W ciągu ostatnich kilku tygodni wypróbowałem parę trików usprawniających mój schemat snu polifazowego. Poczułem, że nawyk spania w ten sposób ustabilizował się na tyle, bym mógł pozwolić sobie na trochę eksperymentowania. Wymyśliłem, że skoro teraz to stało się moim domyślnym zachowaniem, nie schrzaniłbym wszystkiego, gdybym spróbował czegoś innego przez dzień czy dwa. Okazało się, że założenie było trafne.

Ostatecznie żaden z trików właściwie nie zadziałał… no, może poza jednym (w jakimś sensie), ale cieszę się, że ich spróbowałem, bo pomogło mi to wybadać granice (np. moje własne ograniczenia) tego sposobu spania. Nie mam jednak pojęcia, czy osiągnięte przeze mnie efekty przekładać się będą na innych ludzi.

Tylko dla przypomnienia (i dla moich najnowszych czytelników), mój standardowy sposób spania uwzględnia dwudziestominutowe drzemki co mniej więcej cztery godziny, co daje w sumie sześć drzemek na dobę. Rozpocząłem spanie w ten sposób 20 października 2005 r., tak więc trwa to już ponad cztery miesiące. Wrażenie jest jednak, jakby trwało to znacznie dłużej.

Oto kilka zmian, które wypróbowałem:

Pomijanie Drzemek. Spodziewam się sporadycznie napotykać sytuacje, w których robienie drzemki byłoby bardzo uciążliwe. Chciałem więc dowiedzieć się, co by się stało, gdybym spróbował pominąć jedną drzemkę w ciągu dnia (najprawdopodobniej nie będzie nigdy potrzeby pomijania drzemki nocą). Nie zadziałało to w ogóle. Utrzymanie się w ruchu przez osiem godzin bez przerwy było dla mnie praktycznie niemożliwe. Jestem w stanie wyciągnąć 6-7 godzin zanim zacznę padać z nóg, kiedy czuję że koniecznie muszę położyć się spać. Po ponad sześciu godzinach na nogach ledwie jestem w stanie myśleć jasno. Próba prowadzenia samochodu w takim stanie byłaby bardzo niebezpieczna. Nie być w stanie pozostać na nogach przez osiem godzin bez przerwy – brzmi to dość żałośnie, ale to podstawowe poświęcenie wymagane by móc spać polifazowo. Wygląda na to, że uwarunkowałem swoje ciało nie tylko do przetrwania przy takim planie drzemek, ale też do zależności od niego. Jeżeli chodzę długo bez drzemki, czuję intensywną fizyczną potrzebę przespania się. Przypomina to umieranie z pragnienia i bycie zdesperowanym, by napić się wody. Nie wygląda to na kwestię związaną z samodyscypliną – moje ciało po prostu zaczyna się wyłączać.

Jednak opóźnianie poszczególnych drzemek działa. Robię to od miesięcy bez poważnych problemów. Mogę przeciągać czas między dwiema drzemkami do 6-7 godzin, ale kiedy to robię, później potrzebuję częstszych drzemek, by to nadrobić. Tak więc ostatecznie dalej kończę z sześcioma drzemkami w okresie 24 godzin. Mam po prostu wolność poprzesuwania ich trochę, o ile tylko nie z tym nie przesadzam (np. nie mogę mieć dwóch okresów po 6-7 godzin na chodzie jeden po drugim. W większości przypadków kiedy przekroczę punkt pięciu godzin po ostatniej drzemce, zaczynam czuć się nieco ogłuszony, a uczucie to wzmaga się, im dłużej zostaję na nogach. Nie jest to to samo uczucie senności, jakie miewałem kiedy śpiąc monofazowo zostawałem na chodzie po swojej normalnej porze kładzenia się spać. Poczucie senności przy śnie polifazowym jest inne. Prawdopodobnie najlepszy sposób na opisanie tego będzie w stylu Oda na Star Trek: Deep Space 9 musi poczuć, kiedy powstrzymywany jest przed regeneracją. Odczuwam wrażenie wzmagającego się nacisku by się przespać. Ale inaczej niż w przypadku zwykłej senności, to poczucie nie wydaje się pochodzić z mózgu. Nie sprawia wrażenia hormonalnego. Bardziej jak presja komórkowa, jakby komórki mojego ciała żądały wyłączenia i ponownego uruchomienia systemu. Uczucie to jest trudne do opisania, bo nigdy nie czułem niczego podobnego, kiedy sypiałem monofazowo. Przy śnie polifazowym jest tak, jakby całe ciało mówiło mi kiedy spać, a nie tylko mój mózg.

Zrobienie sobie drzemki daje wrażenie wyłączenia i ponownego uruchomienia systemu. Nawet jeżeli jestem bardzo nie w sosie kiedy się kładę (np. za długo byłem na nogach), po jedynych 20 minutach prawie zawsze czuję się wspaniale. Czasem przez pierwszych kilka minut czuję się nieco zdezorientowany. Nie senny… tylko zmieszany. Moje sny są teraz tak bogate i jaskrawe, że gdy się budzę, często nie jestem pewien gdzie jestem i potrzebuję zorientować się w otoczeniu. Teraz, kiedy każdego dnia mam do sześciu snów, które pamiętam po przebudzeniu, świat snów stał się bardziej znaczącą częścią mojego życia codziennego, niż dawniej.

Wciąż doświadczam „rozciągania” czasu podczas drzemek. Więc nawet mimo, że wyłączam się tylko na 20 minut, zdarza mi się zebrać tyle wspomnień, że daje to wrażenie dwóch godzin. Czasem wydaje mi się, że śpię 10 godzin na dobę. Całkiem nieźle, hm? W rzeczywistości śpię znacznie mniej, ale odczucie jest takie, jakby sypiał więcej niż kiedykolwiek. Z pewnością sprawia to, że dzień wydaje się bardzo długi. Przyzwyczajenie się do tego zajęło mi wiele tygodni.

Opuszczanie Drzemek z Użyciem Kofeiny. Z wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że ogólna zasada jest taka: kofeina i sen polifazowy nie idą w parze. Już jeden kubek herbaty z kofeiną wysadza mnie z torów, czy to wywołując potrzebę większej ilości drzemek w późniejszym czasie, czy też powodując przesypianie. Ale chciałem sprawdzić czy można wykorzystać kofeinę do niezbyt częstego, skutecznego pominięcia drzemki – nawet, gdyby w konsekwencji niezbędna była dodatkowa regeneracja. Tak więc w imię eksperymentu około godziny przed porą drzemki wypiłem małą kawę, a następnie drzemkę tę pominąłem. Pozwoliło to na skuteczne pominięcie drzemki. Byłem w stanie bez trudności pozostać aktywnym przez około 8-9 godzin. Następna drzemka zazwyczaj nie była jednak tak głęboka, a później, w czasie nocnych drzemek niezmiennie przesypiałem. Mogłem wstać kiedy zadzwonił budzik, ale czułem się tak zmęczony, że po prostu musiałem wrócić do łóżka. Drzemki po prostu nie zapewniały tak intensywnej regeneracji jak zazwyczaj. Przesypiałem zazwyczaj 3-4 godziny. Ale zaletą jest, że po tym czułem się znów w porządku i mogłem powrócić do poprzedniego schematu. Więc jeżeli koniecznie muszę być na nogach przez ponad osiem godzin w jednym ciągu, kubek kawy krótko przed pomijaną drzemką podziała. Ale później będę musiał się wykupić trzy-czterogodzinnym nadrabianiem. Myślę, że w pewnych sytuacjach może to być uczciwa wymiana. Ale dopóki nie mam przekonującego powodu by robić inaczej, po prostu unikam kofeiny.

Drzemki Bez Budzika. Kiedy rozpoczynałem ten eksperyment, do wyznaczania pobudek stosowałem odliczający czas w dół alarm na moim cyfrowym zegarku. Ale po paru miesiącach uruchamiania budzika sześć razy dziennie wyczerpałem baterię w zegarku. Niestety, w trakcie wymieniania baterii pewna bardzo mała sprężynka wystrzeliła przez pokój, a bez niej nie mogłem nastawić budzika (chociaż inne funkcje zegarka dalej były w porządku). Przeczesałem dywan używając magnesu, ale albo sprężynka nie była zrobiona z materiału przyciąganego przez magnes, albo po prostu nie mogłem jej znaleźć. Tak więc zastępczo przestawiłem się na alarm kuchenny. Używam go już od dwóch miesięcy, a bateria dalej jest dobra. 🙂

Czytałem zapis innej osoby śpiącej polifazowo, w którym wspominała ona, że po kilku tygodniach przestała potrzebować budzika. Więc i ja oczywiście chciałem tego spróbować. Odkryłem, że działało to niespójnie. W większości przypadków budziłem się po mniej niż dwudziestu minutach, ale czasem spałem pół godziny albo więcej i budziłem się przymulony. Normalnie nadal do każdej drzemki nastawiam budzik. Moja zależność od budzika może być efektem wcześniejszego wstawania o piątej rano, zawsze na sygnał – zanim jeszcze podjąłem się spania polifazowego. Byłem już uwarunkowany do budzenia się w ten sposób, więc może schemat po prostu został przeniesiony dalej. Moje ciało było już wytrenowane by spać, dopóki nie zadzwoni budzik.

Nie przeszkadza mi to specjalnie, bo nastawienie budzika jest dość proste. Ale bycie zależnym od techniki w kwestii utrzymania cyklów snu jest trochę nienaturalne… jakbym był w połowie cyborgiem. Ale w sumie blogi też niekoniecznie rosną na krzaczkach z jagodami, więc jestem już dość daleko w lesie, jeśli chodzi o zależność od techniki. 🙂

Półgodzinne drzemki. Jestem bardzo zadowolony ze swoich dwudziestominutowych drzemek – mierząc od momentu, gdy tylko się położę, do chwili, gdy dzwoni budzik i wstaję. Ale chciałem zobaczyć, czy przedłużenie drzemki zrobi jakąś różnicę, więc zacząłem nastawiać budzik na 30 minut. Nie podziałało to za dobrze. Zazwyczaj budziłem się w naturalny sposób zanim upłynęło pół godziny (żaden problem), ale jeżeli przespałem pełnych 30 minut, budziłem się ospały i miałem mniej energii aż do następnej drzemki. Nie pamiętałem też zazwyczaj snów, jeżeli budziłem się po 30 minutach, co oznacza, że było miało to miejsce już po fazie REM. Więc nawet jeżeli budzik czasami przerywał sny, to mimo to moim zdaniem lepiej jest budzić się w czasie snu zamiast spać zbyt długo po tym, jak minął. Więcej snu najwidoczniej nie równa się intensywniejszemu wypoczynkowi. W tym przypadku odkryłem, że spanie za długo jest równie złe, jak niedosypianie. Odnalezienie właściwiej dla mnie ilości snu wymagało trochę prób i błędów.

Półgodzinne drzemki co sześć godzin. Przeczytałem, że w ten sposób sypiał przez kilka lat Buckminster Fuller (nie jestem jednak w stanie zweryfikować prawdziwości tej informacji), więc pomyślałem, że ciekawie będzie spróbować samemu. Nawet mimo, że próba z półgodzinnymi drzemkami nie powiodła się, zastanawiałem się, co by się stało, gdybym rozciągnął cykle aktywności do sześciu godzin i sypiał po 30 minut. Może wtedy moje ciało znalazłoby sposób, by uzyskiwać więcej snu REM, a 30 minut okazałoby się zupełnie odpowiednim czasem snu.

Ten eksperyment skończył się zupełną porażką. Jednego dnia zrobiłem zwykłą drzemkę o piątej rano, a potem próbowałem zacząć następną o jedenastej, zamiast jak zwykle o dziewiątej. Było ciężko, ale udało mi się. Potem przeciągnąłem rozpoczęcie kolejnej drzemki na piątą po południu. To było jeszcze trudniejsze, ale włożywszy pewien wysiłek dałem radę, chociaż czułem się zdecydowanie niedospany. Po pobudce z drzemki o piątej po południu nie czułem się dość wypoczęty, a ponadto z czasem robiłem się coraz bardziej poruszony, czułem się nieswojo. Ostatecznie poczułem, że po prostu muszę położyć się spać. Moja rodzina rozeszła się do łóżek, a ja poszedłem na dół by zdrzemnąć się na kanapie. Nastawiłem alarm na 30 minut i położyłem się o 22, więc moje cykle miały kolejno sześć, sześć i pięć godzin.

Jakiś czas później obudziłem się w ciemności, ale nie z powodu budzika. Wiedziałem, że spałem długo i zastanawiałem się co stało się z budzikiem. Poszedłem włączyć światło i roześmiałem się, gdy spojrzałem na zegar. 4:15 nad ranem. Spałem całe 6 godzin i 15 minut. Poszedłem sprawdzić, co stało się z budzikiem. Ten konkretny alarm kuchenny ma taką funkcję, że po tym, jak zadzwoni, on od razu zaczyna odliczać czas w górę. Ponadto alarm ten nie wyłącza się sam – będzie hałasował dopóki nie wyłączę go ręcznie. Wyłączyć go jest jednak bardzo łatwo – wystarczy nacisnąć jeden guzik. Normalnie kiedy go wyłączam, licznik pokazuje trzy czy cztery sekundy… a najwyżej siedem, jeżeli muszę znaleźć go w ciemności. Cóż, tym razem gdy spojrzałem na liczni, pokazywał 0:18. Osiemnaście sekund! Najwyraźniej więc wyłączyłem go, ale zrobienie tego zajęło mi bardzo dużo czasu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że miałem go w zasięgu ręki. Nie przypominałem sobie zupełnie by dzwonił, a tym bardziej, żebym go wyłączał. Więc albo nietypowo wiele czasu minęło zanim alarm mnie zbudził, albo ja byłem tak zdezorientowany, że półprzytomny przez osiemnaście sekund poszukiwałem wyłąćznika.

No to uzyskałem całkiem zabawny efekt. Nie sądzę bym miał tego próbować znowu w najbliższej przyszłości. Nie twierdzę, że schemat 30×4 nie może zadziałać, ale wygląda na to, że wymagałby przejścia kolejnej trudnej adaptacji.

Po wszystkich tych eksperymentach z łatwością wracałem do zwykłego polifazowego schematu spania. Dobrze wiedzieć, że mogę próbować różnych sztuczek bez konieczności przechodzenia znów przez ten piekielny okres adaptacji.

Nie sądzę, bym był w stanie przebić schemat 20×6, przynajmniej na teraz. Mogę w miarę potrzeby nieco naciągać, ale kiedy próbuję złamać schemat, to on łamie mnie. 🙂

Pod względem fizjologicznym czuję się dobrze przystosowany do schematu polifazowego. Jak powiedziałem wcześniej, jestem przekonany, że społeczne i psychiczne dostosowanie było jeszcze większym wyzwaniem, niż fizyczna adaptacja. Jeżeli kiedykolwiek wrócę do snu monofazowego, prawdopodobnie spowodowane to będzie napotkaniem takiej zmiany warunków życia, które sprawią, że sen polifazowy stanie się niepraktyczny. Jeżeli na przykład zacznę w pewnym momencie prowadzić całodniowe seminaria, jak dobrze dostosowałby się do tego schemat polifazowy. W tej chwili najlepsza możliwa odpowiedź jest taka, że to zależy od szczegółów. Czy będę miał dość przerw o odpowiednich porach i dogodny dostęp do dobrego miejsca na sen?

Dobrze jest przynajmniej znać granice, przykładowo – do jakiego stopnia mogę żonglować drzemkami dla osiągnięcia pewnej elastyczności kiedy sytuacja tego wymaga. W rzeczywistości jeżeli przyjrzysz się powyższym eksperymentom, zauważysz, że bardzo przypominają swoich monofazowych kuzynów. Nieprzespanie jednej nocy nie uniemożliwia działania. Kofeina zakłóca regenerujący sen. Spanie bez budzika czasami powoduje przesypianie. Spanie dłużej nie zawsze jest lepsze. A kręcenie za dużo z domyślnym sposobem snu prawdopodobnie wymagać będzie wielodniowego okresu adaptacji, podczas którego odczuwać będziesz efekty niedoboru snu.

Źródło: Polyphasic Sleep 2.0