cieszyłoby się odkrywaniem tej drogi, zwłaszcza, gdy tak wielu już teraz wiąże się z wieloma partnerami, lecz ukrywa ten fakt.

Czy naprawdę służy nam tłumienie i represjonowanie tak popularnych pragnień? Czy nie byłoby mądrzej dać sobie spokój z niepotrzebnym uciskiem?

Represjonowanie siebie samego

Można mówić bez końca o tym, jak uciska nas społeczeństwo i dlaczego czujemy się zobowiązani do dopasowywania się do jego reguł; można też zauważyć że koniec końców ucisk ten fundujemy sobie sami. Istnieje społeczna presja na dostosowywanie się, ale to my ją akceptujemy, tolerujemy, podporządkowujemy się jej i milcząco pochwalamy. Czasem też aktywnie się do niej przykładamy.

W pewnych obszarach życia staramy się sprowadzić naturalną ludzką różnorodność do małego zbioru myśli, uczuć i zachowań, które następnie określamy „normalnymi”. Jest to szczególnie prawdziwe jeśli chodzi o seksualność. Znany seksuolog Alfred Kinsey stwierdził na podstawie szeroko zakrojonych badań, że nie istnieje coś takiego, jak „normalność” w kwestii seksualności. Zamiast tego istnieje ogromne spektrum doświadczeń.

Dobrze jest zdać sobie sprawę i przyjąć do wiadomości jaki sposób myślenia, odczuwania i zachowania społeczeństwo chciałoby u nas widzieć. Kiedy zrozumiemy działające na nas siły, tracą one na mocy. Zyskujemy możliwość świadomego przeciwdziałania im, może nie idealnego, ale dość dobrego by podejmować decyzje niezgodne z presją społeczną, kiedy tak akurat czujemy.

Świadoma eksploracja

Często odnajdowałem ogromną wartość w dobrowolnym eksplorowaniu dróg niezgodnych z presją społeczną, dostrzegam więc co jest po drugiej stronie. Odkąd wykonałem rozsądną pracę nad zdobyciem wiedzy o pewnych alternatywach, mogę podejmować mądrzejsze wybory w oparciu o to, co uważam za inteligentny sposób działania, nie czując się nadmiernie zmanipulowanym przez wpływy społeczeństwa.

Przykładowo – wielokrotne łamanie prawa i aresztowania w wieku -nastu lat dało mi okazję poznania drugiej strony kwestii podporządkowania prawu. Przez dobrowolne łamanie prawa czułem mniejszą presję na jego przestrzeganie li tylko dlatego, bo ktoś powiedział że tak powinienem robić. Zrozumiałem, że łamanie prawa wiąże się z potencjalnymi konsekwencjami, ale dowiedziałem się też że mogę te konsekwencje wziąć na klatę, kiedy czuję że sprzeciwienie się prawu jest uzasadnione. Zamieniłem ślepe posłuszeństwo prawu na moje własne poczucie świadomości, etyki i rozsądku.

W niektórych przypadkach łamię prawo bo się z nim nie zgadzam, dajmy na to przekraczając dozwoloną prędkość czy od czasu do czasu paląc gandzię. W innych przypadkach narzucam sobie znacznie wyższe standardy niż te dozwolone przez prawo. Przykładowo – konsumpcja produktów spożywczych pochodzenia zwierzęcego stoi w sprzeczności z moim kodeksem zachowań, więc mimo że jest to dozwolone przez prawo, ja zachowuję się jakby było nielegalne.

Ten styl eksploracji zawsze był dla mnie tak bardzo wartościowy, że kiedy widzę znak typu „tędy do smoków”, kusi mnie by sprawdzić tę ścieżkę z samego tylko względu na naukę i rozwój. Zwiedziłem wiele dróg, nawet takich których spodziewałem się nie polubić, mając na względzie możliwość, że mogę się mylić. Zazwyczaj moje pierwsze wrażenie było prawidłowe, ale czasami bywałem zaskoczony i wdzięczny że zweryfikowałem swoje przypuszczenia w bezpośrednim doświadczeniu.

Odkrywanie siebie

Jedną z inspirujących korzyści ze stosowania podejścia odkrywcy jest to, że idąc przez życie bardzo dużo uczysz się o sobie. Z czasem dopracowujesz swoje preferencje. Budujesz sobie szczęśliwsze i bardziej spełniające życie.

Nie wiedziałem na przykład, jak bardzo polubię pisanie – i w ogóle jak wiele będę pisał, zwłaszcza za darmo. Swój pierwszy artykuł napisałem w 1999 r., częściowo w ramach eksperymentu. Z czasem, zwłaszcza gdy mój warsztat pisarski się polepszył i nauczyłem się pisać bardziej płynnie przy mniejszym wysiłku umysłowym, zakochałem się w pisaniu. Zanurzenie się w królestwie idei i poszukiwania nowych połączeń w trakcie pisania dawało uczucie spokoju i pogody ducha.

Co do eksplorowania związków, początkowo miałem tylko mgliste pojęcie jeśli chodzi o typ kobiet z jakimi najbardziej cieszyło mnie połączenie – a także o typ kobiet jakie najbardziej cieszyłyby się i doceniały bycie ze mną. Tylko dzięki eksploracji byłem w stanie dowiedzieć się gdzie szukać najlepiej dopasowanych osób.

Przykładowo – dzięki doświadczeniu dowiedziałem się że naprawdę uwielbiam kobiety, które lubią podległość seksualną. Zgłębianie gry w D/s okazało się tak świetne, że w dużej mierze straciłem zainteresowanie relacjami seksualnymi z kobietami, które nie mają podobnych zainteresowań. Wciąż lubię się przyjaźnić, rozmawiać, przytulać i dzielić uczucie z różnymi kobietami, ale jeżeli wiem, że kobieta nie jest zainteresowana podległością seksualną i zabawą ze mną w tym obszarze, to lepiej jeżeli nie będziemy za bardzo iść w seksualność, bo po prostu zabraknie chemii i dopasowania.

Te doświadczenia doprawdy otworzyły mi oczy… Wcześniej wydawało mi się, że jest coś nie tak z byciem seksualnie dominującym w relacji z kobietą, w jej podporządkowaniu każdemu mojemu poleceniu, nazywaniu mnie Mistrzem itd. Myślenie o tym mogło być fajną fantazją, ale ciężko mi przychodziło ujrzenie w tym dobrego interesu z perspektywy kobiety. Było dla mnie oczywiste dlaczego pozycja dominująca byłaby fajna, ale czułem też że osoba w roli podległej mogłaby być w najgorszym położeniu w tym układzie. Niekoniecznie wyglądało to na uczciwą wymianę.

Oj, ależ się myliłem! Dając sobie zgodę na eksplorowanie tego obszaru z chętnymi partnerkami, zwłaszcza z moją dziewczyną (która absolutnie to uwielbia), na własne oczy zobaczyłem jak intensywną przyjemność może to dawać osobie podległej. Te doświadczenia, w połączeniu z wieloma głębokimi dyskusjami, rozszerzyły moje zrozumienie i wymazały wszelkie pozostałe poczucie winy czy wstydu jakie miałem w związku z tą grą, co pomogło mi bardziej cieszyć się i dzielić fajną, zabawną, pełną miłości i wybornie przyjemną podróżą.

Dobrane pary a presja społeczna

Im więcej uczymy się o sobie, tym lepiej wiemy jak rozpoznawać osoby najbardziej nam odpowiadające pod względem społecznym. Dobrana para to ktoś przy kim mamy poczucie wzajemnego wsparcia w rozwoju. Dobrana para niekoniecznie musi być klonem. Najlepiej dobrane pary mają dość wspólnego, by zapewniać silne połączenie i dostatecznie się różnią, by wspierać wzajemną naukę i rozwój.

Jeżeli nie znasz siebie dostatecznie dobrze, albo jeżeli pozwalasz by presja społeczna dyktowała czego masz doświadczać w życiu, Twoje życie wypełni się zapewne słabymi, nieinspirującymi, nudnymi towarzyszami

Presja społeczna każe nam mówić „tak” relacjom tylko częściowo do nas pasującym, nawet jeżeli są płytkie i nie dają satysfakcji. Uważa się za niegrzeczne, szorstkie czy przykre dystansowanie się od kogoś ze względu na brak dopasowania. W pewnych przypadkach, jak na przykład rozwód, presja społeczna może być dość silna i trudna do przeskoczenia. Ale stagnacja jest jeszcze gorsza niż stawienie czoła tej presji.

Jeżeli poddamy się presji społecznej i będziemy tolerować zbyt wiele słabych relacji w naszym życiu, tylko się osłabimy i zmarnujemy swój potencjał. Wzbogacanie swojego życia o silne wsparcie społeczne nie jest takim znowu samolubnym pomysłem, jakby się mogło wydawać. Jeżeli nie czujesz, że nadajesz na tych samych falach z najbliższym towarzystwem, to z pewnością ograniczasz swoją możliwość wspierania tych ludzi najlepiej jak byś potrafił. Nie otrzymujesz też wsparcia potrzebnego do życia świadomego i z silnym poczuciem sensu. Najprawdopodobniej wszyscy nawzajem ciągniecie się w dół i powstrzymujecie przed dalszym rozwojem.

Jeżeli rozluźnisz takie relacje, a zaprosisz i przyjmiesz do swego życia relacje bardziej dopasowane, wszyscy na tym zyskają. Ty skorzystasz na przyciągnięciu bardziej wzmacniających i podbudowujących relacji. Twoje otoczenie społeczne zyska dzięki większemu wsparciu i pozytywnemu nastawieniu z Twojej strony. Świat zyska mając więcej silnych, współpracujących ludzi. Czyż nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdybyście z przyjaciółmi nawzajem sobie pomagali rozkręcać motywację, inspirację i kreatywność, a nie poczucie oderwania, frustracji czy niedostatku?

Mówienie „nie” częściowo dopasowanym relacjom może być jednym z Twoich największych wyzwań na drodze rozwoju osobistego. Jeżeli od czasu do czasu nie zmusisz się do uwolnienia od niedopasowanych relacji, to relacje naprawdę wspaniałe będą Cię omijać. Nie ujrzą w Tobie potencjalnego dobrego partnera dla siebie, bo będziesz roztaczać aurę społecznego niezadowolenia zamiast społecznego zachwytu, a Twoje otoczenie społeczne również będzie takich ludzi odstraszać – czasem z premedytacją.

Dla mnie najtrudniej jest przy tym poradzić sobie z zaprogramowanym osądem który sam sobie funduję za to chodzenie pod prąd, niezgodne z głównymi społecznymi nurtami. Świadoma eksploracja jest na to niesamowitym lekiem, bo stopniowo zamienia uwarunkowane osądy na autentyczne doświadczenie.

Przy braku bezpośredniego doświadczenia istnieje pokusa do zaprzeczania naszym pragnieniom. Ale kiedy zdobędzie się już trochę doświadczenia, coraz łatwiej jest przykładać większą wagę bardziej do własnych doświadczeń niż do społecznych nacisków, przez co presja społeczna traci moc nadmiernego wpływania na nas.

Kiedy stwierdzasz że Twoje pragnienia stoją w sprzeczności z tym, czego Cię nauczono, zachęcam Cię do uzyskania paru bezpośrednich doświadczeń po tej stronie, gdzie ponoć istnieją smoki ziejące ogniem. Dość często okazuje się, że te smoki to właściwie niegroźne, przyjazne jaszczurki które przeinaczono w potwory.

Wyolbrzymione preferencje

Jedną z przydatnych mi czynności jest wyolbrzymianie w wyobraźni tych preferencji, co pomaga mi zaakceptować je nie pozwalając by presja społeczna nadmiernie wpłynęła na moje decyzje. Wariant tego pomysłu opisałem w artykule „The Evil Exit”.

Czasami wyolbrzymiam swoje preferencje również kiedy je opisuję, tak pół żartem – pół serio.

Na przykład kiedy otrzymuję zaproszenie na wywiad, a wydaje się ono za sztywne czy poukładane jak na mój gust, to odpowiadam: „Och, nie chcielibyście mnie w swoim programie. Byłbym zbyt nieprzyzwoicie szczery i prawdopodobnie obraziłbym większość waszych czytelników.”

Albo kiedy nawiązuję relację z kobietą i jest w tym trochę wzajemnego przyciągania i fizyczności, ale wiem że nie interesuje jej podległość seksualna, mogę powiedzieć na przykład: „Szkoda, że jesteś taka uparta. Moglibyśmy się naprawdę nieźle razem zabawić, gdybyś się po prostu poddała i została moją posłuszną niewolnicą.”

W większości przypadków ta druga osoba z przymrużeniem oka zgadza się ze mną. Stwierdzamy nasz brak dopasowania i nikt nie jest urażony.

Możemy odczuwać trochę lekkiego rozczarowania że się nie zgraliśmy, ale dzięki temu, że przedstawiam niedopasowanie jako moje osobiste dziwactwo, zachęcam drugą osobę by w luźny sposób odrzucić oczekiwanie że miało dojść do poważniejszej relacji. Pozwalam żeby brak lepszego dopasowania uznać za moją winę, jednocześnie pozostając w zgodzie z własnymi pragnieniami.

Z drugiej strony czasami taki pół-poważny charakter mojej odpowiedzi zachęci drugą osobę do bardziej autentycznych propozycji. Wielokrotnie ludzie początkowo przedstawiają propozycje nieco okrojone, tak żeby w jakiś sposób sprawdzić na czym stoją, nie ryzykując poważnego odrzucenia. Jeżeli gdzieś w głębi jesteśmy naprawdę bardziej dopasowani niż z początku zakładaliśmy, to moja odpowiedź uznawana jest za zachętę.

Tak więc w przykładowej sytuacji z wywiadem, potencjalny rozmówca mógłby odpowiedzieć: „O, tak w sumie to uważam nieograniczoną szczerość za całkiem odświeżającą! Chętnie poruszyłbym z Tobą parę bardziej soczystych tematów. Zapewniam Cię że moi słuchacze uwielbiają takie klimaty!” A jeśli chodzi o tę przykładową sytuację z seksem, to odpowiedzią mogłoby być wyrażenie zaciekawienia i chęci dowiedzenia się czegoś więcej na ten temat.

Kiedy w pełni akceptuję własne preferencje, nawet kiedy nie idą one w zgodzie z aktualnymi oczekiwaniami społecznymi, to widzę że większość ludzi spokojnie mnie akceptuje, zwłaszcza kiedy rozmawiamy prywatnie i zewnętrzne naciski nie mieszają się w naszą relację.

Filozofia pt. „wzajemny szacunek albo koniec relacji” daje mi wciąż dużo siły. Wymaga ona ode mnie zaakceptowania i uszanowania własnych preferencji, zanim miałbym oczekiwać tego samego od kogoś innego, a żeby osiągnąć ten punkt muszę wyrażać chęć eksplorowania, tak żebym mógł poprzez bezpośrednie doświadczenie dowiedzieć się, jakie właściwie są moje preferencje.

Ogólnie rzecz biorąc, naprawdę cenię sobie przyjaciół którzy głęboko rozumieją i akceptują swoje sympatie i antypatie, nawet jeżeli nasze preferencje nie idą w parze na tyle, byśmy mogli coś więcej wspólnie poeksplorować. Możliwość bywania z ludźmi którzy w pełni identyfikują się ze swoimi pragnieniami niezależnie od wpływów społecznych, jest naprawdę pokrzepiająca.

Twarzą w twarz ze strachami

Oto cytat z Ralpha Waldo Emersona, myślę że Ci się spodoba – fajnie przedstawia presję społeczną w pewnym kontekście.

Kiedy rezolutny młody człowiek staje w szranki z wielkim bykiem – tym światem, i bierze go odważne za rogi, to często z zaskoczeniem odkrywa, że te rogi zostają mu w ręku bo były tylko luźno przyklejone, by odstraszyć strachliwych poszukiwaczy przygód.

Wiem, że nie zawsze tak jest. Czasem presja społeczna może wiązać się z realnymi konsekwencjami jeżeli jej nie uszanujesz, zwłaszcza w pewnych kulturach. Ale w większości przypadków jest to tylko strach na wróble. Wygląda groźnie i strasznie z daleka, ale kiedy się do niego zbliżysz, zobaczysz że to tylko kupa podartych szmat wypchanych słomą. Jedyną przeszkodę stanowi Twoja nieśmiałość.

Im więcej badasz te „obszary pełne smoków”, tym większe prawdopodobieństwo że nauczysz się podejrzliwie podchodzić do nacisków społecznych, zwłaszcza, kiedy w miejscach gdzie miały być smoki odkryjesz nowe skarby. Nauczysz się, że pewne naciski społeczne istnieją z dobrych powodów, tak jak te chroniące Ciebie i bliskich przed realnymi niebezpieczeństwami, ale kiedy trafisz na szumnie rozgłaszane społeczne ograniczenia które stoją w sprzeczności z Twoimi pragnieniami, a nie dotyczą kwestii życia i śmierci, zachęcam Cię do ich kwestionowania i sprawdzania co się za nimi kryje. Przekonaj się sam czy mają pokrycie w rzeczywistości.

Mylenie się jest w porządku. W porządku jest ominięcie stracha na wróble, wpadnięcie w kałużę błota i stwierdzenie, że ten akurat strach na wróble stoi tu nie bez powodu. Ale nawet w tych przypadkach zdobędziesz większe zrozumienie i wiedzę na temat prawdy kryjącej się za strachem na wróble.

W świadomym życiu ważna jest umiejętność rozpoznawania wpływu presji społecznej na Twoje działania, co daje Ci swobodę wyboru. Celem nie jest ani zostanie konformistą, ani rewolucjonistą, ale myślenie, odczuwanie i zachowanie w zgodzie z własnym najlepiej pojmowanym rozsądkiem.

Źródło: Can You Act Independently Of Social Pressure?

Nigdy nie stawiaj zysków na pierwszym miejscu

Większość pomysłów, na które natknąłem się w książkach o biznesie, okazała się bezużyteczna. Pozostałe były wręcz szkodliwe. Najlepszymi przewodnikami są natomiast intuicja oraz eksperymentowanie.

Podstawowym założeniem w książkach biznesowych jest twierdzenie, że sens prowadzenia biznesu polega na zarabianiu i zwiększaniu zysków. Co poniektórzy autorzy powtarzają tę mantrę z takim uporem, jakby ich zdaniem do tępego czytelnika nie docierało. Zauważyłem, że moje decyzje i osiągane rezultaty były najbardziej idiotyczne właśnie wtedy, gdy stosowałem się do tego modelu.

Wczoraj przekartkowałem podobną książkę nadesłaną przez kogoś pocztą. Leży już w śmietniku. Większy pożytek przyniesie światu oddanie jej na makulaturę, aniżeli dawanie jej komukolwiek do przeczytania.

Gdy tylko wejdziesz do firmy stawiającej zyski na pierwszym miejscu, od razu wyczujesz atmosferę opresji. Trudno wręcz pojąć, że ludzkie istoty są w stanie zaakceptować taki brak wolności. Strasznie się boję odwiedzać miejsca, gdzie wszyscy zachowują się jak zombie. Panuje tam tak wstrętny i odrażający klimat. Nic dziwnego, że biznes narkotykowy rozkwita. Też pewnie codziennie bym się szprycował, gdybym miał spędzać w biurze moje życie.

Jeżeli chcesz zniszczyć swoje zdrowie, samoocenę, motywację i relacje, to stawianie zysków na pierwszym miejscu jest na to świetnym sposobem. Nie chciałbym nigdy pracować w takim miejscu, ani też nie chciałbym narażać innych na przebywanie w takim środowisku. Ludzie zasługują na coś więcej, niż być trybikami w machinie biznesu.

Biznes może się kierować znacznie potężniejszymi priorytetami. Na pewno możesz wpaść na coś bardziej ekscytującego, niż „Chcę zarobić więcej pieniędzy!”.

Wolę raczej coś takiego:

Celem biznesu jest wzmocnienie ludzi by wyrażali i dzielili się swoją kreatywnością, dla najwyższego dobra wszystkich.

Nonsensem jest wierzyć, że jeżeli nie postawisz zysków na pierwszym miejscu, to nie zdołasz zbudować stabilnego biznesu. Z doświadczenia wiem, że znacznie łatwiej osiągniesz stabilność właśnie gdy odmówisz poniżania się podejściem „pieniądze przede wszystkim”.

Zamiast stawiać na pierwszym miejscu pieniądze, postaw na kreatywne wyzwania. Postaw na rozwojowe doświadczenia. Na zabawę. Na możliwość pracy ze świetnymi ludźmi. Postaw na współpracę.

Uwielbiam prowadzenie swojej firmy – i to jak! – bo nie stawiam pieniędzy na pierwszym miejscu. Pieniądze należy oczywiście brać pod rozwagę, ale tę inną podstawę przyjmujemy nie bez powodu.

Przedsiębiorcą jestem bez przerwy już od niemal dwudziestu lat. Do najbardziej stresujących i przykrych należały te lata, w których na pierwszym miejscu stawiałem pieniądze. Najszczęśliwszy i najbardziej spełniony czułem się, kiedy stawiałem na wyrażanie swojej kreatywności, rozwijanie relacji, wejście w przedsięwzięcia pełne frajdy i wspólnej pracy, dawanie czegoś od siebie, dawanie jeszcze więcej, rozwinięcie się i tak dalej.

Spojrzenie z perspektywy czasu pozwala mi dostrzec, że gdy funduję sobie stresujące i przykre lata, sumują się one w końcu w dekady takich wspomnień, co prowadzi do okropnego zgorzknienia na starość. Na szczęście nim zabrnąłem zbyt daleko, udało mi się stłamsić to w zarodku, teraz więc dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Jestem tym szczęśliwszy, im starszy, gdyż rok po roku zbieram pozytywne wspomnienia. Nieważne, ile pieniędzy zarabiam czy nie zarabiam, pamiętam przedsięwzięcia pełne dobrej zabawy, szału kreatywności, intymnych przyjaźni, serdecznych uścisków, ludzi, którym pomogłem i tak dalej. Jaki był wtedy mój stan konta – nie pamiętam.

Uzyskiwanie dochodów z pracy twórczej jest świetne. Pozwól, by było częścią wyzwania. Nie czyń jednak pieniądza podstawowym sensem swojej pracy. Nie rób dla pieniędzy rzeczy, których poza tym nie robisz z radością. Lepiej z całego serca podążać swoją drogą – nawet, jeżeli przez to wyrzucą Cię z Twojego własnego domu bo nie masz na czynsz. Mówię z doświadczenia, ponieważ kiedyś mi się to zdarzyło. Wówczas bardzo mnie to oczywiście stresowało, ale jako wspomnienie jest raczej powodem do dumy, a jako historia pomaga zachęcić innych by nie godzili się na życie w stylu zombie.

Z sercem podążaj swoją drogą, zwłaszcza w biznesie. Wykonuj pracę, którą uważasz za szlachetną i dającą spełnienie, a każdy rok kończyć będziesz z poczuciem głębokiej satysfakcji, niezależnie od ilości zarobionych pieniędzy. Jeżeli zaufasz intuicji, będziesz działać z inspiracją i poświęcisz czas na zbudowanie doświadczenia i pozytywnych relacji, prędzej czy później odnajdziesz drogę do stabilności.

Źródło: Never Put Profits First

Spotkanie trenerów

Wpis ten publikuję by, opowiedzieć Ci o nowym twórczym przedsięwzięciu, nad którym pracuję w tym tygodniu, i by zaprosić Cię do przesłania opinii na ten temat.

W ubiegły weekend wygłaszałem przemówienie na wyprzedanych do ostatniego miejsca warsztatach Richa Litvina w Marina del Rey w Kaliforni (Prosperous Coach Mastery Intensive). Program był niesamowity, a Rich wraz z zespołem wykonał naprawdę fantastyczną robotę.

Poza wygłoszeniem przemówienia, jako uczestnik, wziąłem też udział w warsztatach. Wśród wyzwań, które Rich postawił przed nami w czasie dwugodzinnej przerwy na lunch było podjęcie  (właśnie wtedy) próby wygenerowania jakichś pieniędzy. Często stanowi to wyzwanie dla trenerów; niektórym naprawdę ciężko szuka się płatnych zleceń na ich usługi. Wielu z obecnych trenerów w czasie przerwy obiadowej dzwoniło do potencjalnych klientów i oferowało różne pakiety trenerskie. Ostatnia liczba, o jakiej słyszałem, to sprzedaż o wartości przynajmniej dwudziestu tysięcy dolarów wygenerowana podczas tej przerwy przez pięćdziesięciu uczestników. Przez samo sprowokowanie do podjęcia wyzwania Rich zainicjował więc wiele pozytywnych reperkusji. Poza kwestią pieniędzy do najlepszych historii należały te o przełomach, jakie dokonywały się przy otwieraniu nowych relacji trenerskich z klientami, którzy rzeczywiście mogą skorzystać na ich pomocy.

Pomysł generowania kolejnych pieniędzy mnie jednak nie kręcił. Zarobienie większej gotówki (traktowane jako podstawowy cel) nie ma w sobie wystarczającej dozy inspiracji. Przekształciłem więc wyzwanie w coś nieco bardziej osobistego. Określiłem następującą intencję: wyjść i stworzyć pewną wartość w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie stosowałem. Na pomysł wpadłem już po paru minutach: będzie to porcja gotowej inspiracji – do pobrania.

Idea

W czasie przerwy na lunch skontaktowałem się z pięcioma znajomymi, którzy akurat też byli w Kalifornii. Zaproponowałem byśmy wszyscy spotkali się w ciągu najbliższego tygodnia i w przez parę kolejnych dni opracowali od zera nowy produkt. Wśród nich byli inni trenerzy, mówcy i prowadzący seminaria na polu stosunków międzyludzkich i dynamiki społecznej.

Wszyscy w to weszli. W rzeczywistości mój kontakt z nimi w tej sprawie był pewnym zbiegiem okoliczności, gdyż niektórzy już wcześniej mówili o podobnym projekcie. Było to więc zaproszenie z gatunku „miłość od pierwszego wejrzenia”.  🙂

Teraz jestem w Santa Barbara, a praca jest w toku. Wczoraj wieczorem spotkaliśmy się i dyskutowali o pomysłach związanych z projektem. Dążymy do stworzenia nowego programu audio, a nagrania chcemy ukończyć w tym tygodniu. Program będzie spontaniczny i pełen inspiracji; nie mowa tu o programie instruktażowym z konkretnym scenariuszem.

Nagrania audio zdają się być lepszym pomysłem niż wideo, bo oznacza to mniej pracy przy montażu, a poza tym są bardziej przystępne, gdyż można słuchać ich prowadząc samochód czy pzy wykonywaniu innych zadań. Ale być może podczas naszych sesji nakręcimy parę ujęć i zrobimy kilka zdjęć.

A po co to wszystko?

Dyskutowaliśmy o powodach, które nami kierują i jaki wspólny sens moglibyśmy określić. Oto niektóre z naszych priorytetów:

  • stworzyć program, który wspomaga nasz własny rozwój, nie stanowi li tylko dzielenia się wiedzą
  • zbadać i omówić granice naszych stref komfortu, nasze wyzwania aktualnie stojące przed nami
  • płynąć ze strumieniem inspiracji takim, jaki wyniknie w trakcie, bez wcześniejszego ustalania treści
  • w kwestii tematu – coś o związkach, dynamice społecznej, a zwłaszcza pielęgnowaniu i poznawaniu głębokich więzi (ciało, umysł, serce, duch) z innymi ludźmi
  • podzielić się naszymi nieobrobionymi, czystymi myślami, pomysłami i uczuciami
  • pomówić o obszarach rozwoju, co do których nie mamy pewności w kwestii wyboru właściwego kierunku czy podejścia
  • dla każdego coś w stylu grupy trenerskiej czy sesji planowania i przygotowywania, która byłaby też użyteczna dla słuchaczy
  • stworzyć produkt, który będziemy mogli sprzedawać i który ludzie bardzo chcieliby mieć – tak, że dla zespołu powstanie długoterminowy strumień przychodu pasywnego
  • zbadać perspektywę rzeczywistości subiektywnej w aspekcie związków
  • stworzyć coś, z czego skorzystają zarówno mężczyźni, jak i kobiety
  • wyrażać się autentycznie, bez cenzury
  • dobrze się bawić przy tworzeniu tego, dzielić się śmiechem, cieszyć sobą nawzajem, żyć chwilą
  • może będzie to dopiero pierwszy z wielu produktów w tym stylu

Bez problemu zgodziliśmy się w tym względzie. Wspólne wyrażenie tych idei wzbudziło wśród nas dużo energii.

Mucha na ścianie

Pomysł jest więc taki, że Ty, słuchacz, będziesz jak mucha na ścianie, słuchająca grupy sześciu trenerów o różnym pochodzeniu, dyskutujących o swoich największych aktualnych wyzwaniach, głównie na polu relacji. Masz szansę dowiedzieć się, jak w takiej grupie można wzajemnie rzucać sobie wyzwania, działać sobie na nerwy i w końcu pracować razem by pomóc wywołać u każdego przełomowe zmiany spojrzenia.

Każdy facet w naszej grupie przychodzi z innego otoczenia. Każdy ma inne silne i słabe strony. Pewne rzeczy, które dla mnie stanowią wyzwanie, dla moich przyjaciół są proste – i na odwrót.

Poprzedni wieczór spędziliśmy głównie na prowadzeniu burzy mózgów. Dziś zamierzamy rozpocząć pierwsze nagrania, zakładając, że zdołamy zebrać w jednym miejscu dostateczną ilość mikrofonów. Nagrania chcielibyśmy zamknąć do końca tygodnia. Całym nagrywaniem zajmujemy się więc kiedy jesteśmy razem w jednym miejscu, a następnie możemy wziąć się za edycję pracując zdalnie.

Dla mnie jest to próba stworzenia produktu w stylu podobnym do mojego blogowania. Kiedy przychodzi mi pomysł na nowy artykuł, piszę go i publikuję zazwyczaj tego samego lub następnego dnia. W innym razie pomysł praktycznie umiera i danego artykułu nie napiszę już nigdy. Przedsięwzięcie to pomaga mi zbliżyć się do moich granic dyskomfortu –  tworzenia czegoś większego przy tym samym podejściu „działaj natychmiast wraz z inspiracją i pracuj-pracuj-pracuj aż do końca”, no i robienia tego w ramach pełnej frajdy pracy z przyjaciółmi.

Pomysł na ten projekt wpadł mi do głowy dopiero co, w sobotę. Pozostali członkowie zespołu powiedzieli „tak” nim przerwa obiadowa dobiegła końca. W niedzielę spotkałem się z kilkoma z nich. W poniedziałek wszyscy razem byliśmy w Santa Barbara. Tego samego wieczoru zaczęliśmy rozmawiać o tym dlaczego i jak go zrealizować. Odpowiedź na pytanie „jak” zaczęła wyłaniać się szybko, gdyż jako zespół określiliśmy sobie duże, wzmacniające „dlaczego”. Przy takich przedsięwzięciach rozpoczęcie z inspirującym „dlaczego” jest kluczowe.

Nie inspirował nas produkt typu instruktażowego, w którym tak po prostu dzielimy się wiedzą. Nie zainspirowała nas próba zarobienia pieniędzy. Zainspirowało nas to: „Podyskutujmy o naszych granicach komfortu, obszarach niepewności, ciemnych zaułkach rozwoju które nas niepokoją i dezorientują. I zobaczmy, czy możemy się nawzajem przełamać. Zobaczmy co się stanie, jeżeli zbierzemy się razem i porozmawiamy szczerze o swoich wyzwaniach, aktualnych lekcjach i granicach strefy komfortu.”. Ta idea pobudziła nas do działania.

Zespół

Oto kompletny skład naszego zespołu:

Wasze reakcje

Zakładamy, że jeśli projekt ten będzie rozwijającym doświadczeniem dla nas, to będzie takim również dla słuchaczy.

Moje pytania są następujące:

  • Czy kręci Cię ten pomysł? Chciałbyś posłuchać czegoś takiego? Obchodzi Cię to?
  • Jakie miałbyś dla nas sugestie? Co byś dodał, ujął, zmienił?
  • Czy masz jakieś sugestie co do nazwy tego produktu?
  • Gdzie leżą granice Twojej strefy komfortu jeśli chodzi o związki, styl życia i rozwój osobisty?
  • Jakie jest w tej chwili Twoje największe wyzwanie na polu relacji i rozwoju osobistego?
  • Jak możemy sprawić, by to przedsięwzięcie było bardziej pożyteczne dla Ciebie, bez utraty korzyści z naszej strony?

Rozumiem, że związki mogą być dla wielu ludzi delikatną kwestią. Wysyłaj więc swoje odpowiedzi prywatnie, poprzez mój formularz kontaktowy (j. angielski), a ja podzielę się nimi z innymi członkami zespołu. Nie musisz podawać swojego prawdziwego imienia; anonimowość jest w porządku.

Ponadto, gdybyś chciał dowiedzieć się o publikacji tego produktu – na pewno wszyscy damy znać kiedy będzie gotowy. Dobrym sposobem na zagwarantowanie, że tego nie przeoczysz, będzie zapisanie się na newsletter, fanpage, kanał YouTube itp. u jednego z nas.

Źródło: Coaches Coming Together

Jak długo wytrzymasz bez sprawdzania poczty czy portali społecznościowych?

Parę tygodni temu postanowiłem przeprowadzić prosty eksperyment. Polegał on na ograniczeniu częstotliwości sprawdzania poczty i portali społecznościowych do trzech razy w tygodniu. Chciałem zobaczyć, w jaki sposób takie swobodniejsze podejście wpłynie na moją produktywność i relacje społeczne.

Lata temu, kiedy internet był znacznie mniejszy a e-mail nie tak popularny, nie byłoby to nic wielkiego. W połowie lat ’90 nawet w biznesie przechodziło sprawdzanie poczty tylko parę razy w tygodniu. Ludzie zazwyczaj nie oczekiwali szybkiej wymiany informacji tą drogą. A kiedy szybka odpowiedź była rzeczywiście potrzebna, po prostu korzystało się z telefonu.

Dziś sprawdzanie poczty i/lub portali społecznościowych przynajmniej parę razy dziennie stało się powszechne, zwłaszcza w świecie małych firm. W pewnych sytuacjach jest to uzasadnione. Częstsze aktualizowanie informacji oznacza sprawniejszą komunikację z klientem. Szybkość oznacza wysoką klasę, szczególnie w obsłudze klienta. Krótszy czas odpowiedzi może więc dać firmie przewagę konkurencyjną.

Takie częste aktualizacje nie są jednak pozbawione kosztów. Jeżeli należysz do ludzi będących wciąż „na bieżąco”, możesz spotkać się z następującymi niedogodnościami:

  • obniżona zdolność do skupienia się
  • kierowanie się pilnością zadań, tracenie z oczu tego, co ważne
  • zmaganie się z częstym rozpraszaniem uwagi
  • myśli o innych ludziach stale krążące w Twojej głowie
  • nasilające się uzależnienie; nadmierne odświeżanie informacji, często bez namysłu
  • zmniejszona produktywność
  • ograniczone życie osobiste „w realu”
  • utrata umiejętności właściwego określania priorytetu otrzymywanych wiadomości
  • poświęcanie wiadomościom zbyt wiele czasu
  • odwrócenie uwagi od własnych, osobistych celów
  • marnowanie czasu, który można wykorzystać lepiej na co innego

A oto parę kluczowych korzyści, jakie zauważyłem rzadziej logując się na internetowe konta:

  • było mi znacznie łatwiej się skupić na własnych celach i przedsięwzięciach
  • więcej zadań doprowadzam do końca; te tygodnie należą do najbardziej produktywnych od lat
  • cieszyłem się poczuciem dużej ilości dostępnego czasu, tak jakbym każdego dnia miał więcej przestrzeni na pracę, życie i zabawę
  • minęła mi chęć aktualizowania statusów tylko po to, żeby coś napisać
  • odczułem znaczny spadek poczucia ważności maili i mediów społecznościowych; odsunęły się one gdzieś w tło mojego życia
  • każdego dnia spędzałem mniej czasu na myśleniu o mailach i portalach społecznościowych
  • kładłem się spać o bardziej stałych porach (żadnego dyskutowania do późnej nocy) i z łatwością wstawałem o piątej rano przez siedem dni w tygodniu
  • opublikowałem mniej aktualizacji statusów oraz odpowiedziałem na mniej maili i prywatnych wiadomości
  • otrzymałem znacznie mniej odpowiedzi i komentarzy (dałem ludziom mniej powodów do odpowiadania, dla mnie więc mniej czytania)
  • łatwiej było mi świadomie określać priorytet poszczególnych wiadomości, patrząc na nie w kontekście nagromadzonej przez kilka dni całości
  • tygodniowo oszczędzałem po kilka godzin, które mogłem poświęcić na bardziej satysfakcjonujące, produktywne zadania
  • częściej ćwiczyłem fizycznie (5-7 razy w tygodniu)
  • czułem się bardziej zrelaksowany i mniej zestresowany, ale też bardziej zmotywowany
  • ukończyłem parę projektów nie publikując ani jednej aktualizacji statusu na ich temat (kogo obchodzi, że w tym miesiącu wstawiłem nowy bojler?)
  • znacznie mniej świerzbiło mnie zarówno mentalnie, jak i emocjonalnie by często i o różnych porach sprawdzać, co tam nowego
  • mniej świadom byłem tego, co robili moi internetowi „przyjaciele”, za to bardziej świadom tego, co robię ja sam, jak i osoby mi najbliższe
  • bardziej cieszyłem się czasem spędzanym z dzieciakami, czułem silniejszą więź z nimi

Oto negatywne konsekwencje, z jakimi się spotkałem:

  • przeoczyłem aktualnego maila z zaproszeniem na grę w disc-golfa (zazwyczaj grywamy w soboty, ale tym razem było to specjalne zaproszenie na grę w niedzielę)

Poważnie, to jedyna negatywna konsekwencja, jaka przychodzi mi do głowy – apokalipsą bym tego nie nazwał.

Poza tym trzeba było trochę się dostosować do nowej sytuacji, ale tego do negatywnych konsekwencji bym nie zaliczał. Załóżmy, że ktoś chce umówić ze mną rozmowę telefoniczną czy na Skypie, albo na osobiste spotkanie. Rozwiązanie: muszę po prostu zaplanować to z większym wyprzedzeniem, dając sobie dość czasu na wymianę maili związanych z tymi ustaleniami.

Może się zdarzyć, że przeoczę jakieś zaproszenia na ostatnią chwilę. Te wiadomości typu: „Hej, wiesz co? Jestem dziś w Vegas. Spotkajmy się!” mogą zostać zauważone już po fakcie. W stosunku do wszystkich korzyści nie jest to jednak jakaś wielka sprawa.

Pora dnia

Odkryłem, że najlepszą dla mnie porą dnia na zajmowanie się mailami i portalami społecznościowymi jest wieczór. Zauważyłem, że zająwszy się tym bliżej początku dnia, później odczuwałem zbyt dużą pokusę kolejnego sprawdzenia co nowego parę godzin później. Ściąganie poczty między piątą a ósmą wieczorem sprawdzało się to bardzo dobrze. Po pierwsze, w ciągu dnia skupiałem się na innych sprawach. Po drugie, znikał motyw do prokrastynowania poprzez spędzanie przy wiadomościach nadmiernych ilości czasu, bo w tym momencie, o ile był to dzień roboczy, pracę miałem już za sobą. Po trzecie, przy odpowiadaniu na prywatne wiadomości byłem bardziej zrelaksowany, bo nie czułem się zmuszony do odsuwania w czasie moich codziennych spraw; co najwyżej kolację zjadłem trochę później.

Które dni?

Wychodzi na to, że moim ulubionym układem było sprawdzanie poczty w niedziele, czwartki i piątki. Dzięki temu na początku każdego tygodnia miałem do dyspozycji solidny blok czasu (96 godzin) na zajmowanie się konkretną robotą. Od poniedziałku do czwartkowego wieczora mogłem pracować bez rozpraszania uwagi pocztą czy portalami społecznościowymi.

A co, jeżeli ktoś napisał do mnie w poniedziałek i nie dostał odpowiedzi aż do czwartku wieczorem? Mój biznes nie zależy w takim stopniu od szybkości reakcji, także nie będzie z tym wielkiego problemu.  Kto potrzebuje pilniejszego kontaktu, może zadzwonić czy napisać SMS. Rozpoczynając eksperyment uprzedziłem o nim takie osoby, wiedzą więc one czego powinny się spodziewać. Jak na razie działa to po prostu dobrze. Tak naprawdę niektórzy zaciekawili się na tyle, że w efekcie sami postanowili przemyśleć swoje nawyki związane w obecnością sieci.

Z początku czterodniowy okres bez maila wydawał się dość długi, ale zdążyłem naprawdę go polubić. Świetnie jest mieć takie poczucie masy czasu poza siecią, dostępnego na pracę i życie bez zawracania sobie głowy wydarzeniami w świecie online. Wiem, że zawsze mogę zająć się nim później.

Wyjątki

Sprawdzanie poczty i logowanie się na portale społecznościowe trzy razy w tygodniu staje się moim nowym domyślnym zwyczajem. Myślę, że robię to już dostatecznie długo (już czwarty tydzień), by stosunkowo łatwo utrzymać nawyk. Moim celem było przełamanie schematu nadmiernego, niepotrzebnego kontrolowania sytuacji w sieci i zastąpienie tego czymś bardziej produktywnym i sensownym, ale nie w niepraktycznie sztywny sposób. Jeżeli z jakichś powodów uznam to za konieczne, zawsze mogę zaplanować ekstra sprawdzenie. Kiedy na przykład publikuję nowy wpis na blogu, puszczenie aktualnego statusu z informacją o tym ma sens; w niektórych przypadkach mogę to zrobić właściwie bez wchodzenia na daną stronę.

Załóżmy, że zarejestrowałeś się na jakiejś stronie i potrzebujesz kliknąć link aktywacyjny wysyłany mailem, musisz więc zajrzeć na swoją pocztę. Pozwolisz sobie na zalogowanie do swojej skrzynki jedynie by kliknąć link, nie zajmując się przy tym niczym innym? Klikniesz link, ale też obrobisz wszystko inne, co pojawiło się w skrzynce mailowej? A może może zdecydujesz dokończyć proces rejestracji przy następnym planowanym sprawdzaniu poczty?

Decyzje takie możesz z początku podejmować dla poszczególnych przypadków na bieżąco, a kiedy dostrzeżesz pewne schematy, wypracujesz bardziej ogólną metodę. Sporadyczne sprawdzenie poczty od czasu do czasu nie zaszkodzi Twojej produktywności, o ile nowe podejście już się zakorzeniło. W kluczowych pierwszych dwóch-trzech tygodniach sporadyczne logowania mogą jednak wpłynąć negatywnie na sam proces ustanawiania nowego nawyku.

Najważniejsze lekcje

Oto podsumowanie najważniejszych wniosków z eksperymentu:

  1. Częstsza styczność ze środkami komunikacji internetowej sprawia, że wydaje się ona stosunkowo bardziej ważna na tle innych Twoich celów, przedsięwzięć i pragnień. Może to prowadzić do nierównowagi w określaniu priorytetów co do spędzania czasu, nie mówiąc już o uzależnieniu. I na odwrót – rzadsze sprawdzanie sprawia, że cała ta komunikacja wygląda na mniej ważną i pomaga przełamać dotychczasowe uzależnienie.
  2. Im częściej odpowiadasz na wiadomości czy wrzucasz aktualne statusy, tym więcej odpowiedzi i komentarzy otrzymujesz, masz więc jeszcze więcej czytania oraz, potencjalnie, odpowiadania (a potem więcej odpowiedzi na Twoje odpowiedzi, i tak dalej, i tak dalej). Im mniej natomiast sprawdzasz wiadomości i wysyłasz nowych statusów, tym mniej odpowiedzi dostajesz, co przekłada się na mniej rzeczy do czytania i odpowiadania; każdego tygodnia możesz oszczędzić całe godziny.
  3. Jeżeli zdrowe praktyki zarządzania czasem są dla Ciebie ważne, mądrze jest z góry racjonalnie zdecydować, kiedy właściwie i jak często potrzebujesz sprawdzać wiadomości. Następnie trzymaj się planu. Kiedy ciągnie Cię do częstszego sprawdzania, prawdopodobnie stare zwyczaje wciąż jeszcze trzymają się zbyt mocno. Aby je osłabić, na początek znacznie ogranicz częstotliwość logowań (cztery razy w tygodniu albo mniej). Inaczej będziesz tracić masę energii by siłą woli powstrzymywać się przed tak częstym sprawdzaniem.

Pamiętaj, że dobre nawyki działają jak na autopilocie, a ich utrzymanie nie wymaga dużej siły woli. Z neurologicznego punktu widzenia samodyscyplina jest ograniczonym zasobem. Jeżeli codziennie musisz odwoływać się do samodyscypliny żeby nie poddawać się pokusom, niepotrzebnie zużywasz ten zasób, aż zabraknie go kiedy naprawdę będzie potrzebny. Twój mózg jest w stanie wykorzystać tylko daną ilość samodyscypliny (zazwyczaj dość niewielką), używaj jej więc do ustanowienia sensownych nawyków, które później dbają już o siebie same – po pierwszych 2-3 tygodniach. Czasami trzeba na parę tygodni nabrać dystansu do starych zwyczajów, by te miały szansę osłabnąć.

Szlif i poler

Ja czuję się dobrze ze sprawdzaniem poczty i portali społecznościowych trzy razy w tygodniu, a krótkoterminowe korzyści są co najmniej obiecujące, póki co zamierzam więc przy tym pozostać. Dwa razy w tygodniu też powinno być w porządku (przypuszczalnie czwartki i niedziele), co być może przetestuję w grudniu. Zejdę może nawet do jednego razu w tygodniu, z tym, że to może się wiązać z dłuższymi opóźnieniami przy pewnych rzeczach, jak planowanie rozmów telefonicznych, myślę więc, że dwa-trzy razy w tygodniu będą optymalne.

A jak ze sprawdzaniem poczty na telefonie, kiedy jesteś poza domem – powiedzmy, w wolnych chwilach oczekiwania w kolejce? Doszedłem do wniosku, że generalnie jest to zły pomysł. Chociaż na pierwszy rzut oka metoda wydaje się efektywna, to wzmacnia ona też pewne złe mentalne nawyki, takie jak stałe myślenie o tym, co też może się dziać w sieci; potencjalnie utwierdzając też rozpraszające uzależnienie. Odkryłem, że sensowniej jest przeczytać parę kolejnych stron e-booka, czy po prostu pomyśleć o swoich celach albo decyzjach, które muszę wkrótce podjąć.

Przedstawiłem co funkcjonuje w moim przypadku, w oparciu o osobiste próby. Twoja sytuacja może być oczywiście inna. Sens opisywania tego wszystkiego leży w skłonieniu Cię do samodzielnego eksperymentowania i odkrycia, co działa najlepiej dla Ciebie – zwłaszcza gdy czujesz, że jesteś w sieci zdecydowanie za często.

Częstotliwość sprawdzania zależy wyłącznie od Ciebie. Nawet, jeżeli Twoja praca „wymaga” częstego sprawdzania poczty, to sam sobie tę pracę wybrałeś i jeżeli utrwala ona u Ciebie złe nawyki, to masz pełne prawo ją rzucić. Jeżeli sądzisz, że w pracy oczekuje się od Ciebie częstego sprawdzania poczty, możesz renegocjować te oczekiwania i zachęcać ludzi do korzystania z innych dróg komunikacji w przypadku naprawdę pilnych wiadomości. Możesz też założyć do pilnej komunikacji jedno konto mailowe, które będziesz sprawdzać często, a do pozostałych spraw używać innego, rzadziej sprawdzanego konta.

Jeżeli aktualnie sprawdzasz pocztę wielokrotnie w ciągu dnia, zachęcam Cię do wypróbowania układu ze sprawdzaniem inaczej niż codziennie, aby przekonać się jak to jest. Spróbuj na przykład co drugi dzień (a wtedy tylko raz dziennie, najlepiej wieczorem) i zobaczysz jak to jest. Z początku może być ciężko, ale przyzwyczaisz się. Jeśli to zrobisz, na nowo ułożysz swoje myślenie i pozwolisz, by podniósł się priorytet innych Twoich celów.

Tego typu eksperyment nadaje się również do zastosowania metody 30-dniowej próby.

Kiedy po raz ostatni miałeś przynajmniej trzydniową przerwę od sprawdzania poczty i portali społecznościowych? Jeżeli przypuszczasz, że było to rok temu czy więcej, albo tylko ze względu na ekstremalne okoliczności takie jak choroba, to rzucam Ci wyzwanie podjęcia takiej próby. Niech poczta poczeka na Twoje cele. Nie pozwól, by Twoje cele czekały, aż skończysz zajmować się pocztą.

Źródło: How Many Days Can You Go Without Checking Email or Social Media

Jak działać, żeby dostawać same piątki?

Zaczynając liceum postanowiłem zostać piątkowym uczniem, i to mimo, że nigdy wcześniej tego nie robiłem. Wydawało się to ciekawym celem dla czternastolatka. Ponieważ w tamtym czasie moje życie obracało się wokół szkoły, doszedłem do wniosku, że może mi się to udać

Za pierwsze wypracowanie z angielskiego zarobiłem tróję z plusem. Trochę się wkurzyłem. Byłem przekonany, że dałem z siebie wszystko.

Zamiast uznać, że ta trója z plusem oznacza porażkę w dążeniu do mojego celu, postawiłem pytanie: „Dlaczego nie dostałem piątki? Jak wyglądałoby wypracowanie na piątkę?”.

Kiedykolwiek za szkolne zadanie dostawałem ocenę niższą niż pięć, pytałem zawsze: „Co powinienem zrobić inaczej, żeby dostać piątkę?”.

Kiedy nie miałem pewności, pytałem nauczyciela i uważnie słuchałem odpowiedzi. Powiedziałem nauczycielom, że chcę mieć same piątki na świadectwie i zapytałem co muszę zrobić, żeby to osiągnąć. Chętnie mi odpowiadali. Brałem sobie do serca ich porady i stosowałem się do sugestii.

Szybko przestawiłem się na sposób myślenia oraz nawyki które były konieczne, by stale otrzymywać same piątki, i trzymałem się tego przez cztery lata. Liceum skończyłem z najwyższymi honorami, wzorowymi referencjami i garścią listów o przyjęciu na najlepsze informatyczne uczelnie naukowe jak UC, Berkeley, UCLA, Caltech, Carnegie Mellon i inne.

Niespodzianką jest to, że zarabianie samych piątek wymagało prawdopodobnie mniej pracy, niż jazda na niższych ocenach. W trybie piątkowego studenta materiał opanowujesz od razu, kiedy tylko jest wprowadzany. Nie robisz sobie zaległości. Przez cały czas dbasz, by być na bieżąco z zadaniami do zrobienia.  Nie grzęźniesz w bałaganie czy dezorientacji. Jeżeli czegoś nie rozumiesz, wiedzę uzupełniasz tak szybko, jak to możliwe. Jeżeli potrzebujesz pomocy, prosisz o tę pomoc od razu. NIE robisz zaległości.

Studenci uzyskujący niższe stopnie często pracują ciężej, podchodzą do tego bowiem niechlujnie. Ulegają złym nawykom, jak robienie zadań domowych na ostatnią chwilę, pod presją. Na egzamin przychodzą zmęczeni i zestresowani, zamiast zrelaksowani i przygotowani. Nie przyswajają informacji kiedy te są im przedstawiane; starają się wkuwać je później, kiedy mają mniej czasu, presja jest większa, a obycie z tematem mniejsze. Dostają czwórki czy trójki i myślą, że tak jest OK, zamiast zająć się opanowaniem tego, co jest potrzebne do uzyskania piątki.

Dla piątkowego studenta czwórka to wpadka. Tak samo czwórka z plusem. Tak samo piątka z minusem.

Kiedy za cokolwiek dostawałem piątkę z minusem, uznawałem to za błąd. Nie robiłem sobie za to wymówek. Po prostu wciąż pytałem: „Dlaczego nie piątka? Co muszę zrobić inaczej?”.

Kiedy schrzaniłem jakiś drobiazg, coś czego nie mogłem w rozsądny sposób uniknąć, po prostu zapominałem o błędzie i szedłem dalej. Ale jeżeli byłem w stanie określić przyczynę błędu której dałoby się zapobiec, notowałem to i szukałem sposobu na odpowiednią zmianę nawyków. Weźmy dla przykładu prosty błąd arytmetyczny na sprawdzianie z matmy – w większości przypadków mogłem wybronić się przed takimi wpadkami, zaraz po zrobieniu każdego zadania powtarzając wszystkie kroki działań arytmetycznych, nie przyglądając się swojej wcześniejszej pracy. Jeżeli uzyskiwałem inne wyniki, to oczywiście musiałem gdzieś popełnić błąd i mogłem cofnąć się by go poprawić przed oddaniem sprawdzianu, zakładając że jeszcze miałem czas. Nauczyłem się też powoli korygować teksty pod względem pisowni i błędów gramatycznych oraz sprawdzać w słowniku każde słowo, którego nie byłem pewien.

Jak się ostatecznie okazało, otrzymywanie samych piątek wiązało się z serią prostych nawyków. Prace domowe odrabiałem każdego wieczora przy biurku w sypialni, zanim zabrałem się do odpalenia jakiejkolwiek gry. Jeżeli była taka możliwość, zawsze brałem dodatkowe zadania. Chętnie pomagałem innym studentom, którzy chcieli pomocy przy swoich zadaniach – częściowo dlatego, że pomagało mi to lepiej opanować materiał, a częściowo dlatego, że wyrabiałem sobie lepszą pozycję w klasie.

Rozumiem, że w ocenianie bywa bardzo swobodne. Ocenianie często może wydawać się niesprawiedliwe. Pewne ciekawe badania wykazały, że im później po posiłku nauczyciel ocenia Twoją pracę domową czy sprawdzian, tym niższa jest ocena. Nauczyciele hojniej rozdają dobre oceny, kiedy mają wyższy poziom cukru we krwi. Najlepiej więc, kiedy nauczyciel ocenia Twoją pracę zaraz po jedzeniu. A ty prawdopodobnie w większości przypadków nie masz na to wpływu.

Ale możesz też obracać nauczycielskie skłonności na swoją korzyść. Jeżeli powiesz nauczycielowi, że chcesz być prawdziwym piątkowym uczniem, zakorzeni się to gdzieś w jego umyśle. Często będzie Ci pomagać w osiągnięciu tego celu, zwłaszcza kiedy prosisz o pomoc i porady. Może on nawet decydować na Twoją korzyść w niejednoznacznych sytuacjach, oceniając coś bardziej subiektywnie kiedy wie, że Twoim poważnym celem jest uzyskanie piątki. Zazwyczaj nie będzie tego robić bez przerwy, ale korzystne nagięcie subiektywnych aspektów dzięki przeciągnięciu nauczycieli na swoją stronę nie boli.

‎Zdobywanie samych piątek wiąże się oczywiście z Twoim podejściem i wydajnością, ale też z Twoim stosunkiem do nauczycieli. Jeżeli myślisz, że nauczyciel nie może czy nie zechce obniżyć Twoich ocen z powodu problemów z Twoim podejściem, pomyśl jeszcze raz. Nauczyciel też człowiek. Nawet jeżeli świadomie nie zdaje sobie sprawy ze swoich skłonności, to skłonności te ujawnią się na podświadomym poziomie. Wielokrotnie wykazywały to statystyczne analizy wzorców oceniania u nauczycieli.

Ze względu na subiektywną naturę oceniania, zwłaszcza przy niektórych nieścisłych przedmiotach, szybko zdałem sobie sprawę, że mógłbym wzorowo wykonać całą związaną z przedmiotem pracę, a i tak nie byłbym całkowicie pewien uzyskania solidnej piątki. Ale kiedy rozwijałem i utrzymywałem pozytywne relacje z nauczycielami, piątka była dość pewna, a silna relacja dawała mi też nieco swobody. Mogłem od czasu od czasu z czymś nawalić i mimo to dostać piątkę, jeżeli nauczyciel wierzył że zrobiłem dość (albo więcej niż dość) aby ją dostać. Nauczyciele często gotowi byli wybaczyć parę błędów jeżeli widzieli, że student stara się na poważnie.

Poświęcając się uzyskiwaniu samych piątek przebudowałem swoją tożsamość w taki sposób, która pasowała do piątkowego studenta. Nie minęło wiele czasu, nim przyswoiłem sobie inne zachowania, które uważałem za odpowiednie dla studenta z samymi piątkami.

W liceum pozytywne relacje z nauczycielami rozwijałem wykazując większe zainteresowanie przedmiotami, których uczyli, co w końcu było ich pracą. Nawet, jeżeli dostawałem już piątki, prosiłem o więcej informacji na najbardziej interesujące mnie tematy. Wykazywałem się ciekawością uczenia się więcej ponad to, czego uczono w klasie. Pytałem nauczycieli nad czym jeszcze pracowali i czy mogliby czymś z tego ze mną się podzielić. Kręciłem w okolicy się po zajęciach i wygłupiałem się. Czasami dołączałem do kół naukowych, w które zaangażowani byli nauczyciele. Nie robiłem tego z zamiarem manipulacji ani z każdym z nauczycieli. Robiłem tak tylko kiedy byłem autentycznie ciekaw.

W konsekwencji zaproszony zostałem do wzięcia udziału w paru innych wydarzeniach naukowych, o których innych studentów nie informowano. Bywałem na specjalnych wycieczkach w teren, jak na przykład do laboratoriów napędu odrzutowego w Pasadenie w Kalifornii. Dawano mi dostęp do dodatkowych źródeł jak książki i oprogramowanie. Zapraszano mnie do wzięcia udziału w kursie na poziomie uniwersyteckim na USC, kiedy byłem jeszcze w liceum, dzięki czemu uzyskałem zaliczenie przedmiotu akademickiego. Zaproponowano mi też rolę kapitana pierwszej akademickiej drużyny w dziesięcioboju.

Sami ustanawiamy swoje standardy. Jeżeli czwórki Ci wystarczają, to Twój wybór. Ale tak wiele najwyborniejszych okazji w życiu zarezerwowanych jest dla tych najskuteczniejszych osób, które stale dążą do doskonałości. Ludzie ci uzyskują niekończący się strumień pozytywnych zaproszeń.

Uzyskiwanie samych piątek wcale nie wymaga więcej pracy. Wymaga innego sposobu myślenia i innego zestawu nawyków, ale wiąże się to właściwie z mniejszą ilością pracy, zwłaszcza, kiedy spojrzeć w długoterminowej perspektywie. Jeżeli na wczesnym etapie życia będziesz uzyskiwać same piątki, zdobędziesz wiedzę i umiejętności, na których będziesz mógł oprzeć się później. Nie zawsze wiesz, jaką rolę odegrają te umiejętności.

Mogłem uznać, że nie potrzebuję być dobry w pisaniu czy gramatyce bo już w liceum wiedziałem, że celuję ku karierze technicznej. Nie mogłem przewidzieć, że ostatecznie będę wspaniale zarabiał na życie na pisaniu i przemawianiu. W czasach mojej edukacji nie istniało coś takiego jak blogowanie. Ale jestem głęboko wdzięczny, że wcześniejszy „ja” poświęcił się tak poważnie tym podstawowym umiejętnościom. Wyposażył mnie on w pewne cenne zwyczaje, które służą mi dobrze po dziś dzień. Gdyby poprzestał na trójach z plusem, położył by na mnie brzemię późniejszej konieczności ponownej nauki pisania lub zadowolenia się słabymi umiejętnościami w tym zakresie.

Nawet jeżeli w tej chwili nie jesteś w szkole, to życie samo w sobie jest szkołą. Wciąż jesteś oceniany. Twoimi ocenami są efekty, jakie uzyskujesz. Życie Cię ocenia.

Jesteś zadowolony ze swoich aktualnych ocen? A może czujesz, że nie wykorzystujesz w pełni swojego potencjału? Jakiego rodzaju wyzwanie na dziś byłoby odpowiednikiem samych piątek? Co będzie potrzebne by wybić się na czoło w swojej klasie, by stać się jednym z najskuteczniejszych wśród rówieśników i by rozwinąć pozytywne relacje z mentorami i by się od nich uczyć?

Jaka jest dziś Twoja wizja osobistej doskonałości?

Kiedy już określisz swój dzisiejszy standard „samych piątek”, poświęć się mu. Kiedykolwiek nie do końca Ci się coś uda, zawsze pytaj: „Co muszę zrobić, żeby dostać tu piątkę?”. Następnie zrób to, co konieczne, by tę piątkę mieć.

Ponadto stale myśl o sobie jako o piątkowym studencie. To nie jest ktoś inny. To Ty. To Tobie się powodzi, to Ty działasz, to Ty poświęcasz się osobistej doskonałości.

Źródło: How to Earn Straight A’s

Systemy Przychodu Pasywnego

Do generowania przychodu pasywnego potrzebujesz sposobu na utrzymywanie stale płynącego dochodu dochodu bez konieczności wykonywania większych ilości zasadniczej pracy. Jeżeli musisz dalej pracować dzień po dniu by Twój dochód nie spadał, to zarabiasz aktywnie, a nie pasywnie. Przychód pasywny płynie nawet jeżeli nie pracujesz aktywnie.

Wiele form przychodu pasywnego wymaga dalej codziennych czy cotygodniowych czynności związanych z utrzymaniem, jak wypełnianie zamówień czy zajmowanie się obsługą klienta, ale nie oznacza to, że sam musisz wykonywać te zadania. Możesz delegować je na innych ludzi, firmy czy technikę. Żeby Twój przychód był pasywny (to znaczy, że nie musisz robić wiele by utrzymać przepływ gotówki), musisz zdejmować sprawy ze swojego grafiku, ale one tak czy inaczej muszą być załatwiane.

System przychodu pasywnego to pewna forma delegowania. Co jest delegowane – i komu? Jak będą załatwiane konieczne sprawy, jeżeli nie będziesz zajmował się nimi sam? Twój system przychodu pasywnego musi odpowiadać na te pytania.

Ja uwielbiam delegować zadania na technikę, bo jest szybka, wydajna, stabilna i niedroga. Technikę dobrze się też skaluje, to znaczy – można zwiększać moc obliczeniową, co nie wymaga wiele ponad zapłatę za tę moc. Działa to dobrze w przypadku biznesów internetowych.

Przykładowo dystrybucję tego artykułu deleguję na mój serwer. Wyślę go na serwer i kliknę przycisk „Publikuj”, a wtedy różnorodny sprzęt z oprogramowaniem zajmie się resztą. Bez tej techniki musiałbym zastosować jakiś inny sposób dystrybucji. Technika jest w dzisiejszych czasach tak wszechobecna, że łatwo jest przeoczyć co dla nas robi i brać to za coś oczywistego, ale może ona pełnić kluczową rolę w każdym systemie przychodu pasywnego. Jak bez tej techniki miałbym dystrybuować kopie każdego artykułu jaki napisałem do milionów czytelników z całego świata, którzy każdego miesiąca odwiedzają moją stronę? Dokonanie tego ludzkimi rękami byłoby ogromnym wysiłkiem.

Zauważ, że kiedy opierasz się na technice w zakresie komunikacji, to już korzystasz z pasywnych systemów. Twoje wiadomości przepływają przez sprzęt, który został zaprojektowany, wykonany i jest utrzymywany przez innych. Nie musisz płacić bezpośrednio tym ludziom, ale oni pracują dla Ciebie każdego dnia. Już teraz korzystasz z tych systemów. Tak więc jeżeli aktualnie polegasz na takich systemach w zakresie komunikacji, to dlaczego nie miałbyś wykorzystać ich również w odniesieniu do swojego przychodu?

Możesz też delegować zadania na innych ludzi i firmy by nie mieć ich na swojej głowie. W typowym układzie partnerskim możesz delegować na inną firmę obsługę zamówień, ich realizowanie plus obsługę klienta. Jeżeli na przykład bierzesz udział w programie partnerskim Amazona żeby sprzedawać rzeczy, to właściwie delegujesz na nich znaczną część roboty. Z Twojej perspektywy program partnerski może wyglądać bardzo pasywnie, ale jest tak dlatego, że Amazon zapewnia wykonanie aktywnej pracy aby możliwe było uzyskanie prowizji partnerskich.

Buduj Lub Pożyczaj

Masz kilka możliwości wdrożenia własnego systemu przychodu pasywnego:

  1. Możesz zaprojektować i zbudować od zera własny system przychodu pasywnego.
  2. Możesz dowiedzieć się w jaki sposób inni ludzie uzyskują przychód pasywny i skopiować ich podejście.
  3. Możesz wykorzystać czyjś gotowy system (zazwyczaj płacąc za tę możliwość).
  4. Możesz wykorzystać kombinację dowolnych z powyższych możliwości.

W różnych momentach używałem wszystkich tych sposobów. Nie mogę jednak ogólnie zarekomendować jednego z powyższych jako lepszego od pozostałych. Najbardziej inteligentny wybór zależy od różnorodnych czynników, jak ograniczenia czasowe, budżetowe, osobiste silne strony i osobiste cele.

Jeżeli stoisz przed poważnym wyzwaniem, bardzo opłacalne może być zaprojektowanie i wdrożenie własnego systemu przychodu pasywnego zupełnie od zera. Zaletą takiego podejścia jest to, że sam projektujesz system, więc znasz jego wewnętrzny sposób działania i możesz modyfikować go jak chcesz. Wadą tej metody jest to, że może wymagać wiele pracy i może minąć nieco czasu zanim ruszą pierwsze strumienie przychodu. Innowacja jest ryzykowna. Czasami ryzyko się opłaca. Czasami nie.

Bardziej powszechne jest zapożyczanie pomysłów od innych. Po co na nowo wynajdować koło? Dowiedz się, co działa dla innych, i wykorzystaj podobne metody dla siebie. Jest masa książek i systemów autorstwa przedsiębiorców, którzy chętnie pokażą Ci jak zrobić to, co im się udało. Niektórzy gotowi są dzielić się szczegółami swoich systemów za darmo, podczas gdy inni zrobią to za opłatą. Nawet kiedy jest jakaś opłata, zakup czyjegoś systemu może zaoszczędzić Ci ogromne ilości czasu i energii.

Kiedy ja próbowałem zbudować jakiś system sprzedaży moich gier w latach ’90, kupiłem sobie książkę „Jak Sprzedawać Swoje Oprogramowanie”, autorstwa Boba Schenota. Bob dzielił się szczegółami swojego systemu, a ja byłem w stanie zaadaptować wiele jego porad do swojego własnego biznesu, co zaoszczędziło mi masę czasu. System tamten na dzień dzisiejszy wyglądałby bardzo przestarzale (był w dużej mierze „przedinternetowy”), ale pomógł mi dobrze wystartować w kierunku budowy własnego systemu.

Pozornie niedrogim podejściem jest używanie czyjegoś gotowego systemu. Przykładem tego jest udzielenie licencji na swoją książkę jakiemuś wydawcy czy sprzedawanie jej na Amazonie. Może to wyglądać na niezły układ, bo nie musisz płacić za nic z góry, ale może też być dużo droższe jeżeli radzisz sobie dobrze, ponieważ może się okazać, że oddajesz znaczny procent wartości swojej sprzedaży właścicielowi systemu. To podejście bywa najłatwiejsze na początek. Dostawcy systemów w tej kategorii mogą być bardzo dobrzy jeśli chodzi o przetwarzanie zamówień i zajmowanie się obsługą klienta, ale zazwyczaj nie zapewniają wiele wsparcia marketingowego, więc może być ciężko zostać zauważonym przy współpracy z nimi. To rzekłszy – mogą oni odwalić dla Ciebie kawal roboty, czyniąc Twój przychód bardzo pasywnym.

Dobre wieści są takie, że nie musisz rozumieć jak buduje się system przychodu pasywnego od zera, by takiego używać, zupełnie tak jak nie musisz wiedzieć jak od zera zbudować komputer żeby go używać.

Moim osobistym ulubieńcem jest mieszane podejście. Zbieram od innych wiele dobrych pomysłów, ale lubię nadawać rzeczom mój własny rytm i stale ulepszać swoje źródła przychodu pasywnego wraz z ich rozwojem. Rzadko kiedy używam gotowych cudzych systemów, często dlatego, że uważam ich metody marketingowe za niedopasowane do moich odbiorców, tak że ostatecznie tak czy inaczej muszę poprawiać elementy marketingowe nawet, jeżeli sam produkt czy usługa pasuje mi dobrze.

Kupować Czy Nie Kupować

Jednym z pytań, jakie z pewnością Ci się nasuną, jest czy powinieneś czy nie powinieneś kupować systemy kogoś innego, płacąc na przykład za wiedzę i materiały

Ogólnie uważam że to dobry pomysł, zwłaszcza kiedy dopiero zaczynasz, ale tylko kiedy jesteś ostrożny w tym względzie. Możesz zmarnować masę pieniędzy kupując niskiej jakości systemy zarabiania pieniędzy od przypadkowych internetowych handlowców. Z drugiej strony – płacenie za dobry system może też dostarczyć ogromnej wartości. Możesz w krótkim czasie dowiedzieć się tego, co komu innemu zajęło lata czy nawet dekady bolesnego składania wszystkiego do kupy.

Ja trochę przeginałem kiedy przychodziło do płacenia za to, co wyglądało na wysokiej jakości wiedzę w tym obszarze i marnowałem pieniądze na coś, co okazywało się bełkotem czy przestarzałymi informacjami. Potem bardzo się ograniczyłem i zrobiłem się bardzo skąpy, przez co straciłem parę łatwych okazji. Ostatecznie przyjąłem podejście, które uważam za bardziej praktyczne i realistyczne. Gotów jestem płacić za wiedzę o systemach jeżeli myślę, że będę w stanie efektywnie ją zastosować i jeżeli informacje pochodzą z wysokiej jakości źródła. Dla mnie źródłem wysokiej jakości jest osoba która wydaje się sama z siebie chcieć pomóc ludziom w zrozumieniu i zastosowaniu metod, których uczy, w przeciwieństwie do takiej, która chce tylko sprzedać niskiej jakości informacje by zarobić więcej pieniędzy. Ponadto system wysokiej jakości to taki, który działa już w realnym świecie.

Zazwyczaj kiedy dziś płacę za wiedzę o systemach, nie mam na celu wdrożenia czyjegoś gotowego systemu u siebie. Poszukuję po prostu świeżych pomysłów jakie mógłbym wykorzystać by ulepszyć moje systemy. Jakie są najnowsze i najlepsze pomysły, które inaczej mógłbym przeoczyć?

Wiem, że kiedy przechodzimy do marketingu, to ludzie sprzedający tamte systemy mogą próbować manipulowania moimi emocjonalnymi przyciskami, podając dodatkowe zachęty do zakupu. Staram się jak potrafię zignorować te taktyki sprzedażowe i patrzeć na potencjalną wartość bardziej obiektywnie.

Jako, że wiem, że ludzie będą mnie o to pytać, podzielę się paroma konkretnymi rekomendacjami systemów, jakie możesz wykorzystać by generować dziś przychód pasywny w sieci.

Site Build-It

Polecam Site Build-It (SBI) od początku 2008 r., dając im tysiące nowych klientów. Dziś nadal z całego serca polecam tę usługę za wyróżniające się połączenie techniki, narzędzi, hostingu i edukacji. Starali się oni stworzyć rozwiązanie typu „wszystko w jednym”, które pomaga ludziom budować skuteczne biznesy internetowe (nie tylko strony internetowe) i naprawdę to robią.

SBI stale rozwija się pod względem technicznym, i nie tak dawno mieli dużą aktualizację, więc teraz jest to jeszcze bardziej solidne i nowoczesne niż kiedy zacząłem to polecać.

SBI utrzymuje też aktywne forum dyskusyjne którego członkowie dzielą się poradami i strategiami każdego dnia. Samo to jest jak skrzynia skarbów, pełna użytecznych informacji… nie wspominając źródle stałego wsparcia dla członków SBI.

SBI nalicza bardzo rozsądny abonament za swoje usługi. Roczny koszt utrzymania strony w SBI wynosi mniej niż ja płacę za miesiąc hostingu strony StevePavlina.com Strony SBI są z pewnością w stanie generować przynajmniej tak duży przychód pasywny jak mój, a wielu użytkowników SBI posiada więcej niż jedną stronę. Jest to bardzo rozwiązanie bardzo efektywne kosztowo, jeżeli interesuje Cię generowanie przychodu pasywnego dzięki własnej stronie internetowej.

Polecam SBI zwłaszcza jeżeli istnieje temat którym się bardzo interesujesz albo posiadasz pewną wiedzę, którą chciałbyś się dzielić. Zamiast stale dzielić się pomysłami na stronie na Facebooku, mógłbyś robić to na własnej stronie internetowej i wykorzystywać ją do generowania ruchu. Następnie mógłbyś spieniężyć ten ruch na wiele sposobów generujących przychód.

Polecam SBI, ponieważ ludzie zarabiają tam prawdziwe pieniądze, dostarczane jest tam konkretne rozwiązanie typu „wszystko w jednym”, i jest bardzo niedrogie w stosunku do dostarczanej wartości.

Żeby dowiedzieć się więcej o SBI, przeczytaj moją oryginalną recenzję SBI, albo moją najnowszą aktualizację na temat SBI.

Może zechcesz też dodać do ulubionych stronę SBI na Facebooku, gdyż publikują oni tam porady, aktualizacje, promocje itp.

Bogać Się Na E-bookach

Wydawca mojej książki, Hay House, poinformował mnie wczoraj, że spodziewają się niemal podwojenia sprzedaży e-booków w tym roku. Znajdujemy się w wyjątkowym momencie, kiedy popyt na e-booki wzrasta znacznie szybciej niż podaż, częściowo dlatego, że tablety sprzedają się jak szalone. Istnieje wielki „głód e-booków”, które można czytać na tych urządzeniach.

Ubiegły tydzień spędziłem w Kanadzie, a podczas lotów czytałem trochę e-booków na swoim iPhonie. Pomimo małego ekranu uznałem, że czyta się bardzo przyjemnie – i wiem, że nie jestem sam. Ludzie w rzędzie po drugiej stronie, którzy lecieli ze mną, czytali e-booki na swoich iPadach. Ten trend w kierunku mobilności e-booków będzie tylko wzrastał.

Ubiegłej nocy dyskutowałem z moim przyjacielem Stewartem Emerym o nieuniknionym zmniejszeniu nakładu książek w druku. Stewart jest współautorem książki „Sukces Zbudowany By Trwać”, jest też wpływową postacią w branży wydawniczej. Jakiś czas temu przewidział, że zarówno Borders, jaki Barnes & Noble w ciągu dwóch lat wylecą z rynku. Dwa lata później (niemal dokładnie) Borders zbankrutował, a Barnes & Noble uratował się dzięki przerzuceniu się na e-booki z Nook.

W przypadku mojej własnej książki również widzę że sprzedaż wersji na Kindle przekracza sprzedaż książki drukowanej w miękkiej i twardej oprawie razem wziętych. Spodziewam się, że ten rozdźwięk w ciągu najbliższych pięciu lat stanie się jeszcze większy.

Sytuacja ta tworzy pewne niespotykane możliwości dla autorów e-booków. Ostatecznie podaż nadrobi zaległości, ale na ten moment popyt rośnie znacznie szybciej. Na rynku wciąż jest znacznie więcej książek w druku niż e-booków, ale pęd sprzedaży działa na korzyść e-booków. Tworzy się w ten sposób coś na kształt gorączki złota dla autorów e-booków.

Vic Johnson zauważył ten trend i pojechał na nim. Na ten moment zarobił na e-bookach ponad 7 milionów dolarów. Oferuje on bardzo gruntowny kurs na temat tego, co samo robi, odpowiednio zatytułowany: „Bogacenie Się Dzięki E-bookom”.

Sam przeszedłem ten kurs i wiele się z niego nauczyłem. Rozmawiałem też bezpośrednio z Vicem. Był spłukany, a sprzedawanie e-booków stało się jego biletem do bogactwa, co wyjaśnia skąd ma do nich taką pasję. Polecam sprawdzenie kursu Vica oraz jego systemu tworzenia i sprzedawania e-booków. Ta niespotykana sytuacja popytu i podaży nie będzie trwać wiecznie.

Ten trend jest podobny do przewagi jaką wykorzystałem kiedy uruchamiałem blog w roku 2004; wtedy popyt rósł znacznie szybciej niż podaż i wielu ludzi, którzy mniej więcej wtedy otwierało swoje blogi odnotowało znaczny wzrost ruchu, kiedy powszechne zainteresowanie rosło i rosło. Jeżeli jednak dziś teraz właśnie zaczynasz blogowanie, to nieco się spóźniłeś na zabawę, bo to pole jest już o wiele bardziej zatłoczone.

Ciekawostką jest to, że Vic nawet nie pisze sam większości treści, którą sprzedaje. Zarobił niezłe pieniądze przepakowując dzieła z domeny publicznej i korzystając z usług ghostwriterów tworzących treść dla niego. W swoim programie wyjaśnia jak to robić, włączając w to sposób na wynajdowanie okazji na publikację nowych e-booków, które możesz sprzedawać.

Zwróć uwagę, że jeżeli użyjesz systemu Vica, możesz nawet używać dowolnych artykułów i podcastów z mojej strony żeby stworzyć własne e-booki, ponieważ materiały te pozbawione są prawa autorskiego. Jeżeli przejrzysz wyniki wyszukiwania mojego nazwiska na Amazonie, zobaczysz, że dziesiątki e-booków opartych o moją treść zostały już wydane przez innych.

Widzę jednak, że ludzie popełniają masę amatorskich błędów próbując przepakować i sprzedać moją treść, a to nie wpłynie dobrze na ich poziom sprzedaży. Powodziłoby im się znacznie lepiej, gdyby przeszli najpierw program Vica, gdyż dzieli się ona wieloma poradami o optymalizacji dla zwiększenia sprzedaży. Dla mnie to w porządku, jeżeli ludzie chcą przekształcać moją treść w e-booki na sprzedaż, ale byłbym zachwycony widząc, jak powodzi im się jeszcze lepiej, bo oznaczać to będzie, że idee rozprzestrzeniają się dalej.

System Vica to dobry wybór jeżeli Twoje zdolności pisarskie nie są wielkie albo nie jesteś pewien czy potrafisz samodzielnie stworzyć treść o wysokiej jakości. Jeżeli z drugiej strony uwielbiasz pisać tak jak ja, to też możesz wykorzystać program Vica by efektywnie wspomóc poszukiwanie informacji, określanie rynku zbytu i sprzedaż własnych e-booków. Myślę, że jest to warte swojej ceny, a Vic sprzedaje program na zasadzie „wypróbuj zanim kupisz”, co ułatwia rozpoczęcie.

Ja napisałem już książkę (wydaną przez Hay House), mam więc za sobą cały proces wydawniczy i wiem jak to wygląda. Mimo to byłem w stanie odnaleźć w programie Vica parę złotych myśli, z jakich wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Otrzymałem również kopa entuzjazmu, podobał mi się też jego bezpretensjonalny styl.

Myślę, że program Vica spodoba się wielu ludziom, którzy śledzą tę serię o przychodzie pasywnym, ponieważ nie wymaga on posiadania własnej strony internetowej ani tworzenia nowej. Vic uczy Cię jak zarabiać wykorzystując inne strony prowadzące sprzedaż dla Ciebie. Możesz stworzyć stronę wspomagającą sprzedaż swojego e-booka, ale to jest część jest nieobowiązkowa.

Podoba mi się, że Vic jest na tyle hojny, jeśli chodzi o stworzoną przez siebie treść, że dołącza masę bonusów i materiałów pomagających w opanowaniu praktycznych szczegółów. Mówi Ci nawet z czyich konkretnie usług korzysta i podaje Ci namiary.

Możesz dowiedzieć się więcej o programie Vica Johnsona „Bogacenie Się Dzięki E-bookom” oglądając ten film.

Program Vica i SBI mogą ładnie się uzupełniać, nie jest to więc sytuacja „albo-albo”. Możesz z łatwością stworzyć stronę SBI i e-booka na ten sam temat. Twoja strona może wspomagać sprzedaż e-booka, a Twój e-book może wspierać promocję strony SBI. Lubię tego typu związki pomiędzy moją książką a moją stroną na przykład – obie nawzajem wspierają swoją promocję.

Stosowałem podobną złożoną strategię kiedy prowadziłem swój biznes z grami komputerowymi. Sprzedawałem gry na swojej własnej stronie internetowej, ale też publikowałem dema na setkach stron z oprogramowaniem i grami do pobrania. Strony-pobieralnie pomagały kierować ruch na moją własną stronę, gdzie ludzie mogli kupować pełne wersje mojej gry. Vic wykorzystuje podobną strategię, stosując niedrogie e-booki by kierować ruch na swoje strony internetowe. Zarabia dobrze na e-bookach, zarabia też na swoich stronach internetowych, które mogą sprzedawać inne produkty i usługi jako przy e-bookach.

Twoje Preferencje Odnośnie Systemów Przychodu Pasywnego

Moim celem w tym artykule jest skłonić Cię do myślenia o tym, jaki system najchętniej wykorzystałbyś do tworzenia własnych źródeł przychodu pasywnego. Czy chcesz mieć stronę generującą przychód? Czy może skłaniasz się ku posiadaniu produktu do sprzedawania na stronach innych ludzi? Chciałbyś mieć system zawierający jedno i drugie? A może chcesz czegoś wściekle innego?

Pomyśl o swoich silnych stronach. Dobry system pozwoli Ci wykorzystać Twoje silne strony, delegując zadania w tych obszarach, gdzie jesteś najsłabszy. Czy jesteś treściową maszyną jak ja, która potrzebuje jest systemu zapewniającego efektywne publikowanie oraz sposobu na spieniężenie pracy? Czy czułbyś się bardziej komfortowo sprzedając produkty lub usługi kogoś innego? Sprzedawanie Cię zniechęca i wolałbyś delegować również aspekt sprzedaży?

Kiedy mowa o systemach przychodu pasywnego, kluczowym testem jest pytanie czy dany system działa w realnym świecie. Możesz wymarzyć sobie cokolwiek zechcesz, ale marzenia to jeszcze nie źródła.

Dobry system przychodu pasywnego generuje rezultaty. Jeżeli nigdy nie tworzyłeś swojego własnego systemu od zera, zalecam pożyczenie sobie czyjegoś systemu kiedy chcesz szybko osiągnąć swój cel. W innym razie, jeżeli wolisz większe wyzwania i nie masz nic przeciwko zainwestowaniu z początku więcej czasu i energii, zawsze możesz rozkręcać coś własnego.

Mając już pewne doświadczenie w pracy z czyimś systemem możesz podjąć decyzję, że stosujesz go dalej, możesz eksperymentować z innymi systemami, albo możesz podjąć wyzwanie rozwinięcia własnego systemu. Nie ma dobrego czy złego wyboru. Ale kiedy chodzi o pierwsze źródło przychodu pasywnego, to podpowiedziałbym, że o wiele łatwiej będzie po prostu pożyczyć i wykorzystać czyjś system, nawet jeżeli musisz za to zapłacić. Dobry system wygląda prosto, ale jest tak dlatego, że kryje tak wiele szczegółów technicznych. W przypadku przychodu pasywnego to dobra sprawa. Samodzielne zajmowanie się zbyt wieloma szczegółami rzuca Cię z powrotem do królestwa aktywnego przychodu.

Dobry system przychodu pasywnego będzie normalnie wprowadzał różne generujące przychód strategie w tym samym czasie, układając je w spójną całość. Przypomina to komputer, łączący różnorodne podzespoły i oprogramowanie funkcjonujące razem sprawnie jako jednostka.

Możemy też wiele się nauczyć rozkładając i studiując poszczególne komponenty systemu przychodu pasywnego, i właśnie tym podzielę się w najbliższych tygodniach. Podczas gdy nadal zalecam wypożyczenie na początek czyjegoś systemu, nauczenie się szczegółów wspólnego działania różnych elementów wciąż będzie bardzo pomocne, gdyż prawdopodobnie będziesz chciał ulepszać i poszerzać to, czego nauczysz się od innych.

Pokochać Swój System

W tym punkcie nie musisz zobowiązywać się jeszcze do stosowania konkretnego systemu przychodu pasywnego. W końcu będziesz musiał podjąć takie zobowiązanie, ale na teraz chcę, żebyś zapoznał się z paroma możliwościami i zaczął nieco nad tym myśleć.

Rozejrzyj się po stronach SBI i zorientuj się, co proponują. Obejrzyj film Vica i zwróć uwagę, że film ten sam w sobie jest właściwie częścią systemu sprzedaży jego e-booka.

Które aspekty tych systemów Ci się podobają? Czy współgrają one z Twoimi silnymi stronami? Czy spodziewasz się, że zadziałają, gdybyś miał na nich pracować? Jak mógłbyś je dostosować i rozszerzyć?

To ważne by pielęgnować zdrową relację z systemem przychodu pasywnego który stosujesz. Jeżeli uwielbiasz swój system, będziesz go używał. Jeżeli nie za bardzo go lubisz, spotkasz się z prokrastynacją.

Ja nie zajmuję się inwestowaniem w nieruchomości by generować przychód pasywny, bo zanudziłoby mnie to na śmierć i nie miałbym poczucia, że wiele z siebie daję. Niektórzy ludzie mogą mieć prawdziwą pasję do inwestowania w nieruchomości, ale to zły wybór biorąc pod uwagę moją osobowość i wyznawane wartości.

Z drugiej strony – uwielbiam pisać na blogu. Kocham to, jak kiedy mam pomysł, mogę wyciągnąć go ze swojej głowy i podzielić się nim z tysiącami ludzi jeszcze tego samego dnia. Uwielbiam to, że moja praca jest trwale zarchiwizowana i dostępna przez 24 godziny na dobę dla każdego, kto ma dostęp do internetu. Nie jestem bardzo cierpliwy, więc kiedy mam inspirujący pomysł, lubię dzielić się nim natychmiast. Uwielbiam system przychodu pasywnego który wspiera moje blogowanie, ponieważ pozwala mi on dostarczać ogromnej ilości wartości za darmo bez poczucia, że muszę się ograniczać czy brać pieniądze za każdą najmniejszą rzecz. Lubię się dzielić, a system, który stosuję, pozwala mi robić to na bogato.

Nie chcę, byś popełnił błąd zastosowania systemu przychodu pasywnego który po prostu tolerujesz. Chcę, abyś miał system, który prawdziwie doceniasz. Oddaj robotę, której nie lubisz tak, żebyś mógł robić jeszcze więcej tego, co kochasz. Kiedy robisz to, co kochasz, dajesz z siebie więcej, a to jest lepsze dla wszystkich.

Źródło: Passive Income Systems

Czy Zarabianie Pasywne Jest Uczciwe?

Niektórzy ludzie pytali, czy możliwa byłaby stabilność sytuacji, w której wszyscy staraliby się zarabiać pasywnie – zajmijmy się więc tym, zanim będziemy kontynuować serię artykułów o przychodzie pasywnym.

Myślę, że przypuszczenie tutaj jest takie, że pewne posady nie dają się zaadaptować do strategii przychodu pasywnego a przez to pewne rodzaje pracy najlepiej pasują do przychodu pasywnego. Dla dobra dyskusji załóżmy, że to prawda.

Pasywne i aktywne metody uzyskiwania przychodu konkurują na rynku. Ludzie mają wolność wyboru spośród tych dwóch strategii. Większość ludzi wybiera przychód aktywny. Dlaczego? Myślę, że głównym powodem jest to, iż są oni społecznie uwarunkowani do wybierania takiej strategii. Prawdopodobnie dokonują tego wyboru bez większej wiedzy o pasywnym uzyskiwaniu przychodu. Szkoła, rodzice i znajomi wspomagają takie wytrenowanie większości ludzi, by ci wybierali przychód aktywny.

Nawet, gdyby znacznie więcej ludzi zaczęło wybierać przychód pasywny, a mniej ludzi gotowych byłoby zarabiać pieniądze aktywnie, to wierzę, że rynek dostosowałby się bez zająknięcia. Ceny za krytyczne usługi, które mogą być realizowane tylko ciągłym nakładem pracy wzrosłyby, a dzięki temu więcej ludzi gotowych byłoby na wykonywanie tych zadań.

Aktualnie mamy nadmiar ludzi poszukujących etatów i niedobór posad dla tych ludzi. Czy jest więc naprawdę mądrze wciąż trenować jeszcze więcej ludzi do poszukiwania etatów? Nie, to byłoby głupie i tylko pogłębiłoby problem. Spowoduje to też zmniejszanie pensji, obniżając w ten sposób poziom życia ludzi.

Myślę, że lepszym rozwiązaniem jest nauczyć ludzi strategii pasywnych i pomóc niektórym z nich w dokonaniu innych wyborów. Przychód pasywny jest dla gospodarki świetny, gdyż nie wymaga on rozglądania się za posadą. W rzeczywistości może właściwie wspomóc tworzenie miejsc pracy.

Przychód pasywny wiąże się z efektem tworzenia miejsc pracy, jak i wspierania istniejących. Kiedykolwiek tworzę nowe strumienie przychodu pasywnego, tworzę przychód dla innych biznesów. Te generują zyski które pomagają pokryć wypłaty wielu pracowników.

Pamiętaj, że metody pasywnego uzyskiwania przychodu zawierają dostarczanie wartości większej liczbie ludzi niż prawdopodobnie byłbyś w stanie obsłużyć przy strategii aktywnej. Nie widzę powodu by powstrzymywać się przed dostarczaniem wartości. Możesz dostarczać wartość w różnych formach stosując strategię pasywną, ale wciąż jest to ogólny zysk dla wszystkich, jeżeli zwiększasz swój wkład.

Jeżeli dasz wydawcy licencję na swoją książkę i uzyskasz od niego przychód pasywny w formie tantiem od sprzedaży, wydawca może za to zapłacić ludziom za wykonywanie konkretnych prac związanych z utrzymaniem swojego systemu w ruchu, a pracownicy ci mogą otrzymywać aktywny przychód w formie pensji. Ten układ pomaga to ułatwić i tworzy oraz utrzymuje miejsca pracy dla innych.

Pasywne i aktywne strategie uzyskiwania przychodu nawzajem się wspierają. Nie są przeciwieństwami. Myślę, że zdrowe jest dla nich współistnienie.

Ja osobiście nie chcę zwykłej posady, ale rozumiem, że wielu ludzi może tego chcieć, czasem wręcz desperacko. Mogę ponabijać się z tego sposobu myślenia od czasu do czasu, żeby zmusić ludzi do bardziej świadomego pomyślenia o tym i do rozważenia alternatyw, ale szanuję zdolność innych ludzi do podejmowania własnych decyzji.

A czy uczciwe jest zarabianie pasywnie – ja powiedziałbym, że jest to więcej niż uczciwe. To absolutnie hojne. Jak już wspominałem we wcześniejszych wpisach, przychód pasywny jest raczej dużo solidniej wynagradzany (i lżej opodatkowany) niż przychód aktywny. Ale strategie przychodu pasywnego mogą też wprowadzić wiele wartości do gospodarki, a przez to sensowne jest solidniejsze wynagradzanie takich strategii. Pomagając stworzyć i utrzymać posady dla innych możesz właściwie wygenerować znacznie większy wpływ podatków niż kiedy zarabiałbyś tę samą kwotę aktywnie.

Wcale nie takie niespotykane wśród zarabiających aktywnie jest myślenie, że przychód pasywny jest strategią zachłannych. Ironia polega na tym, że równie łatwo jest postrzegać zarabiających aktywnie jako osoby ograniczające się i tworzące mniejszy wkład… dając coś od siebie tylko jednemu pracodawcy, kiedy mogliby oni służyć znacznie większej liczbie ludzi. Prawda jest taka, że w obu strategiach dąży się to dawania czegoś innym, tylko na różne sposoby.

W kilku następnych postach zajmę się paroma konkretnymi aspektami przychodu pasywnego. Zademonstruję nawet niektóre z tych strategii wraz z konkretnymi przykładami z mojego własnego biznesu, tak, żebyś mógł lepiej zrozumieć jak to działa.

Źródło: Is It Fair to Earn Passive Income?

Zarabiasz Pasywnie Będąc Bardziej Hojnym

Teraz, kiedy zajęliśmy się już określeniem i utrwaleniem Twojego celu oraz pomówiliśmy trochę na temat sposobu myślenia o przychodzie pasywnym – mam nadzieję, że podobał Ci się ostatni wpis – zbadajmy dokładnie jak właściwie tworzy się źródła przychodu pasywnego. Zaczniemy na dość ogólnym poziomie, a następnie w dalszych wpisach zagłębimy się w szczegóły.

Oto trzy podstawowe części metody generowania przychodu:

  1. Tworzenie wartości
  2. Dostarczanie wartości
  3. Płatność

Zwróć uwagę, że te same trzy aspekty mogą być zastosowane do dowolnej z podstawowych metod generowania przychodu. Kiedy pracujesz na przykład na zwykłym etacie, to prawdopodobnie będziesz tworzyć i dostarczać coś wartościowego swojemu pracodawcy, a potem otrzymasz za to wypłatę.

Jaka jest więc różnica w przypadku przychodu pasywnego? Różnica zasadza się głównie na tym drugim aspekcie: jak dostarczana jest ta wartość.

Kiedy generujesz przychód aktywnie, jak na zwykłym etacie, to dostarczenie stworzonej przez Ciebie wartości odbywa się zazwyczaj tylko raz. Jakikolwiek jest rezultat Twojej pracy, trafia on w ręce Twojego pracodawcy.

Tak samo jest w przypadku pracy na zlecenie. Wykonujesz jakąś pracę dla klienta (tworzenie wartości), przekazujesz mu tę pracę (dostarczenie wartości) i otrzymujesz zapłatę.

Przy strategii dochodu pasywnego idea jest jednak taka, by stworzoną wartość dostarczać wielokrotnie. Wtedy wielokrotnie otrzymujesz zapłatę, raz za każde doręczenie.

Tak więc sercem strategii dochodu pasywnego jest głównie podejście do dostarczania wartości.

Pasywne Doręczanie Wartości

Słowa „przychód pasywny” sugerują, że to trzeci aspekt (płatność) definiuje różnicę pomiędzy przychodem pasywnym i aktywnym, ale główna różnica leży zazwyczaj w sposobie dostarczania wartości.

Przy aktywnym sposobie uzyskiwania przychodu przekazujesz efekty swojej pracy raz i raz otrzymujesz za to zapłatę. Przy pasywnym sposobie uzyskiwania przychodu efekt pracy dostarczany jest wielokrotnie i zapłatę otrzymujesz wielokrotnie.

Element pasywności oznacza, że wartość dostarczana jest bez Twojego bezpośredniego wysiłku. Stosujesz więc sposób na dostarczenie efektu swojej pracy do rąk wielu klientów, ale nie musisz robić tego osobiście. Na przykład kiedy publikuję nowy artykuł na blogu, dostarczany jest on automatycznie do ludzi na całym świecie, ale nie muszę osobiście wysyłać go każdemu. Dostarczenie wartości jest zautomatyzowane.

Dlaczego Tylko Jeden Klient?

Oto dobre pytanie, które warto sobie zadać. Dlaczego masz mieć tylko jednego klienta?

Osoba na etacie jest zazwyczaj właścicielem biznesu, który sprzedaje tylko jednemu klientowi. Jeżeli weźmiesz strategię pasywnego uzyskiwania przychodu i zastosujesz ją do jednego klienta naraz, masz strategię aktywną. Jeden szef. Jeden pracodawca. Jeden klient naraz.

Osoba, która generuje przychód pasywny zazwyczaj woli dostarczać wartość jednocześnie wielu klientom. Innym rozwiązaniem jest wielokrotnie, wciąż na nowo dostarczać wartość tym samym klientom, ale bez konieczności tworzenia tej wartości od nowa za każdym razem. Dobrym przykładem byłoby wynajmowanie czegoś, co posiadasz. Możesz w ten sposób generować przychód pasywny, nawet mając jednego klienta, o ile klient ten może płacić Ci czynsz miesiąc po miesiącu.

Kiedy ludzie przestawiają się ze sposobu myślenia właściwego dla przychodu aktywnego na myślenie o przychodzie pasywnym, zaczynają zazwyczaj rozmyślać o tym, jak dostarczyć wartość większej liczbie ludzi. Zamiast mieć jednego klienta na efekt swojej pracy, czemu nie mieć dziesięciu… czy stu… albo tysiąca? Czemu by nie milion klientów?

Jak wielu ludziom jesteś w stanie pomóc?

Skalowanie W Górę

Zwróć uwagę, że przy strategii aktywnej przychód jest funkcja tworzenia wartości. Jeżeli masz tylko jednego pracodawcę, jednego klienta czy jednego odbiorcę na konkretny produkt Twojej pracy, to żeby zwiększyć przychód, musisz pracować ciężej albo liczyć sobie więcej za efekt swojej pracy.

Ale przy strategii pasywnej masz dodatkową dźwignię. Możesz dostarczać tę samą wartość więcej niż raz i zarabiać na każdej dostawie. Jak się okazuje, dźwignia ta jest potężna.

Kiedy zaczniesz myśleć o tym, jak skalować swoją pracę, często zauważysz, że mógłbyś wykonywać w zasadzie tę samą pracę, ale też służyć większej ilości ludzi niż teraz. Potrzebowałbyś po prostu innego sposobu na dostarczanie swojej wartości.

Na przykład – mógłbyś pisać oprogramowanie dla jednej firmy i dostawać od nich wypłatę, ale mógłbyś też stworzyć i opublikować własne oprogramowanie, które wielu ludzi może ściągnąć i używać.

Mógłbyś pracować jako radca prawny i mieć do czynienia z jednym klientem naraz, albo mógłbyś pisać i sprzedawać książki ze swoimi najlepszymi poradami prawnymi, w ten sposób pomagając większej liczbie ludzi.

Pomyśl o pracy, jaką teraz wykonujesz. Jak mógłbyś zmodyfikować swoja pracę tak, by dostarczać wartość większej liczbie ludzi?

Są szanse, że Twój pracodawca właśnie zbiera Twoją aktywną pracę i wykorzystuje strategię pasywną by ją eksploatować. Ty wykonujesz pracę raz, a oni stosują dźwignię by stworzyć długoterminowe strumienie przychodu. Albo możesz pracować wspierając system, który firma stworzyła by dostarczać przychód pasywny i zyski kapitałowe inwestorom i założycielom.

Dział sprzedaży to krwioobieg każdego biznesu. Jeżeli sprzedajesz tylko jednemu klientowi, to nie ma tu wiele krwi, więc nie masz wielkiego ruchu.

Aby wejść do królestwa przychodu pasywnego zacznij kwestionować mądrość prowadzenia biznesu, który sprzedaje tylko jednemu klientowi. I zacznij myśleć o tym, jak możesz przeskalować w górę pracę, którą wykonujesz, tak, że możesz dostarczać wartość, którą już teraz jesteś w stanie wytworzyć, więcej niż jednemu klientowi naraz.

Ogólnie rzecz biorąc, sposobem na stworzenie źródeł przychodu pasywnego jest dostarczanie wartości wielu odbiorcom naraz i wielokrotne otrzymywanie zapłaty. Jeżeli tak i czy inaczej zamierzasz pracować, to już teraz wytwarzasz dla kogoś wartość. Dlaczego miałbyś sprzedawać tylko jednemu klientowi? Poszerz swoje horyzonty i zdaj sobie sprawę, że jeżeli jeden pracodawca gotów jest płacić Ci za wartość, którą produkujesz, to są szanse, że ktoś inny też będzie gotów za to płacić – gdybyś tylko nie trzymał się tak uporczywie sprzedawania jednemu klientowi.

Przestań Tak Samolubnie Traktować Swoją Wartość

Mam skłonność do uważania ludzi stosujących aktywne strategie uzyskiwania przychodu za bardziej samolubnych i skupionych na sobie niż ci, którzy stosują strategie pasywne. Może brzmieć to ostro, ale prawda jest taka, że zarabiający aktywnie nie są specjalnie dobrzy w dzieleniu się. Dzielą się swoją wartością tylko z jednym klientem naraz, co w świecie miliardów ludzi jest dość ograniczające – nie zgodzisz się ze mną?

Ludzie często określają to jako lojalność, ale to tylko ograniczone myślenie. Poza tym, Twój pracodawca może używać już tego ograniczonego sposobu myślenia przeciwko Tobie, dzięki któremu generuje dla innych przychód pasywny oparty na rezultatach Twojej aktywnej pracy.

Osoby zarabiające pasywnie stale poszukują sposobów na dostarczenie większych wartości na ręce większej liczby ludzi. Chcą być tak hojni, jak to możliwe. Uwielbiają się dzielić. A społeczeństwo wynagradza ich strumieniami przychodu pasywnego, tak że otrzymują oni pieniądze nawet kiedy nie pracują.

Społeczeństwa nie interesuje, jak ciężko pracujesz. Nie interesuje go, jak kreatywny jesteś. Interesuje się ono tylko tym, jaką wartość rzeczywiście dostarczasz na ręce ludzi. Oto, za co jesteś wynagradzany – za dostarczenie wartości – nie za swoje pomysły, czy za swoje długie dni pracy, czy za swoją wrodzoną wartość jako istoty ludzkiej.

Szczegółami realizacji tego o czym teraz mowa zajmiemy się w przyszłych wpisach. Na teraz Twoją pracą domową jest zacząć myśleć o wartości, jaką już teraz dostarczasz ludziom i rozważyć jak mógłbyś przeskalować to w górę by dostarczać wartość większej liczbie ludzi w tym samym czasie. Nie ma znaczenia, czy jesteś teraz na etacie czy nie. Jaką wartość dostarczasz swoim znajomym i rodzinie? Dlaczego ludzie zawracają sobie głowę spędzaniem czasu z Tobą? Jakie inne formy wartości mógłbyś dostarczyć, gdybyś wykonał wysiłek? Wskazówka: nie musisz właściwie być osobą, która sama dostarcza tę wartość. Musisz tylko upewnić się, że dostawy mają miejsce.

Zacznij przechodzić na sposób myślenia o stawaniu się bardziej hojnym dostawcą wartości dla innych. Ostatecznie właśnie o to chodzi w przychodzie pasywnym. 🙂

Źródło: You Earn Passive Income by Being More Generous

« Older posts