Dzisiejszy dzień był jak dotychczas najlepszy. Poziom mojej energii i czujności wyraźnie podskoczył. Na ten moment powiedziałbym, że czuję się przynajmniej tak dobrze jak wtedy, gdy uskuteczniałem sen monofazowy (dziesiątka w skali 1-10). To wręcz nie do wiary, że czuję się tak zupełnie wybudzony, czujny i pełen energii śpiąc jedynie 2-3 godziny dziennie. Żałuję, że nie odkryłem tego dziesięć lat temu czy wcześniej.

Ostatniej nocy dalej potrzebowałem dodatkowej drzemki o trzeciej nad ranem (pomiędzy drzemkami zaplanowanymi na pierwszą i piątą). Około wpół do trzeciej doświadczyłem napływu ogromnej senności, więc znów zdecydowałem się na tę dodatkową chwilę snu. Jestem przekonany, że zasnąłem w ciągu minuty lub dwóch. Mimo to dostrzegam poważną poprawę, bo w ciągu pozostałych cykli z ostatniej doby byłem całkowicie wybudzony i czujny. Podejrzewam, że sprawa z ostatnim opierającym się cyklem będzie się poprawiać wraz z moim dostosowaniem się do bycia na nogach w ciągu całego dnia. Śpiąc monofazowo wstawałem zazwyczaj o piątej rano, tak więc cykl od pierwszej do piątej jest jedynym, w którym normalnie przez cały czas spałem. Moje ciało może po prostu potrzebować nieco czasu by przyzwyczaić się do bycia czujnym w tym czasie. Zauważyłem, że branie się za czytanie pod koniec nocnych cyklów, zamiast w ich początkach, bardzo pomaga w walce z sennością. Czytałem przez ostatnie 40 minut cyklu między dwudziestą pierwszą a pierwszą w  nocy, co zaprowadziło mnie do bardzo regenerującej drzemki o pierwszej, podczas której szybko zasnąłem.

„Umysłowa mgła” nadal się wycofuje. Czuję, że mój umysł jest dziś dużo bardziej jasny. Moja szybkość pisania i zdolności motoryczne też już prawie wróciły do normy.

Jedno, co zauważyłem, to to, że zamiast robić sobie dziennie listy rzeczy do zrobienia, jak miałem we zwyczaju, teraz dzielę planowane akcje według cyklów. Mam więc bardzo krótkie listy zadań na trzyipółgodzinne okresy pomiędzy drzemkami. A jako że dzień nie ma prawdziwego końca, proces jest ciągły.

Ponieważ czasy drzemek są tak krótkie (pół godziny max, z czego właściwego snu 15-20 minut), mam wrażenie, jakbym był na nogach przez całą dobę. Drzemki to po prostu krótkie przerwy w stanie – poza tym – ciągłej świadomości. Skutkuje to zupełnie nowym pojmowaniem czasu. Nie ma poczucia walki ze zmęczeniem przed nadejściem pory na wyłączenie się na noc. Mogę być w środku projektu, uciąć sobie drzemkę, i wrócić prosto do pracy bez poważnego zakłócenia jakim jest nocne wyłączenie się. Proces życia odchodzi od odstępów „z dnia na dzień”, a w to miejsce staje się bardziej ciągłym strumieniem. Było to z początku bardzo dziwne uczucie, ale zaczyna mi się to nowe podejście coraz bardziej podobać. Moje dni nie są już tak powydzielane – jeden płynnie przechodzi w następny.

W pewnym sensie sprawia to, że czuję się bardziej świadomy niż wcześniej. Słońce wschodzi, słońce zachodzi, inni ludzie budzą się i chodzą spać, a ja jestem cały czas na posterunku by móc to dostrzegać. Nie znikam ze świata świadomości na całe godziny naraz. Podzielony na dni kalendarz nie jest już dobrym modelem mojego poczucia upływu czasu. Te wyraźne linie oddzielające dni już nie istnieją. Będzie mi potrzebne przebudowanie trochę moich narzędzi do zarządzania czasem, by dostosować je do tego nowego sposobu życia.

W następnym wpisie odpowiem na niektóre ze spraw, jakie czytelnicy jak dotychczas poruszyli mailowo.

Źródło: Polyphasic Sleep Log – Day 6