Steve Pavlina: rozwój osobisty człowieka rozumnego - po polsku!

Trochę do poczytania o rozwoju osobistym i świadomym życiu. Ze szczególnym uwzględnieniem odkrywania sensu swojego życia i budzenia odwagi by podążać jego drogą. Za darmo.

Category: Praca i kariera

Nigdy nie stawiaj zysków na pierwszym miejscu

Większość pomysłów, na które natknąłem się w książkach o biznesie, okazała się bezużyteczna. Pozostałe były wręcz szkodliwe. Najlepszymi przewodnikami są natomiast intuicja oraz eksperymentowanie.

Podstawowym założeniem w książkach biznesowych jest twierdzenie, że sens prowadzenia biznesu polega na zarabianiu i zwiększaniu zysków. Co poniektórzy autorzy powtarzają tę mantrę z takim uporem, jakby ich zdaniem do tępego czytelnika nie docierało. Zauważyłem, że moje decyzje i osiągane rezultaty były najbardziej idiotyczne właśnie wtedy, gdy stosowałem się do tego modelu.

Wczoraj przekartkowałem podobną książkę nadesłaną przez kogoś pocztą. Leży już w śmietniku. Większy pożytek przyniesie światu oddanie jej na makulaturę, aniżeli dawanie jej komukolwiek do przeczytania.

Gdy tylko wejdziesz do firmy stawiającej zyski na pierwszym miejscu, od razu wyczujesz atmosferę opresji. Trudno wręcz pojąć, że ludzkie istoty są w stanie zaakceptować taki brak wolności. Strasznie się boję odwiedzać miejsca, gdzie wszyscy zachowują się jak zombie. Panuje tam tak wstrętny i odrażający klimat. Nic dziwnego, że biznes narkotykowy rozkwita. Też pewnie codziennie bym się szprycował, gdybym miał spędzać w biurze moje życie.

Jeżeli chcesz zniszczyć swoje zdrowie, samoocenę, motywację i relacje, to stawianie zysków na pierwszym miejscu jest na to świetnym sposobem. Nie chciałbym nigdy pracować w takim miejscu, ani też nie chciałbym narażać innych na przebywanie w takim środowisku. Ludzie zasługują na coś więcej, niż być trybikami w machinie biznesu.

Biznes może się kierować znacznie potężniejszymi priorytetami. Na pewno możesz wpaść na coś bardziej ekscytującego, niż „Chcę zarobić więcej pieniędzy!”.

Wolę raczej coś takiego:

Celem biznesu jest wzmocnienie ludzi by wyrażali i dzielili się swoją kreatywnością, dla najwyższego dobra wszystkich.

Nonsensem jest wierzyć, że jeżeli nie postawisz zysków na pierwszym miejscu, to nie zdołasz zbudować stabilnego biznesu. Z doświadczenia wiem, że znacznie łatwiej osiągniesz stabilność właśnie gdy odmówisz poniżania się podejściem „pieniądze przede wszystkim”.

Zamiast stawiać na pierwszym miejscu pieniądze, postaw na kreatywne wyzwania. Postaw na rozwojowe doświadczenia. Na zabawę. Na możliwość pracy ze świetnymi ludźmi. Postaw na współpracę.

Uwielbiam prowadzenie swojej firmy – i to jak! – bo nie stawiam pieniędzy na pierwszym miejscu. Pieniądze należy oczywiście brać pod rozwagę, ale tę inną podstawę przyjmujemy nie bez powodu.

Przedsiębiorcą jestem bez przerwy już od niemal dwudziestu lat. Do najbardziej stresujących i przykrych należały te lata, w których na pierwszym miejscu stawiałem pieniądze. Najszczęśliwszy i najbardziej spełniony czułem się, kiedy stawiałem na wyrażanie swojej kreatywności, rozwijanie relacji, wejście w przedsięwzięcia pełne frajdy i wspólnej pracy, dawanie czegoś od siebie, dawanie jeszcze więcej, rozwinięcie się i tak dalej.

Spojrzenie z perspektywy czasu pozwala mi dostrzec, że gdy funduję sobie stresujące i przykre lata, sumują się one w końcu w dekady takich wspomnień, co prowadzi do okropnego zgorzknienia na starość. Na szczęście nim zabrnąłem zbyt daleko, udało mi się stłamsić to w zarodku, teraz więc dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Jestem tym szczęśliwszy, im starszy, gdyż rok po roku zbieram pozytywne wspomnienia. Nieważne, ile pieniędzy zarabiam czy nie zarabiam, pamiętam przedsięwzięcia pełne dobrej zabawy, szału kreatywności, intymnych przyjaźni, serdecznych uścisków, ludzi, którym pomogłem i tak dalej. Jaki był wtedy mój stan konta – nie pamiętam.

Uzyskiwanie dochodów z pracy twórczej jest świetne. Pozwól, by było częścią wyzwania. Nie czyń jednak pieniądza podstawowym sensem swojej pracy. Nie rób dla pieniędzy rzeczy, których poza tym nie robisz z radością. Lepiej z całego serca podążać swoją drogą – nawet, jeżeli przez to wyrzucą Cię z Twojego własnego domu bo nie masz na czynsz. Mówię z doświadczenia, ponieważ kiedyś mi się to zdarzyło. Wówczas bardzo mnie to oczywiście stresowało, ale jako wspomnienie jest raczej powodem do dumy, a jako historia pomaga zachęcić innych by nie godzili się na życie w stylu zombie.

Z sercem podążaj swoją drogą, zwłaszcza w biznesie. Wykonuj pracę, którą uważasz za szlachetną i dającą spełnienie, a każdy rok kończyć będziesz z poczuciem głębokiej satysfakcji, niezależnie od ilości zarobionych pieniędzy. Jeżeli zaufasz intuicji, będziesz działać z inspiracją i poświęcisz czas na zbudowanie doświadczenia i pozytywnych relacji, prędzej czy później odnajdziesz drogę do stabilności.

Źródło: Never Put Profits First

Praca Na Etacie kontra Przychód Pasywny

Wielu ludzi posiada ograniczające przekonanie, że przychód pasywny jest dziwny, nienormalny, skomplikowany i zagmatwany. Jak wspominałem wcześniej, przychód pasywny w praktyce nie jest szczególnie trudny. W wielu aspektach zarabianie na życie poprzez źródła przychodu pasywnego jest łatwiejsze niż zarabianie pracą na etacie czy jako niezależny podwykonawca, zwłaszcza na dłuższą metę.

Trudną częścią jest poczuć się dobrze z myśleniem o przychodzie pasywnym.

Aby poradzić sobie z tą kwestią sposobu myślenia, odwróćmy go i spójrzmy z drugiej strony.

Załóżmy, że czujesz się już zupełnie komfortowo z przychodem pasywnym – tak jak ja. Wyobraź sobie, że każdego miesiąca wpływają do Ciebie tysiące dolarów, więcej niż dość by pokryć wszelkie Twoje wydatki. Czy pracujesz czy nie, świeże pieniądze miesiąc po miesiącu, rok po roku stale do Ciebie płyną, dzięki źródłom które ustanowiłeś lata temu.

Wyobraź sobie, że taka jest Twoja zwykła, codzienna rzeczywistość. Żyjesz tak już przeszło dekadę.

Wyobraź sobie teraz, że przyjaciel pracujący na etacie próbuje przekonać Cię, że to co robisz jest dziwne czy nienormalne i że powinieneś przyjąć jego sposób myślenia, dać sobie spokój ze stylem życia z przychodem pasywnym a w to miejsce znaleźć sobie posadę.

Gdyby kochający etat znajomy spróbował tego ze mną, oto jak mogłaby wyglądać taka rozmowa…

Znajomy: Wiesz… powinieneś dołączyć do świata prawdziwych ludzi i znaleźć sobie stałą posadę. Te Twoje sprawy z przychodem pasywnym są po prostu zbyt dziwne.

Ja: Wygląda na to, że działa to dość dobrze. Co jest nie tak?

Znajomy: Cóż… nie jest to coś, co robi większość ludzi. Większość ludzi pracuje na etacie.

Ja: Jak to działa?

Znajomy: Ogólnie chodzisz do pracy dla jakiejś firmy, zazwyczaj korporacji. Wykonujesz swoją robotę, a oni dają Ci wypłatę.

Ja: OK. Czy moja wypłata jest wyliczana w oparciu o wartość, jaką dostarczam?

Znajomy: Mniej-więcej.

Ja: Czyli otrzymam uczciwą stawkę, odpowiednią do mojego wkładu?

Znajomy: Zależy co rozumiesz przez „uczciwą”. Oczywiście nie dadzą Ci 100% tego, co ich zdaniem dostarczasz. Oni też muszą zarobić.

Ja: Dobra, czyli dostanę 80% czy coś koło tego?

Znajomy: Realnie to bliżej 30%, ale nie liczy się tego tak dokładnie. Oni nie wiedzą, jaką wartość dostarczasz w porównaniu ze wszystkimi innymi. W większych zespołach szczególnie trudno jest określić jaką wartość każdy z osobna dostarcza. Tak więc wypłaty niezmiennie mają w sobie sporo przypuszczania.

Ja: Co się dzieje z wartością, której dostarczam?

Znajomy: Jest dystrybuowana na wiele różnych sposobów – jako przychód inwestorów i posiadaczy akcji, na zyski firmy, na podatki, na większe wypłaty dla zarządu, na różne bajery jak firmowe pikniki i tak dalej. Decyduje góra, nie zależy to od Ciebie.

Ja: Czy przynajmniej dostaję udział w zysku firmy?

Znajomy: Zazwyczaj nie, chociaż niektóre firmy mają programy dzielenia zysku, ale nawet one nie dzielą się całością… zazwyczaj jest to mniej niż połowa. Czasem pośrednio dostajesz mały kąsek, na przykład w formie premii.

Ja: Hmmm…. Czy muszę pracować cały dzień?

Znajomy: Zazwyczaj tylko w tygodniu, ale zależy to od posady. Możesz też w ciągu roku mieć parę tygodni wolnego.

Ja: Tylko parę tygodni? Co jeżeli chcę podróżować przez miesiąc czy dwa?

Znajomy: Cóż, zazwyczaj nie możesz. Może gdybyś oszczędzał urlop przez parę lat, to by Ci pozwolili, ale niedobrze jest znikać na tak długo.

Ja: Dlaczego trzeba oszczędzać urlop? Czas płynie tak czy inaczej. Jeżeli stać mnie na wakacje, dlaczego nie mogę po prostu pojechać?

Znajomy: Bo oni potrzebują żebyś pracował.

Ja: Co, jeżeli czuję się wypalony i nie mam ochoty pracować?

Znajomy: Masz darmową kawę.

Ja: Dobrą kawę, czy złą kawę?

Znajomy: Zależy od etatu, ale zawsze w pobliżu jest Starbucks, jeżeli w biurze serwują jakąś lurę.

Ja: Mogę wziąć laptopa, pójść do Starbucksa i pracować tam?

Znajomy: Zależy od etatu, ale zazwyczaj nie.

Ja: Czy mogę mieć więcej wakacji i od czasu do czasu w trasie popracować na laptopie?

Znajomy: Zazwyczaj nie.

Ja: Dlaczego nie?

Znajomy: Cóż, zazwyczaj nie będą wierzyć że pracujesz, jeżeli zbyt często nie ma Cię w biurze.

Ja: Czyli muszą widzieć jak pracuję?

Znajomy: Generalnie tak. Ale niektóre posady wiążą się z pracą zespołową, więc chcą, żeby wszyscy pracowali w jednym miejscu.

Ja: Często wykonuję pracę zespołową. Współpracujemy przez internet czy telefon.

Znajomy: Tja, niektóre posady idą w tym kierunku, ale większość pracodawców dalej chce, żebyś codziennie pokazywał się w pracy.

Ja: Gdzie muszę pracować?

Znajomy: Zależy to bardzo od typu posady. W przypadku wielu prac biurowych będziesz pracować w boksie biurowym.

Ja: Co to jest boks biurowy?

Znajomy: To wydzielona część większego pomieszczenia, określona niskimi, cienkimi ściankami. Powinieneś mieć dość miejsca na biurko i krzesło. Typowo masz jakieś 5-8 metrów kwadratowych dla siebie.

Ja: Coś jak Shire?

Znajomy: Całkiem całkiem, ale zazwyczaj nie tak zielono.

Ja: Mój gabinet w domu ma 18 metrów kwadratowych i oddzielną łazienkę oraz prysznic. Ale mogę pracować gdziekolwiek zechcę, nie jestem więc ograniczony do tej przestrzeni.

Znajomy: Taa, takiej przestrzeni jako zwykły pracownik zazwyczaj nie dostaniesz, o ile nie pracujesz w zarządzie czy nie wykonujesz innej pracy o dużej wartości która gwarantuje własny gabinet. To jest coś, czego większość pracowników nie uzyskuje, ale nie jest to poza dyskusją. To tylko zależy od etatu.

Ja: Czy wybieram sobie sam swój tytuł roboczy?

Znajomy: Zazwyczaj jest on przypisany, ale czasami możesz. Zależy od firmy.

Ja: Mogę wybrać „Mistrz”?

Znajomy: Mmmm… raczej nie.

Ja: Co z wypłatą?

Znajomy: Cóż, prawdopodobnie zarabiałbyś znacznie mniej niż zarabiasz teraz za tę samą pracę. Tylko żeby dać Ci pewien obraz sytuacji – przeciętna wypłata blogera to około 17-38 tysięcy dolarów rocznie (źródło).

Ja: Wow… to znacznie mniej niż zarabiam pasywnie, nawet kiedy jestem na wakacjach. Jak w ogóle miałbym za to przeżyć?

Znajomy: Inni ludzie dają radę za tyle. Musiałbyś trochę sfolgować, zwłaszcza, że będziesz potrzebował więcej pieniędzy na dojazdy (paliwo, utrzymanie samochodu), profesjonalne ciuchy w razie potrzeby i inne różne wydatki ponoszone przez pracowników. Ale możesz dostać darmową firmową koszulkę i kubek na kawę, i jeśli masz szczęście to jeszcze podkładkę pod mysz, więc jakoś tam się to równoważy.

Ja: Auć. Ale co gdybym w jakiś sposób był w stanie zarabiać tyle co teraz, tylko że na etacie zamiast pasywnie?

Znajomy: To bardzo mało prawdopodobne, ale gdyby Ci się udało, płaciłbyś znacznie wyższe podatki, bo byłbyś już na wyższym progu podatkowym. Nie możesz wykorzystać swojej firmy do obniżenia podatków tak, jak robisz to teraz.

Ja: O jak dużo większych podatkach mowa?

Znajomy: Dodatkowe podatki, jakie byś płacił, wystarczyłyby żeby co roku kupić nowy samochód.

Ja: Nie brzmi to zbyt pociągająco. Zdaje się, że znacznie ciężej jest iść do przodu, jeżeli tyle z wypłaty idzie na podatki.

Znajomy: Tak, ale rząd to rozumie, więc sprawili, że wygląda to mniej boleśnie ukrywając część tych podatków tak, że nie widać, jak ciężko Twój przychód jest opodatkowany. Przede wszystkim nigdy nie dostajesz części swojej wypłaty. Część Twoich podatków zamaskowana jest w formie podatków płaconych przez pracodawcę, jak np. wpłaty pracodawcy na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne za to, że ma Cię na liście płac. Więc nawet, jeżeli Twoja miesięczna wypłata ma jakąś podstawową kwotę, to rzeczywista podstawowa kwota (z punktu widzenia pracodawcy i rządu) jest wyższa. Możesz się założyć, że pracodawca chce potrącić te dodatkowe podatki z dodatkowej wartości, którą musisz dostarczyć.

Ja: Zdaję sobie z tego sprawę. Prawo podatkowe jest znacznie surowsze dla pracowników na wyższym progu podatkowym, którzy płacą najwyższe ze wszystkich podatki w porównaniu do ich przychodu. Dlaczego więc ktoś miałby chcieć być na wyższym progu podatkowym?

Znajomy: Większość ludzi nie ma lepszego pomysłu. Poza tym, tak czy inaczej nie wiedzieliby co zrobić z tymi dodatkowymi pieniędzmi. Niższa płaca oszczędza im wiele kłopotu i zapewnia, że pojawiają się ciągle w pracy. Trzeba jakoś utrzymać gospodarkę w ruchu.

Ja: W porządku.

Znajomy: Są też pewne bajery związane z etatem.

Ja: Jak co?

Znajomy: Masz ubezpieczenie zdrowotne.

Ja: Mam je i teraz, ale praktycznie nie korzystam bo wolę po prostu być zdrowy.

Znajomy: Cóż, mógłbyś sobie pozwolić na mniej zdrowia gdybyś był na etacie i nie musiałbyś za to płacić.

Ja: Hmmmm…

Znajomy: I darmowa kawa.

Ja: Już to mówiłeś.

Znajomy: Czy wspominałem, że możesz brać tyle, ile chcesz?

Ja: OK. Więc jakiego typu robotę muszę wykonywać na zwykłym etacie?

Znajomy: Zależy od posady, ale tak z grubsza… to zazwyczaj coś co wspomaga osiąganie celów firmy.

Ja: Kto ustanawia te cele?

Znajomy: W dobrze prowadzonej firmie określa je zarząd, z uwzględnieniem danych od kierownictwa, kluczowych inwestorów i czasem pracowników.

Ja: Gdzie mogę zobaczyć te cele?

Znajomy: Zazwyczaj nie musisz ich znać, ale czasem dzielą się urywkami typu definicja misji przedsiębiorstwa, lista zamierzeń czy może notatki służbowe. Ale w rzeczywistości nie będziesz wiedział, jakie są prawdziwe cele firmy. Normalnie znają je tylko ci, którzy znać je muszą, a większość pracowników nie musi tego wiedzieć.

Ja: OK. Skąd więc mam wiedzieć, nad jakimi celami mam pracować?

Znajomy: Zazwyczaj określa to Twój szef, więc musisz po prostu robić to, co szef Ci każe.

Ja: Muszę mieć szefa?

Znajomy: Tja, każdy musi. Nawet prezes jest odpowiedzialny przed radą nadzorczą i udziałowcami.

Ja: OK, a co jeżeli mój szef nie bardzo sobie radzi z mówieniem mi co mam robić?

Znajomy: To zdarza się często. Musisz jakoś sobie radzić. Po prostu pilnuj by wyglądać na zajętego, kiedy ktoś na Ciebie patrzy, i powinno być w porządku. Osobista odpowiedzialność jest raczej dość niska, więc dopóki nie rzucasz się w oczy przez nazbyt oczywistą bierność, prawdopodobnie jesteś bezpieczny.

Ja: Co, jeżeli nie zgadzam się z szefem odnośnie celów firmy?

Znajomy: W tym miejscu zaczynasz wchodzić w politykę firmy, a to może być śliska sprawa. Niektórzy tak czy inaczej robią co im szef każe, nawet jeżeli wiedzą, że to nie zadziała. Inni próbują nieco się wycofać i negocjować. Czasem to działa, ale czasem trafiają na boczny tor albo nawet zostają wylani, jeśli to się szefowi nie podoba. Zazwyczaj ludzie przyjmują kompromis gdzieś pośrodku.

Ja: Czy te kompromisy zawierane są inteligentnie?

Znajomy: Zazwyczaj nie.

Ja: Jeżeli wykonuję dobrą robotę, pomagając firmie osiągnąć jej cele, to czy dostaję za to dodatkowe nagrody?

Znajomy: Tak, czasami. Możesz dostać podwyżkę, premię czy awans. Albo możesz dostać niematerialne nagrody jak pochwała, docenienie i wyróżnienie. Czasem jednak nie dostajesz nic ponad podstawową pensję.

Ja: Jak działają awanse?

Znajomy: Otrzymujesz nowy tytuł i masz większa odpowiedzialność, za czym idzie zazwyczaj wyższa wypłata. Czasem oznacza to też dłuższe godziny pracy.

Ja: Co jeżeli wpadnę na naprawdę świetny pomysł, ale który nie leży w obszarze przypisanych mi obowiązków?

Znajomy: Ummm… taa… nie rób tego.

Ja: Dlaczego nie?

Znajomy: Będziesz po prostu podżegaczem. Inni pracownicy nie będą zadowoleni, jeżeli będziesz próbował ich przyćmiewać i sprawią, że Twoje życie towarzyskie w firmie będzie nieprzyjemne, dopóki nie wrzucisz na luz.

Ja: Więc jeżeli będę próbował pracować ciężej i mądrzej i szybciej otrzymam awans, to inni pracownicy mogą próbować mnie powstrzymać?

Znajomy: Prawdopodobnie. Twojemu szefowi może się to również nie podobać.

Ja: Mojemu szefowi się to nie spodoba? Dlaczego nie? Czy nie jest jego działką korzystać z dobrych talentów?

Znajomy: Może, ale on też chce dobrze wyglądać. Nie jest dla niego dobrze, jeżeli ktoś z jego podwładnych lśni bardziej niż on sam.

Ja: Nie brzmi to jak opis środowiska, w którym mogę naprawdę dać z siebie co najlepsze.

Znajomy: Taa, ale to jest zupełnie dobre. Na szczęście to co najlepsze nie jest od Ciebie wymagane. Musisz po prostu jakoś się przemykać. Właściwie tak jest łatwiej.

Ja: Ale jeżeli wiem, że nie działam najlepiej jak potrafię, to czy nie będę się gorzej ze sobą czuł? Czy nie obniży to mojego poczucia własnej wartości?

Znajomy: Jasne, ale przyzwyczaisz się. Każdy się dostosowuje.

Ja: Więc jak to jest pracować z grupą, w której nikt nie pracuje najlepiej jak potrafi, a wszyscy myślą gorzej o sobie i współpracownikach z tego powodu?

Znajomy: Właściwie dość nudno. Ale znów – przyzwyczaisz się do tego. Darmowa kawa pomaga dać sobie z tym radę.

Ja: OK. A co z seksem?

Znajomy: O czym ty mówisz?

Ja: No, jeżeli jestem z jakąś współpracownicą, i nakręcimy się oboje, to gdzie możemy zrobić sobie przerwę i się pomigdalić? Są na to specjalne pokoje?

Znajomy: O nie, nie, nie. To byłoby bardzo źle widziane. Moglibyście oboje zostać za coś takiego wylani.

Ja: Wylani? Dlaczego? Co, jeżeli to tylko szybki numerek i mimo to robimy swoje?

Znajomy: Taa, nie rób tego. Firma mogłaby zostać pozwana.

Ja: Pozwana przez kogo?

Znajomy: Prawdopodobnie przez kobietę, z którą uprawiałeś seks.

Ja: Więc jeżeli uprawialibyśmy seks za obopólną zgodą, to ona pozwałaby firmę? Za co?

Znajomy: Przypuszczam, że za napastowanie. Ludzie wygrywali miliony dolarów robiąc takie rzeczy.

Ja: OK, czyli w takim razie muszę się ograniczyć do loda?

Znajomy: O Boże, nie. To równie złe.

Ja: Więc co ludzie robią, jeżeli nakręcą się w robocie. Wciąż zdarza się ludziom napalić przy pracy, no nie?

Znajomy: Jasne… cały czas są napaleni. Ale tłumią to i udają, że nie są. Zajmują się sobą później, zazwyczaj korzystając z internetowego porno.

Ja: Ludzie oglądają porno w pracy?

Znajomy: Och, nie. To też jest źle widziane. Również za to można zostać wylanym.

Ja: Więc ogólnie – będąc w pracy ludzie wciąż bywają napaleni, ale udają aseksualnych dopóki nie będą mogli zająć się sobą później… na przykład w domu.

Znajomy: Tja, mniej więcej w ten sposób.

Ja: Zdaje się, że łatwiejszy jest szybki numerek, może krótka drzemka z pieszczotami, a potem z powrotem do pracy, człowiek świeży i radosny.

Znajomy: Jestem praktycznie pewien, że w środowisku korporacyjnym to nielegalne.

Ja: OK, ale te pozytywne odczucia po seksie sprawiają, że współpraca idzie lepiej. Próby tłumienia seksualnych żądz każdego dnia… zdaje się, że to bardzo rozpraszające.

Znajomy: To oczywiście jest rozpraszające, ale pamiętaj, że tak czy siak nikt nie spodziewa się po Tobie specjalnej produktywności, więc ostatecznie jest w porządku. I znów – darmowa kawa i z tym pomaga.

Ja: OK, pozwól mi to ogarnąć. Sugerujesz, żebym pozamykał wszystkie moje źródła przychodu pasywnego, poszedł pracować dla kogoś innego, znalazł sobie szefa i robił co ten mi każe nawet jeżeli jego decyzje nie są szczególnie inteligentne, wykonywał przeciętną pracę zamiast najlepsza, jaką potrafię, udzielał się towarzysko wśród ludzi, którzy również wykonują przeciętną pracę, pracował dłużej za mniejsze pieniądze, miał mniej, krótszych wakacji i musiał prosić o pozwolenie na nie, płacił całe góry pieniędzy więcej na podatki i ponad tym wszystkim… żadnego seksu?

Znajomy: Generalnie, tak. Ale pomijasz aspekt bezpieczeństwa.

Ja: Co w tym bezpiecznego?

Znajomy: No, dostajesz stabilną wypłatę?

Ja: Jak stabilną? Czy kiedykolwiek się kończy?

Znajomy: Cóż, jasne, że może się skończyć. Możesz zostać wylany z roboty.

Ja: Czy mogę się jakoś zabezpieczyć przez wylaniem z pracy?

Znajomy: Niespecjalnie. Może się to zdarzyć ze względu na okoliczności poza Twoją kontrolą. Albo po prostu możesz popełnić błąd. Albo ktoś ponad Tobą może Cię nie polubić.

Ja: Więc w jaki sposób ma to być bezpieczne?

Znajomy: No, jest z grubsza bezpiecznie.

Ja: Więc jeżeli stracę posadę, jaki minimalny dochód otrzymam?

Znajomy: Zazwyczaj żaden. Możesz dostać odprawę przy pewnych posadach, ale tylko krótkoterminowo na przejście na inną posadę. W większości przypadków, kiedy kończy się Twoja robota, kończy się wypłata.

Ja: Ale teraz otrzymuję pieniądze czy pracuję czy nie. I nie mogę zostać wylany.

Znajomy: Taa, to dziwne.

Ja: Dla mnie zupełnie normalne.

Znajomy: Cóż, wiem, że w jakiś tam swój sposób jesteś ustawiony, ale posady są bardzo popularne. Najwyraźniej działa to dla wielu ludzi.

Ja: A co z szukaniem posady? Czy każdy dostaje robotę automatycznie?

Znajomy: Och, nie. Ludzie muszą szukać posad i aplikować na nie.

Ja: Jak znajdują pracę? Czy stwierdzają co lubią robić a potem szukają pracy, która im na to pozwala?

Znajomy: Zazwyczaj to nie takie proste. W większości przypadków muszą patrzeć co jest dostępnie, a to prawdopodobnie nie będzie idealnie odpowiadać temu, co lubią.

Ja: A kiedy znajdą robotę i sobie ją wybiorą, zostają zatrudnieni?

Znajomy: Nie. Znów – to nie takie proste. To konkurencyjny rynek. Muszą aplikować, ale prawdopodobnie nie zostaną wybrani. Muszą aplikować na wiele stanowisk zanim ktoś im coś zaoferuje, i może to nie być to o czym marzyli. Ponadto, miliony ludzi którzy chcą pracy nie są w stanie w ogóle znaleźć zatrudnienia.

Ja: Wygląda to na bardzo czasochłonne i stresujące. Co, jeżeli nie mogą znaleźć posady?

Znajomy: Cóż, muszą u kogoś sępić by jakoś żyć… u rządu, u partnera w związku, przyjaciela czy członka rodziny.

Ja: A co, jeżeli dalej nie mogą znaleźć sobie pracy i nikt więcej nie daje się naciągać?

Znajomy: Mogą zostać bezdomnymi.

Ja: Nie brzmi mi to zbyt bezpiecznie.

Znajomy: Cóż, większość ludzi nie kończy na tym. Więc ogólnie działa to w porządku. A bycie bezdomnym nie jest takie złe jak wygląda. Ludzie sobie radzą.

Ja: Czy większość ludzi lubi swoje posady?

Znajomy: Nie, przynajmniej 80% ich nie lubi.

Ja: Więc czemu wciąż chodzą do pracy?

Znajomy: Potrzebują pieniędzy. I jaki mają wybór?

Ja: Mogliby zarabiać nie będąc na etacie.

Znajomy: Taa, może… ale kto tak robi?

Ja: Ja.

Znajomy: Tak, ale Ty jesteś dziwny.

Ja: Doceniam, że dzielisz się ze mną tym wszystkim, ale w świecie, który uważa całą tę sprawę z posadami za normalną, pozostanę przy swoim aktualnym podejściu, nawet, jeżeli uważasz je za dziwne. Cieszy mnie praca, którą wykonuję, dostaję pieniądze czy pracuję czy nie, mogę podróżować kiedykolwiek zechcę, nie mam szefa, nie mogę zostać wylany, nie czuję żebym przepłacał na podatkach, mogę dawać z siebie wszystko bez poczucia presji na bycie przeciętnym, a jeżeli pracuję z kimś i oboje się napalimy, możemy zrobić sobie nawzajem jak najlepiej… i nikt nikogo nie wykorzystuje. A najlepsze ze wszystkiego – mogę używać oficjalnego tytułu Mistrza.

Znajomy: Jasne, to brzmi dobrze, ale większość ludzi nie może tak działać.

Ja: Dlaczego nie?

Znajomy: Nie sądzę, by większość ludzi była dostatecznie sprytna.

Ja: Jest mnóstwo niespecjalnie inteligentnych ludzi, którzy uzyskują przychód pasywny. Byłbyś zaskoczony jak wiele mocy obliczeniowej umysłu zostaje uwolnione, kiedy nie musisz radzić sobie z szefem czy polityką firmy… i kiedy nie ograniczasz siebie wykonując przeciętną pracę zamiast najlepszej… i kiedy nie stresujesz się możliwością zostania wylanym czy koniecznością życia w celibacie.

Znajomy: Prawda, ale ci ludzie też są dziwni.

Ja: Może.

Znajomy: Ponadto, przychód pasywny jest o wiele za bardzo skomplikowany dla większości ludzi.

Ja: Jeżeli ludzie potrafią dać sobie radę z całą złożonością pracy na etacie, to myślę, że zarabianie pasywnie to dla nich bułka z masłem. Nie ma polowania na posadę, nie ma CV, nie ma aplikowania, nie ma szefa, nie ma polityki firmowej, nie trzeba oszczędzać czasu na wakacje, nie ma ryzyka zostania wylanym, nie ma dojazdów, a podatki są niższe. Tak, krzywa uczenia się na początku wygląda inaczej, ale jeżeli ludzie są w stanie poradzić sobie z pracą dla kogoś innego, to myślę, że z łatwością mogą dać sobie radę i ze stworzeniem źródeł przychodu pasywnego. A kiedy zrobią to raz czy drugi, to potem jest już zupełnie prosto.

Znajomy: Cóż, ja wciąż jestem sceptyczny, sugeruję więc, byś jeszcze to przemyślał. Znów – robota na etacie jest bardzo popularna. Myślę, że powinieneś spróbować.

Ja: Sądzisz, że by mi się to spodobało?

Znajomy: Nie, ale przyzwyczaisz się. Uwierz mi. Wszystko będzie w porządku. I znów – to bardzo popularne.

Ja: Może z powodu tej darmowej kawy.*

Źródło: Jobs vs. Passive Income

Życie od pierwszego do pierwszego

Jedną z pułapek w jakie ludzie wpadają – zwłaszcza w czasie recesji – jest pułapka życia od pierwszego do pierwszego. Nie stać Cię na to, by zmienić pracę lub zostać wylanym, bo zarabiasz ledwie tyle, by jakoś przeżyć.

Erin i ja byliśmy w takiej sytuacji jakieś dziesięć lat temu. Czasami kończyliśmy miesiąc mając w kieszeni poniżej stówy. Był to właściwie duży postęp w stosunku do sytuacji, w której znajdowaliśmy się wcześniej. Przynajmniej nie popadaliśmy już w długi.

Aby ograniczyć wydatki, przeprowadziliśmy się do tańszego mieszkania; nie żebyśmy mieli jakiś wybór – po prostu zostaliśmy wyrzuceni z poprzedniego mieszkania po tym, jak zaczęliśmy zalegać z czynszem.

Niestety nowe mieszkanie znajdowało się przy dość ruchliwej ulicy, a hałas z niej dochodzący czasem znacznie utrudniał spanie w nocy. Najgorzej było, kiedy ludzie zatrzymywali się o pierwszej w nocy pod naszym oknem, radia w samochodach mając podkręcone na cały regulator.

Technicznie rzecz biorąc, ze względu na to, że oboje byliśmy samozatrudnieniu, nie była to sytuacja dokładnie „od pierwszego do pierwszego”, ale efekt był ten sam. Oboje pracowaliśmy ciężko. Po prostu nie zarabialiśmy wiele pieniędzy… jedynie dość by pokryć podstawowe wydatki, ale nie tyle, by budować sobie jakiekolwiek bezpieczeństwo.

Pamiętam, że w tamtym czasie czułem się dość zestresowany. Kiedy zdarzało się cokolwiek złego, na przykład nasz samochód psuł się i wymagał naprawy, byliśmy w złym położeniu.

W końcu wydostaliśmy się z tamtej sytuacji i pozostawiliśmy ją za sobą, nie tyle podejmując pewne działania, co przestawiając się na inny sposób myślenia.

Oto kilka sugestii opartych na tym, czego wtedy się nauczyliśmy, przeznaczonych dla innych osób borykających się z podobnymi wyzwaniami finansowymi.

Bierz Odpowiedzialność

Pierwszym krokiem jest przyjęcie pełnej odpowiedzialności za swoją aktualną sytuację finansową. Nieważne, czy ktoś wpuścił Cię w maliny, czy to działanie Boga postawiło Cię w tej sytuacji, czy masz marne wykształcenie. przez które jest Ci trudniej. Z pewnością te czynniki mogły mieć jakieś znaczenie w kwestii tego, gdzie skończyłeś, ale nie pomoże Ci roztrząsanie ich.

Ja popłynąłem na pewnych złych układach biznesowych, ale tak długo, jak skupiałem się na przeszłych problemach, nie mogłem pójść do przodu. Musiałem odpuścić z tym wszystkim i najpierw wybaczyć wszystkim i wszystkiemu.

Musisz przyjąć 100% odpowiedzialności za swoje życie finansowe. To nie oznacza 85% odpowiedzialności, czy nawet 99% odpowiedzialności. Jeżeli zamierzasz polepszyć swoją sytuację, musisz wziąć wprost na własne barki pełen ciężar zrealizowania tego. Po pierwsze i najważniejsze, musisz utrzymywać swoją odpowiedzialność.

Nawet jeżeli dzielisz swoje finanse z kimś innym, wciąż musisz brać na siebie 100% odpowiedzialności za swoją sytuację. Nie ma odpowiedzialności dzielącej się fifty-fifty.

Odpowiedzialność jest niepodzielna. Nie rozkłada się. Możesz ją mnożyć, ale nie podzielić na kawałki. Albo ją masz, albo nie.

Pomyśl o tym przez chwilę. Jeżeli przeniesiesz ułamek odpowiedzialności za swoją sytuację na kogo innego, zdejmujesz ją z siebie. Z czasem będzie to działać przeciw Tobie, kiedy będziesz korzystać z wymówek by zwolnić w chwili słabości. Jeżeli próbujesz złożyć odpowiedzialność za swoją sytuację na ręce kogokolwiek innego, sam jesteś nieodpowiedzialny. Wszystko albo nic.

Nie jestem w stanie podkreślić tego tak mocno, jak to konieczne. Wiem, że idea przyjmowania odpowiedzialności może z początku brzmieć trochę jak utarte powiedzonko, ale naprawdę to jest właśnie punkt w którym ogromna większość ludzi polegnie. Biorą oni 80% odpowiedzialności i zakładają, że to wystarczy. Nie wystarczy – w najmniejszym stopniu. Zakoduj sobie teraz w umyśle, że 80% to to samo co 0%, jeśli chodzi o odpowiedzialność. Nie możesz pozwolić sobie na „wypadnięcie z gry” poprzez zwalanie winy za niemożność osiągnięcia lepszych rezultatów na świat, ekonomię, błędy małżonka czy inne czynniki.

W odpowiedzialności nie chodzi o oskarżanie siebie czy spoglądanie w przeszłość. Chodzi o przejęcie kontroli nad sytuacją. Chodzi o zdanie sobie sprawy, że zawsze masz możliwość odpowiadania – możliwość wybierania swojej odpowiedzi. Chodzi o zaakceptowanie tej prawdy, że jeżeli cokolwiek ma się zmienić, Twoja wola musi być siłą, która to zmieni.

Bez stuprocentowej odpowiedzialności jesteś całkowicie pozbawiony mocy. Jeżeli chcesz, by zmiany nadeszły, musisz wywołać swoją moc w pełni i całkowicie. I nie jesteś w stanie tego zrobić, jeżeli pozostajesz w stanie zaprzeczania choćby odrobinie swojej odpowiedzialności.

Nie sugeruję, że możesz kontrolować każdą okoliczność. Mówię po prostu, że zawsze masz do dyspozycji zdolność odpowiadania. Czasami Twoje odpowiedzi mogą być ograniczone czy nieskuteczne, ale mimo to masz tę moc odpowiadania w każdym momencie.

Nie obchodzi mnie, czy jesteś gospodynią domową, która w stu procentach opiera się na mężu, jeśli chodzi o przychody rodziny. Jeżeli chcesz zmienić swoją sytuację finansową, to odpowiedzialność za uczynienie tego jest w stu procentach Twoja własna… a nie męża. Nie jesteś jakąś słabą i bezsilną istotą. Jesteś kreatywną osobą. Nigdy, przenigdy nie zwalaj na swojego małżonka winy za niedostateczne dbanie o jego/jej obowiązki w zakresie tego, co uważasz za swoje finansowe interesy. Jeżeli nie podoba Ci się sytuacja, w której się znajdujesz, to ją zmieniasz. Może to przyjąć formę wpłynięcia na małżonka by poczynił pewne zmiany, albo może to oznaczać uzyskanie jakiegoś własnego przychodu. Tak czy inaczej, to Twoja wola musi dać moc do tej zmiany.

Postaw się w stanie akceptacji faktu, że jeżeli Twoja sytuacja ma się w ogóle zmienić, to zależy to całkowicie od Ciebie – inaczej nigdy to nie nastąpi.

Tnij Wydatki, Tylko Nie Przesadź

Ludzie, którzy doprowadzają swoje finanse do trudnej sytuacji często skupiają się na próbach cięcia wydatków. To ma sens tylko do pewnego momentu. Widziałem wielu ludzi, którzy przesadzali w tym względzie, co jest zupełnie nieefektywną strategią

Jeśli dotychczas prowadziłeś „życie jak w Madrycie”, możesz skorzystać na jednej czy dwóch rundkach cięcia kosztów. Śmiało, działaj i eliminuj bzdury. Może nie potrzebujesz designerskich ciuchów czy telewizji kablowej. Jedną z rzeczy, które ja zrobiłem, było anulowanie wszystkich prenumerat magazynów; zacząłem też wypożyczać poradniki (książki, audio, DVD) z lokalnej biblioteki, zamiast je kupować. W tamtym czasie to były rozsądne cięcia.

Nierozsądne są wtedy, gdy zaczynasz obniżać swój poziom życia, w ten sposób wpędzając się w pułapkę myślenia w kategoriach niedoboru. Jeżeli rzeczywiście chcesz życia minimalisty, to w porządku, ale nie oszukuj się, że minimalizm to Twój wybór, jeżeli w rzeczywistości nie jest tym, czego chcesz. Jeżeli wolałbyś bogatszy styl życia, bądź szczery i przyznaj to przed sobą. Nigdy nie udawaj, że chcesz czegoś innego tylko dlatego że myślisz, że nie możesz mieć tego, co naprawdę chcesz.

Jak możesz odróżniać rozsądne i nierozsądne cięcia? Rozsądne cięcia sprawiają, że czujesz się lepiej. Ach… fajnie wiedzieć, że nie będą mi się już więcej gromadzić te góry magazynów. Nierozsądne cięcia sprawiają, że czujesz się gorzej. Niektórzy ludzie mówią, że życie bez samochodu jest wyzwalające, ale ja naprawdę nie znoszę jeździć autobusem tylko po to, by zrobić drobne zakupy.

Znam ludzi, którzy poświęcą dwie godziny na zejście ze swojej drogi tylko po to, by zaoszczędzić pięć dolców. To chore. Mógłbyś z pewnością zarobić więcej niż 2,5 dolara na godzinę, żebrząc na ruchliwej ulicy. Nie marnuj swojego czasu tylko dlatego, że możesz zaoszczędzić parę marnych dolarów. Jeśli zaczniesz robić rzeczy, które warte są mniej niż płaca minimalna (patrząc na to, ile pieniędzy zaoszczędzisz w porównaniu do zainwestowanego czasu), albo jeśli tniesz budżet na wyżywienie do tego poziomu, że stać cię tylko na fasolę i ryż, to poszedłeś za daleko.

Tnij koszty, żeby dać sobie trochę oddechu tam, gdzie to możliwe, ale nie pozbawiaj się na dłuższą metę środków do życia eliminując rzeczy, które czynią Twoje życie bardziej efektywnym – jak urządzenia kuchenne, Twój pojazd czy zdrowe jedzenie.

Zwróć uwagę, że wydatki są powtarzalne. Kiedy tniesz wydatki, wprowadzasz długoterminowe oszczędności. Nie oznacza to sprzedawania swoich dóbr by uzyskać dodatkową gotówkę. Sprzedawanie dóbr nie obetnie Twoich wydatków, o ile nie będzie to coś jak sprzedanie zestawu do gier aby zlikwidować nawyk kupowania nowych gier. Jest w porządku, jeśli chcesz zabawić się na eBayu żeby uzyskać trochę kasy, pozbywając się rzeczy, których naprawdę nie potrzebujesz – Erin i ja zrobiliśmy parę garażowych wyprzedaży – ale uzyskiwanie dodatkowej gotówki niekoniecznie poprawi sytuację w zakresie ciągłego przepływu pieniędzy. Pozbądź się śmieci, ale trzymaj rzeczy, których używasz.

Nie poświęcaj ogromnych ilości czasu na roztrząsanie sprawy wydatków. To nie jest tego warte. Niektórzy naprawdę dostają świra na tym punkcie. Kupują najtańsze rzeczy, jakie tylko znajdą – i wszystko się psuje. Przeginanie z tanizną kończy się często większymi wydatkami na dłuższą metę.

Po stronie wydatków dojdziesz do nieprzekraczalnej granicy, bo najlepsze co teoretycznie mógłbyś zrobić to ściąć wydatki do zera, a to dla większości ludzi jest nierealne i wywołałoby poważne trudności. Pomyśl realistycznie o tym, ile rzeczywiście możesz zaoszczędzić. Nie ma sensu robienie zamętu wokół kwot, jakie mógłbyś zarobić w ciągu paru godzin na stanowisku z lemoniadą.

Na dłuższą metę o wiele łatwiej jest zwiększyć swój dochód, niż ciąć wydatki do granic możliwości. Nie masz nieprzekraczalnych granic po stronie przychodu. Dla wszystkich celów praktycznych można przyjąć, że granic nie ma.

Wprowadź rozsądne cięcia swoich wydatków, ale nie dostawaj świra na tym punkcie. Jeżeli chcesz, by sprawy się polepszyły, to musisz angażować większość swojego czasu i energii po stronie przychodów.

Postanów, Że Zasługujesz Na Lepsze

Ludzie w gruncie rzeczy zarabiają takie kwoty, na jakie sądzą, że zasługują. Główny powód, dla którego nie zarabiasz więcej jest taki, że wiesz, iż na to nie zasługujesz.

Ciężko zaakceptować coś takiego. Jest szansa, że Twojemu ego ta idea się nie spodoba. Być może przychodzą Ci już na myśl argumenty wyjaśniające, dlaczego tak nie jest. Weź głęboki oddech i na moment odsuń je na bok.

Weź jakąkolwiek liczbę, by reprezentowała Twoją aktualną stawkę godzinową. Pomnóż to przez dziesięć. Potem wyobraź sobie, że w tej chwili właśnie tyle zarabiasz. Możliwe, że czujesz się niekomfortowo – może trochę przestraszony, zestresowany, może to wyglądać na nieprawdopodobne, skomplikowane, zanadto ekscytujące, czy po prostu zbyt „gdzieś daleko” byś mógł to zaakceptować jako rzeczywistość. I dokładnie dlatego nie zarabiasz takich pieniędzy. Sprawiasz, że ta kwota wydaje się o wiele za grubą sprawą.

Ludzie, którzy zarabiają dziesięć razy więcej od Ciebie nie myślą o tych kwotach w taki sam sposób jak Ty. Dla nich sprawia to wrażenie czegoś normalnego, naturalnego. Zupełnie nic wielkiego. Jedna z przyczyn, dlaczego nie jesteś na tym poziomie, jest taka, że dla Ciebie to jest coś wielkiego. Jeżeli chcesz kiedyś tam dotrzeć, musisz osiągnąć taki punkt w swoim umyśle, w którym ten poziom dochodu nie jest już wielką sprawą. Jest w porządku, czy lekko interesujący, ale nie wygląda tak niewiarygodnie byś nie mógł tego zaakceptować jako rzeczywistości.

Kiedy około 15 lat temu po raz pierwszy spotkałem Erin, zarabiała 9 dolarów na godzinę, wykonując prace biurowe – papierologia, pisanie i sprawy w tym stylu. I czuła, że zasługuje, by tyle zarabiać. Było to dla niej normalne i rozsądne. Możesz zobaczyć ile zarabia teraz – wystarczy że spojrzysz na jej cennik. Dość powiedzieć, że jej stawka jest około stu razy wyższa. W tej chwili zarabia w ciągu godziny tyle, ile wtedy w ciągu prawie trzech tygodni. I zgadza się – jej klienci rzeczywiście płacą takie stawki i są z tego zadowoleni.

Ciekawe jest, jak ludzie reagują na stawki Erin. Niektórzy patrzą na stawki i piszą jej: „Byłem zainteresowany umówieniem spotkania, ale kiedy zobaczyłem cenę, pomyślałem – wow, nie ma szans by było mnie na to stać.”. Tacy ludzie nie pasują do usług Erin; nie stać ich na nie. Nie są nawet w stanie wyobrazić sobie, w jaki sposób Erin nalicza sobie tak dużo. Mogą jednak mimo to pasować do roli czytelnika jej bloga – to jest zupełnie darmowe.

Ale po tym mamy prawdziwych klientów Erin. Ci ludzie po prostu przechodzą do jej formularza zamówień i rezerwują spotkanie – bez narzekania czy prób uzyskania zniżki. Dla nich to nic wielkiego. Mogli konsultować się wcześniej z innymi mediami w przeszłości i zyskali na tym wspaniałe rezultaty. Mogą być przyzwyczajeni do tego typu stawek za konsultacje. Dla klientów, którym Erin rzeczywiście służy, jej stawki są normalne i rozsądne.

Żeby móc zarabiać te większe kwoty, Erin musiała przejść przez myślowy proces nadania sobie przyzwolenia na zarabianie tak wiele. Jedną z rzeczy, które pomogły, było zdanie sobie sprawy, że inne najpopularniejsze media na jej polu działania zarabiały kwoty w okolicach tego poziomu. Patrzyła na nich i uczyła się od nich, i wkrótce zdała sobie sprawę, że jest przynajmniej tak dobra jak oni jeśli chodzi o wykonywanie pewnych typów przepowiedni. Ale dopóki nie przeszła przez ten proces myślowy, przerażała ją myśl o braniu jakichkolwiek pieniędzy za przepowiednię. Miała spore trudności ze znalezieniem przestrzeni na pozwolenie sobie by otrzymywać wynagrodzenie na pewnym poziomie, w zamian za wartość, którą dostarczała.

Nie nazwałbym tego procesem usprawiedliwiania sobie wyższego przychodu. W większym stopniu chodzi to o danie sobie przyzwolenia. Nie próbujesz wciskać tu sobie sprzedażowego kitu. Po prostu decydujesz, że chcesz zarabiać więcej, i odszukujesz sposób na zaakceptowanie, że to jest w porządku.

Kiedy podnosisz swoje stawki, możesz wykluczyć się cenowo z jednego rynku, ale wejdziesz też na inny. Dla przykładu – klienci Erin nie chcą przepowiedni za 15 dolców. Nie zaufaliby komuś, kto liczy sobie tylko 15 dolarów – założyliby, że nie jest zbyt dobra. Oni chcą rzetelnej, trafnej przepowiedni, której mogą zaufać. Stawki Erin pokazują, że jej praca została wstępnie zaaprobowana przez rynek. Stąd korzystanie z przepowiedni u niej jest o wiele mniej ryzykowne. Ponadto, jako że Erin przyciąga klientów o wyższym dochodzie, niż ci, z którymi z początku pracowała, może teraz korzystać z większej „dźwigni” do czynienia dobra. Jeżeli może pomóc skutecznemu przedsiębiorcy w określeniu jego/jej sensu życia, to zazwyczaj ma to o wiele większe przełożenie, niż pomaganie studentowi w podjęciu decyzji dokąd pojechać na wakacje. Zmierzam do tego, że nie powinieneś mieć poczucia, że podnosząc swoje stawki dostarczasz mniej wartościową usługę. Prawdą jest raczej coś odwrotnego.

Czasami proces, przez który przechodzisz, by dać sobie to pozwolenie, będzie dość rozbudowany. Może spowodować wiele kolejnych zmian w Twoim życiu. Możesz mieć wrażenie, że potrzebujesz podjąć jakiegoś rodzaju działanie by dojść do punktu, w którym poczujesz, że zasługujesz by zarabiać więcej.

Kiedy ja chciałem przejść od zarabiania czterocyfrowych kwot miesięcznie do kwot pięciocyfrowych, próbowałem wyobrażać sobie siebie jako „pięciocyfrowego” kolesia. Było to w czasach, gdy prowadziłem swoją firmę z grami komputerowymi. Problem był taki, że nie czułem, iżbym dostarczał dostatecznie wartościowych usług by zasługiwać na dochód na takim poziomie. Byłem w stanie dać sobie jedynie to pozwolenie, zgadzając się na podniesienie poziomu swoich usług. Znalazłem więc sposób na wydawanie większej ilości gier w krótszym czasie i wkrótce potem osiągnąłem swój cel. To bardzo ważne, by zrozumieć, że proces ten rozpoczął się od dania sobie przyzwolenia na zarabianie tak dużo. Powiedziałem sobie, że to jest w porządku, i dopiero po tym pozwoliłem sobie wprowadzić zmiany niezbędne do osiągnięcia celu.

Myślenie, że nie zasługujemy na więcej niż otrzymujemy stanowi powszechnie spotykaną blokadę. Jest to tak powszechne, że przez większość czasu nawet tego nie zauważamy. Po prostu myślimy, że zarabianie tyle, ile właśnie teraz zarabiamy, jest normalne. Ale to tylko nasze myślenie sprawia, że wygląda to na normę. Ktoś inny mógłby uznać Twój aktualny dochód za sumę żałosną w odniesieniu do pracy, którą wykonujesz. Czy możesz zaakceptować, że właśnie teraz jesteś bardzo niedoceniany?

Mój znajomy mówca za swoją pierwszą płatną profesjonalną przemowę otrzymał 75 dolarów. Kiedy zapytano go o stawkę, taką właśnie cenę podał. Myślał, że to dużo, jak za godzinę pracy na scenie. Wkrótce dowiedział się, że profesjonalni mówcy otrzymują o wiele większe kwoty; odkrył też, że mógł za tamtą przemowę zażądać 1000 dolarów – i dla ludzi, którzy go wtedy zatrudnili to byłoby w porządku, ponieważ ich budżet był jeszcze większy. Kiedy ostatnio to sprawdzałem, jego stawki oscylowały w okolicach 7500 dolarów za przemówienie. Ale za każdym razem, gdy podnosił swoje stawki, to kiedy ktoś pytał o wynagrodzenie za przemówienie, ciężko mu było wykrztusić te słowa.

U Erin sprawa wygląda podobnie, kiedy podnosi swoje stawki. Nigdy nie chce ich podnosić – zawsze to ja ją do tego skłaniam. (Więc – tak, to mnie możesz winić, jeżeli nie stać Cię już na jej usługi.) Ona siedzi w tym zbyt głęboko, by zdawać sobie sprawę, jak jest dobra i jak dużą wartość dostarcza. Za każdym razem, gdy sugeruję podniesienie stawek, ona z początku panikuje. Mówi coś w stylu: „Ale nikogo nie będzie na to stać. Jak w ogóle mogę żądać tak dużo?”. Przechodziliśmy przez to już z pół tuzina razy, a ona wciąż reaguje w ten sam sposób. Gdyby nigdy nie podnosiła stawek, miałaby teraz prawdopodobnie listę oczekujących na pięć lat. Albo musiałaby zupełnie zaprzestać udzielania osobistych przepowiedni, jak zrobiło to wiele innych topowych mediów.

Rzecz w tym, że uzyskanie cudzej opinii może być pomocne. Zadawaj się z ludźmi, którzy uważają, że zasługujesz na więcej i dowiedz się, dlaczego tak myślą. Miałem to szczęście że w moim życiu byli przyjaciele, którzy wskazywali mi, ile powinienem zarabiać i dlaczego byłem bardzo niedoceniany. Pomagało mi to podnosić swój dochód w różnych czasach.

Kiedy zacząłem swoją pierwszą pracę na etacie programisty gier komputerowych, brałem tylko 10 dolarów za godzinę. W tamtym czasie wciąż jeszcze studiowałem, tak więc z własnego punktu widzenia byłem „tylko studentem” i nie zasługiwałem na nic w pobliżu pełnego wynagrodzenia. Ale okazało się, że byłem naprawdę dobry w pracy, którą się zajmowałem. Na szczęście firma, dla której pracowałem, z własnej inicjatywy podwoiła moją stawkę, dzięki czemu w połączeniu z tantiemami ze sprzedaży, jakie otrzymywałem, ostatecznie zacząłem zarabiać bliżej 50 dolarów na godzinę. Wiesz, że żądasz zbyt mało jako pracownik kontraktowy, jeżeli Twój klient oferuje podwojenie stawki w Twoim imieniu… może dlatego, że nie jest w stanie przełknąć płacenia tak mało za wysokiej jakości pracę.

Z drugiej strony, kiedy zabierałem się do profesjonalnego przemawiania, zarobiłem kilka tysięcy dolarów za moje pierwszą płatną mowę. Nie musiałem zaczynać od pierwszego szczebla drabiny, bo już wcześniej dałem sobie pozwolenie by zarabiać tak dużo. Nie było to dla mnie nic wielkiego – pozwoliłem, by było to po prostu normalne. Właściwie to miałem wrażenie, że to trochę mało w porównaniu z tym, co zarabiałem już na blogowaniu.

Czołowi mówcy z łatwością otrzymują 20 000 dolarów za przemówienie. Pomnóż to przez 10, jeśli jesteś byłym prezydentem; przez 15 jeśli jesteś Billem Cosby. Czy sądzisz, że dla Billa Clintona zarabianie sześciocyfrowych kwot za pojedyncze przemówienie to coś wielkiego. Czy myślisz, że bzikuje na punkcie tego, jak wiele pieniędzy zarabia? Nie, oczywiście, że nie. Ty i ja moglibyśmy podniecać się zarabianiem takich kwot, ale dla niego to rutyna.

Tak się składa, że moim zdaniem stopniowe podkręcanie finansowych obrotów to duża frajda. Lubię wejść na poziom wyżej, posiedzieć na nim trochę i zupełnie się tym nacieszyć, a potem zabrać się do pracy nad przejściem na kolejny poziom. Nie żałuję czasów, kiedy ledwie było mnie stać na posiłek w Taco Bell. Nawet w tamtych czasach uważałem swoje finansowe życie za ambitną przygodę. Kiedy pierwszy raz zamieszkaliśmy razem z Erin, luksusowym wydatkiem było wypożyczenie filmu za 99 centów… i może zamówienie jakiejś taniej pizzy w promocji „dwie w cenie jednej”. Zazwyczaj nudziliśmy o tym, jak ktokolwiek może płacić 4 dolary za wypożyczenie filmu w Blockbuster. Wtedy luksusowym wydatkiem mogła być ciekawa wycieczka, przedstawienie na Vegas Strip, czy relaksujący dzień w spa. Gdzieś po drodze mogliśmy znów wejść wyżej. Każdy poziom to frajda, jakiej można doświadczyć.

W tym momencie Twoje podejście może być mniej więcej takie: „Taak, taak… dać sobie przyzwolenie. Spoko. Dobra, daję sobie pozwolenie by zarabiać więcej. Co teraz?” Jeżeli to jest cały wysiłek, jaki zamierzasz włożyć w realizację tego kroku, możesz przestać czytać właśnie teraz i dać sobie spokój. Jeżeli robisz ten krok jak należy, to na poważnie może Ci to zająć tygodnie, Przebicie się przez finansowe blokady i danie sobie pełnego przyzwolenia na przechodzenie na wyższe poziomy, bez kurczowego trzymania się wymówek wymaga czasu.

Zalecam prowadzenie dziennika podczas pracy nad tym procesem. Zacznij od rozpisania dlaczego wierzysz, że nie możesz zarabiać takich pieniędzy, jakie byś chciał. Wszelkie wymówki zanotuj na piśmie. Zapytaj siebie czego potrzeba, by pozbyć się tych przekonań. Czy rzeczywiście są one prawdziwe? Czy inni ludzie zarabiają więcej nawet natykając się na te same przeszkody? Czy zamieniasz drobne wyzwania w ogromne wymówki? Zadaj sobie pytanie: czy jesteś gotów doświadczyć wyższego poziomu finansowego dostatku. Zrób wszystko czegokolwiek potrzebujesz, by postawić się w stan gotowości. Jeśli przejdziesz przez to mentalnie, pomożesz sobie osiągnąć cel emocjonalnie.

Ostatecznie, danie sobie przyzwolenia nie jest niczym innym jak wyborem do dokonania. Właściwie nie potrzebujesz spełniać góry warunków, aby wejść na nowy finansowy poziom. Ale jeżeli już zainstalowałeś te warunki w swoim umyśle, będziesz musiał w jakiś sposób nad nimi popracować. Czasami łatwiej jest zaspokoić te przekonania, które już masz, w przeciwieństwie do wykorzeniania i zmieniania ich. Do Ciebie należy decyzja, które przekonania pomagają Ci rozwijać się w lepszą osobę, a które z nich stają Ci na drodze i powstrzymują Cię.

Zrzuć Społeczny Balast

Prawdopodobnie są w Twoim życiu ludzie, którzy stali się raczej przywiązani do Twojego finansowego status quo. Nie oznacza to, że są oni finansowo zależni od Ciebie. Znaczy to tylko, że poczuli się komfortowo z tym, gdzie Ty się teraz znajdujesz – i straciliby ten komfort, gdybyś miał wprowadzić jakieś duże zmiany.

Jeśli podkręcisz swoje finanse, inni ludzie w Twoim życiu mogą poczuć się pozostawieni w tyle. Bądź na to przygotowany. To się zdarza.

Czy jesteś w stanie właśnie teraz wskazać kogokolwiek w Twoim życiu, kto miałby problem, gdybyś podwoił czy potroił swój dochód? Jeżeli tak, lepiej z góry sobie z tym poradź. Albo przegadaj temat, albo zdecyduj się rozdzielić drogi. W innym razie ta osoba może (możliwe, że nieumyślnie) próbować sabotować Twój finansowy rozwój, często rzucając negatywne komentarze które sprawiają, że zarabiając więcej pieniędzy czujesz się gorzej.

Zapewniam Cię, że po drugiej stronie jest mnóstwo ludzi, którzy będą szczęśliwi i podekscytowani widząc, że rozwijasz swoje finanse. Jest to widoczne zwłaszcza wśród przedsiębiorców, ale tak naprawdę to zależy od branży w której jesteś. Mam paru przyjaciół, którzy są bardzo dopingujący, kiedy mówię o podkręcaniu swoich finansów, ale mam też innych, którzy mogliby poczuć się zagrożeni lub onieśmieleni. Różnica miała niewiele wspólnego z tym, ile pieniędzy ci ludzie zarabiają – za to wiele z ich podejściem do finansowego rozwoju w ich własnych życiach. Ci, którzy są zachęcający maja niezmiennie pozytywne spojrzenie na przyszłość. Ci, którzy zniechęcają, są niezadowoleni ze swojej własnej sytuacji finansowej.

Jedną z najlepszych rzeczy, jakie możesz zrobić, to zaprzyjaźnić się z ludźmi mającymi pozytywne perspektywy finansowe. Nie ma znaczenia, ile w tej chwili zarabiają. To może być dziesięć razy więcej czy mniej niż Ty. Szukaj ludzi, którzy biorą na siebie 100% odpowiedzialności za swoje finanse – ludzi, którzy nie winią innych za swoje niepowodzenia. Tacy ludzie stają się dobrymi przyjaciółmi na dłuższą metę, bo nie będą dostawać bzika za każdym razem, kiedy Ty podkręcasz swoje dochody,

Ponownie – generalnie można tu spokojnie stawiać na przedsiębiorców. Handlowcy zarabiający na prowizji to inny dobry wybór. I inwestorzy (wszelkiej maści) też są dobrzy. Długoterminowy pracownicy (na miesięcznej pensji czy ze stawką godzinową) zazwyczaj nie zbliżają się nawet do tego samego poziomu finansowego entuzjazmu, jaki reprezentują te inne grupy. Właśnie dlatego chcą oni sprzedawać godziny za dolary i oddawać większość generowanych przez siebie rezultatów komuś innemu, jak na przykład przedsiębiorcy, handlowcowi czy inwestorowi. Pracownicy są niewątpliwie hojni, ale zazwyczaj głupi jak buty, jeśli chodzi o życie finansowe. 🙂

Ulepszaj Swoje Usługi

Pieniądz jest medium wymiany wartości. Jeżeli chcesz więcej pieniędzy, możesz tworzyć więcej wartości i/lub dostarczać wartości większej liczbie ludzi.

Jednym z najlepszych sposobów na polepszenie swojej usługi jest przekucie jej na stałą formę. W ten sposób możesz dostarczać wartości nawet wtedy, gdy nie jesteś fizycznie obecny.

Na przykład, jeżeli recytujesz wiersz grupie 20 osób, możesz dostarczać pewną wartość tym właśnie dwudziestu osobom. Ale to jest jednorazowe wydarzenie. Każdego dnia zaczynasz znów od zera. Jest to podejście, jakie stosuje większość pracowników. Nie budują niczego, co pozostaje ich własnością. Zamiast tego, sprzedają tylko godziny za dolary, tak, że ktoś inny w końcu zostaje właścicielem tego, co oni pomogli zbudować – i poprzez to zbiera długoterminowe plony z faktu posiadania. I znów – to bardzo hojne ze strony pracowników, ale bardzo niemądre, kiedy chcesz finansowo iść do przodu.

Mówiąc z perspektywy historii: bogaci ludzie zrobili całkiem niezłą robotę, przekonując masy, że zdobycie etatu to sposób na życie. To jednak nic innego, jak pranie mózgu. Jeżeli bierzesz robotę na etacie, nie możesz narzekać na to, że bogaci stają się bogatsi – bo sam im w tym pomagasz. Wykonujesz pracę budowania i utrzymywania systemów, które posiada i kontroluje ktoś inny. W jaki sposób na dłuższą metę pomaga to Tobie? Wszystko, co robisz, to dbanie o plantację swojego pana. Jeżeli obawiasz się chodzenia do pracy każdego dnia i masz spore trudności ze zmotywowaniem się, może powinieneś przestać zgłaszać się na ochotnika do pracy niewolniczej.

Kiedykolwiek przedstawiam takie twierdzenie, ktoś mówi: „Ale musimy mieć etaty i pracowników. Inaczej – kto wywoziłby śmieci?”. To to samo, jakby mówił: „Ale musimy mieć niewolników. Inaczej – kto zbierałby tytoń?”. Czy ten powód jest wystarczający, by służyć jako niewolnik? Może bylibyśmy w stanie zaproponować lepsze rozwiązania, gdyby ludzie przestali poddawać się niewolnictwu. Może – przede wszystkim – nie potrzebujemy produkować tyle śmieci (i tytoniu). Ja osobiście wolałbym raczej wymieniać wartości z wolnymi ludźmi, niż z pracownikami/niewolnikami.

Wracając do przykładu poezji, pomyśl teraz o poecie, który swój poemat zapisuje i publikuje, powiedzmy – na jakiejś stronie internetowej. Teraz poemat może dostarczać wartość nawet pod nieobecność poety. Mogą się nim cieszyć tysiące ludzi, zamiast pierwotnych dwudziestu. Właśnie tak myśli inteligentny przedsiębiorca. Idea jest taka, żeby w miejsce wymieniania godzin na dolary, inwestować swój czas w budowanie czegoś, co może dostarczać stałej wartości nawet wtedy, gdy nie jesteś fizycznie obecny.

Jeżeli możesz dostarczać pasywnej wartości, możesz generować pasywny przychód. Na przykład poeta mógłby sprzedać zbiór wierszy, udzielić licencji na swoje wiersze firmie produkującej kartki z życzeniami, w zamian za tantiemy, czy zaproponować usługę „wiersz dnia” i sprzedawać reklamy.

Jeśli aktualnie jesteś pracownikiem, słowo „przedsiębiorca” może brzmieć skomplikowanie i przerażająco. Ale generowanie przychodu z samozatrudnienia to tak naprawdę nic wielkiego, jeżeli dasz sobie na to przyzwolenie. Nawet uczniowie liceów zarabiają w ten sposób.

Zalecam byś nie zaczynał, myśląc o przychodzie pasywnym. To jest stawianie wozu przed koniem. Skup się przede wszystkim na tworzeniu i dostarczaniu wartości pasywnych. Stwórz coś, przekuj na stałą formę, i przekaż w ręce ludzi. Zacznij od czegoś małego. Napisz artykuł. Przygotuj przepis. Skomponuj piosenkę. A potem podziel się tym gdzie tylko możesz. I powtarzaj dalej i dalej.

Zacząłem rozumieć korzyści z dostarczania pasywnych wartości kiedy byłem w szkole średniej. W czasie pierwszych i późniejszych lat zaczynałem pisać pewne programy komputerowe w BASIC-u i Turbo Pascalu żeby zgłębiać tematy, o jakich uczyłem się na zajęciach z matematyki – prawdopodobieństwo, obliczanie wielomianów, grafu itd. Pisałem też programy na programowalne kalkulatory Casio FX-7000G i FX-8000G, jakie wielu uczniów miało w tamtym czasie. Były to w większości bardzo krótkie programy, zazwyczaj poniżej 20 linii kodu. (Nawiasem mówiąc, nadal mam mój FX-8000G i czasami piszę na niego szybkie programy. Nawet po 20 latach wciąż działa świetnie. Jeden z najlepszych produktów, jakie Casio kiedykolwiek wydało.)

Zacząłem robić kopie tych programów i rozdawać je wśród członków koła matematycznego, żeby pomóc uczniom z ich pracami domowymi. Wtedy zauważyłem, że ludzie spoza koła zdobyli kopie. Napisałem parę prostych gier i nimi również się podzieliłem. Ostatecznie jeden z moich programów został opublikowany w szkolnej gazetce.

Jak mi to pomogło? Otóż zyskałem dzięki temu bardzo dobrą opinię w szkole, zarówno wśród nauczycieli, jak i wśród uczniów. Uczęszczałem do szkoły prowadzonej przez Jezuitów, gdzie podejście akademickie było bardzo dobrze widziane. Kiedy przyszedł mój czas na zdobycie listów polecających do aplikacji na studia, nie miałem z tym najmniejszego kłopotu. Wyróżniałem się z tłumu, ponieważ robiłem coś wykraczającego znacznie ponadto, co robili inni uczniowie. W rezultacie zostałem przyjęty do konkurujących szkół jak UCLA, UC, Berkeley, Carnegie Mellon i Cal Tech. Ale prawda jest taka, że napisałem te programy tylko dlatego, że tworzenie i dzielenie się nimi sprawiało mi radość – nie dlatego, że próbowałem coś na tym zyskać. Skup się na dawaniu, a branie zajmie się samo sobą.

Jeżeli teraz borykasz się ze swoimi finansami, wiem, że będzie kusiło Cię skupienie się przede wszystkim na aspekcie pieniędzy, ale błagam Cię – nie rób tego. Skup swoją uwagę na stronie tworzenia i dzielenia się. Musisz dać, zanim dostaniesz.

Dziel się czymś, co lubisz tworzyć. Umieść to na jakimś namacalnym nośniku i podaj dalej.

Znam wiele cieszących się powodzeniem biznesów zajmujących się oprogramowaniem które powstały, bo jakiś koleś napisał fajny program i podzielił się nim z przyjaciółmi. Wtedy jego przyjaciele podzielili się tym z innymi. Niewiele później zaczął otrzymywać prośby o wsparcie od zupełnie obcych ludzi i musiał zacząć naliczać opłaty za program. Głównie w ten sposób powstało shareware. Daj coś za darmo i zobacz, co z tego wyjdzie. Jeżeli ludziom się to się spodoba, to się tym podzielą.

Ludzie w ten sam sposób otwierali restauracje. Zaczynali od dzielenia się przepisami ze znajomymi, a w końcu zostali zachęceni do otwarcia restauracji i dzielenia się swoim jedzeniem z większą liczbą ludzi.

To naprawdę jest takie proste. Nie komplikuj tego zanadto.

Lubię pisać artykuły, więc to jest coś czym postanowiłem się dzielić. Kiedy rozpoczynałem prowadzenie tej strony około cztery i pół roku temu, zarobiłem tylko 167 dolarów przez pierwsze pół roku. Dlaczego? Bo skupiałem się na dzieleniu się wartością, a nie na zarabianiu pieniędzy. W końcu ludzie zaczęli podsuwać mi wszelkiego rodzaju pomysły na przekucie mojej pracy w gotówkę. Osiągnąłem też punkt, w którym musiałem przekształcić to w realny biznes, ponieważ zabierało to więcej czasu i energii i stawało się coraz bardziej popularne. 18 miesięcy później strona zarabiała ponad 40 000 dolarów miesięcznie. Tak więc ponownie – nie przejmuj się kwestią przychodu. Jeżeli odpowiednio zajmiesz się wartością, przychód zazwyczaj zadba sam o siebie. Naprawdę nie jest tak trudno wygenerować przyzwoity dochód, jeżeli możesz dostarczyć wiele wartości niskim kosztem. Więc skupiaj się, i skupiaj, i skupiaj na aspekcie wartości. Prosta prawda jest taka, że większość ludzi, którzy borykają się z finansami, nie tworzą i nie dostarczają wiele wartości. Może możesz przekonać ludzi do płacenia Ci za nic, ale nie jest to podejście, z jakim czułbym się dobrze.

Przekucie swojej pracy na stałą formę jest bardzo ważne. Jeżeli tego nie robisz, będziesz musiał znów i znów na nowo tworzyć swoją wartość. To cofa Cię do pracowniczego sposobu myślenia. Nawet, jeżeli technicznie jesteś samozatrudnionym, tworzysz tylko etat dla siebie samego

Jeżeli przejrzysz archiwa mojej strony, znajdziesz wiele artykułów o konkretnych sposobach na polepszenie swoich usług, zwłaszcza z listopada i grudnia 2007 r,

Buduj Własną Sieć Dystrybucji

Niektórzy z moich przyjaciół, którzy są profesjonalnymi mówcami, zarabiają bardzo dużo za każde ze swoich przemówień, ale muszą stale się promować, podróżować i dostosowywać prezentacje do różnej publiczności. Wielu z nich uwielbia przemawiać, ale bycie w drodze przez 150-200 dni w roku po pewnym czasie daje się we znaki.

Ogólnie rzecz biorąc pracuję na tym samym polu co wielu z tych mówców, ale zamiast dawać przemówienie ograniczonej liczbie ludzi, publikuję moją pracę w sieci, dzięki czemu jest zawsze dostępna. Nawet moi przyjaciele, którzy mają produkty na sprzedaż, zauważają spadek przychodów, kiedy nie przemawiają często, ale ja mogę utrzymać swój przychód na całkiem dobrym poziomie pracując tylko kilka godzin tygodniowo – bez konieczności podróżowania.

Zwróć uwagę, że ci przyjaciele mają produkty na sprzedaż. Nagrywają swoje przemówienia i warsztaty i przygotowują CD i DVD. Problem polega na tym, że nigdy nie poświęcają oni czasu na budowanie sieci sprzedającej odpowiednią ilość ich produktów, kiedy nie przeprowadzają przemówień. Większość z nich ma strony internetowe z niewielkim ruchem i newslettery z małą liczbą subskrybentów. Muszą więc wciąż szlifować chodniki by utrzymać się na powierzchni – kiedy przestają przemawiać, zaczynają odczuwać finansowe zawirowania.

Jeżeli chcesz uciec z tego wyścigu szczurów, to dobrym pomysłem jest zbudowanie własnej sieci dystrybucji. Moim ulubionym sposobem jest dawanie wartości za darmo. Ludzie lubią darmówki – jeżeli są to darmowe rzeczy wysokiej jakości.

Zbudowanie dobrej sieci dystrybucji nie jest takie trudne w dzisiejszych czasach. Myślę, że najlepszym sposobem na to jest zbudowanie strony internetowej, ponieważ rozwiązania internetowe są bardzo tanie w porównaniu z alternatywami. Moi znajomi mówcy muszą latać po całym świecie, by dystrybuować swoją wartość. Ja po prostu klikam „Publikuj”.

Aktualnym rozwiązaniem, jakie zalecam dla większości ludzi chcących zbudować stronę, jest Site-Build-It. Przejdź na tamtą stronę, jeżeli chcesz przeczytać moją recenzję usługi i dowiedzieć się, dlaczego to polecam. Jeżeli jesteś technicznie obyty, nie będziesz potrzebował tej usługi, ale jest ona świetna dla tych, którzy nie rozumieją arkanów marketingu internetowego i chcą, by ktoś przeprowadził ich przez to krok po kroku.

Zmień Swój Sposób Myślenia

Aby przenieść się ponad życie od pierwszego do pierwszego, musisz najpierw zmienić swój sposób myślenia. Jeżeli będziesz myślał właściwie, pójdą za tym odpowiednie działania. Jeżeli będziesz dalej tkwił w złym sposobie myślenia, to nieważne jak bardzo będziesz próbował uciec – wciąż pozostaniesz zamknięty w tej samej klatce. Możesz nawet pogorszyć sprawy.

Mi najbardziej pomogło zdanie sobie sprawy z tego, że ograniczając się finansowo nie robię niczego dobrego dla kogokolwiek. Jak ograniczanie mojego przychodu mogłoby właściwie komukolwiek pomóc? Wszystko, co z tego wynika, to tylko utrudnienie mi tworzenia i dzielenia się wartością. Zabija to moją zdolność do służenia innym. Z pewnością jestem w stanie pomóc wielu więcej ludziom teraz, niż gdy ledwie byłem w stanie się utrzymać. Mogę się dzielić z punktu widzenia dostatku zamiast braku.

Kahlil Gibran napisał: „Jeżeli masz urazę do zgniatania winogron, z Twojej urazy do wina wysączy się trucizna.”.

Jeżeli nie cierpisz pracy, którą wykonujesz czy sytuacji, w jakiej się znajdujesz, zatruwasz rezultaty. Możesz właściwie robić więcej złego, niż dobrego. Jeżeli ledwie się utrzymujesz i czujesz się z tym źle, prawdopodobnie tak czy inaczej nie wykonujesz najszlachetniejszej pracy. To nie jest tak, że świat potrzebuje, byś był spłukany.

Jedyną osobą, która może to poprawić, jesteś Ty sam. Chcesz dalej żyć na aktualnym poziomie, czy jesteś gotowy do przejścia poziom wyżej?

Źródło: Living Paycheck to Paycheck

Co, jeżeli masz wiele różnych zainteresowań i nie możesz poświęcić się żadnemu z nich?

Jeżeli pociąga Cię wiele różnych pasji i nie możesz poświęcić się żadnej z nich ze względu na karierę, studia czy źródło dochodu – to bardzo dobrze dla Ciebie. Leonardo da Vinci jechał na tym samym wózku. Przez wielu uważany jest za największego geniusza wszech czasów.

Pogląd, że musisz poświęcić się jednej dziedzinie na całe życie (czy choćby dekadę albo dwie) ma sens, jeśli chcesz prowadzić życie zasuwającego fizycznie trutnia. Ale w ten sposób pełnisz jedynie rolę trybiku w wielkiej maszynie, całkiem jednorazowego i z łatwością wymienianego na podobne trybiki.

Niech zgadnę… ludzie, którzy mówią Ci (może nawet krzyczą na Ciebie), żebyś wybrał jedno i temu się poświęcił, sami też są na trutniowej ścieżce, prawda? Czy szczerze chcesz osiągnąć to, co oni? A może wolałbyś coś lepszego?

Wiesz, zupełnie w porządku jest odrzucić życiową drogę trutnia. Wiele osób tak robi, dzięki czemu są o wiele szczęśliwsi. Nie są to jednak ci sami ludzie, którzy powiedzą Ci: „Weź jedną rzecz i trzymaj się jej, albo niczego w życiu nie osiągniesz.”. Zamiast tego powiedzą prawdopodobnie: „Im więcej zainteresowań rozwijasz, tym zdolniejszy będziesz.”

Nie ma zasady mówiącej, że musisz poświęcić się byciu trutniem.

Ja nie chcę poświęcać się jakiejkolwiek jednej rzeczy w życiu. Nie lubię nawet poświęcać się jednej rzeczy choćby na miesiąc. Mam zbyt wiele zainteresowań. Gdybym wybrał jedną rzecz, a resztę zostawił – nie byłbym szczęśliwy. Poczułbym się tylko uwięziony w pułapce. Wybrałem więc odrzucenie tego kursu. Widzę, że nie jest on odpowiedni dla mnie. Hmmm… z jakiegoś powodu ludzie, którzy mówili, że powinienem się specjalizować znacznie przycichli, kiedy moje eklektyczne zainteresowania zaczęły procentować finansowo.

Aktualnie cieszę się pisaniem, blogowaniem, przemawianiem, publikowaniem podcastów, biznesem internetowym, studiowaniem samorozwoju, filozofią, humorem, disc-golfem, rozwojem psychicznym itd. Dlaczego miałbym wybierać tylko jedno? Jestem blogerem, pisarzem, mówcą, specjalistą od rozwoju osobistego, przedsiębiorcą internetowym? Cóż, życiorys mam chaotyczny. I kogo to obchodzi?

W przeszłości trenowałem sztuki walki (tae kwon do i kempo), dużo biegałem długodystansowo, włączając w to maraton, nauczyłem się liczenia kart w blackjacku, występowałem z zespołem improwizującym komedie, uczyłem się żonglowania i programowałem gry komputerowe, a także robiłem wiele innych rzeczy jakie dawały mi radość. Wieloma z tych rzeczy zajmowałem się w tygodniu między godziną 9 a 17. Ale zgadnij co… nikt nie przyszedł mnie za to aresztować. Ziemia nie wypadła z orbity bo ja nie dałem rady zająć się tylko jedną rzeczą.

Jeżeli masz wiele zainteresowań, ludzie będą narzekać. Pozwól im.

Może być ciężko to zauważyć dopóki nie spotkasz się ze mną osobiście, ale ja przez cały czas przeskakuję między różnymi zainteresowaniami. Czasami przez kilka dni z rzędu jestem naprawdę zaangażowany w pisanie czy blogowanie. Innym razem odkładam blog na później i poświęcam więcej czasu na przemówienia czy po prostu pracę nad rozwojem osobistym.

Czasami ludzie narzekają, kiedy odpuszczam blogowanie by zająć się innymi zainteresowaniami, ale ja pozostawiam sobie swobodę podejmowania takich wyborów, jeżeli wiem że to dla mnie dobre. Jako, że w archiwach są setki darmowych artykułów oraz 21 darmowych podcastów, i jako że fora są dostępne 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, nie wydaje mi się bym musiał publikować coś każdego dnia by utrzymać blog w ruchu. Jeżeli zaczynam czuć, że „wpadłem w szpony” blogowania, po prostu zostawiam to na jakiś czas. Potem znów się za to zabieram, kiedy poczuję inspirację do takiego powrotu.

Kiedykolwiek wycofuję się z jednego obszaru i kieruję ku innemu, słyszę pytania typu: „Co się z Tobą dzieje?”, „Gdzieś Ty był?”. Jeżeli dam sobie parę miesięcy przerwy w chodzeniu na spotkania Toastmasters (jak zrobiłem kiedy pisałem książkę), moi znajomi zastanawiają się, co się ze mną stało. Spadłem z tej planety? Czy ja wypisuję się z klubu? Jeżeli nie piszę przez tydzień, ktoś może rozpocząć na forum kolejną dyskusję pod tytułem: „Czy Steve nie żyje?”. Ja po prostu akceptuję, że tak się dzieje. Taka jest naturalna konsekwencja posiadania różnorodnych zainteresowań. Nie jestem martwy. Po prostu zmieniam tryby, W tym tygodniu jestem naprawdę zainspirowany do pisania czegoś na blogu. Wcześniej w ciągu tego roku byłem bardziej skupiony na pisaniu swojej książki. Później w tym roku będę miał mnóstwo pracy przy promowaniu książki.

Wiele zainteresowań = szybszy rozwój = stawanie się zdolniejszym

Korzyść z posiadania dużej ilości różnorodnych zainteresowań jest taka, że trenujesz swój mózg w uczeniu się wielu nowych ścieżek. Wzorce, jakich uczysz się na jednym polu mogą zostać później wykorzystane w zupełnie innych dziedzinach – by kreatywnie rozwiązywać problemy.

Wewnątrz pojedynczego obszaru wiedzy dominujący eksperci mają skłonność do rozwijania widzenia tunelowego. Przyzwyczajają się do pewnych wzorców. Często kontaktują się między sobą, więc wszyscy znają ulubione wzorce innych. To niewątpliwie ma miejsce na polu rozwoju osobistego.

A często ludzie, którzy wykonują najwięcej innowacyjnej roboty, to outsiderzy, którzy przychodzą ze świeżym spojrzeniem, z jakim obecni eksperci nie mieli do czynienia. To jest świetne, ponieważ ci outsiderzy są w stanie zainicjować mnóstwo wzrostu. Albert Einstein jest dobrym przykładem. Kiedy pracował jako urzędnik patentowy nie miał praktycznie żadnego kontaktu ze społecznością fizyków głównego nurtu.

Jednym z powodów takiego sukcesu, jaki udało mi się osiągnąć w blogowaniu na temat rozwoju osobistego jest to, że wszedłem na to pole z zewnątrz. Stopnie naukowe mam z informatyki i matematyki, a nie psychologii czy filozofii. Ze względu na to podłoże często zauważam wzorce, których ludzie z branży nie zauważają (lub po prostu lekceważą).

Co mnie wyróżnia spośród innych ekspertów to to, że mam skłonność do zero-jedynkowego myślenia w kategoriach algorytmów. Kiedy piszesz program komputerowy, to albo daje on oczekiwany rezultat, albo nie. Problem matematyczny jest albo rozwiązany, albo nie. Nie możesz stosować na tych polach jakiegoś niedorobionego czy nieprecyzyjnego podejścia i spodziewać się sukcesu. Albo masz rację, albo się mylisz. Albo masz działające rozwiązanie, albo nie masz. Nie ma nic pomiędzy, żeby jakoś się przeciskać. Jeżeli oczekujesz sukcesu w informatyce czy matematyce, musisz być dobry w rozwiązywaniu problemów. Twoje rozwiązania muszą rzeczywiście działać. Nie możesz naściemniać czy podlizywać się o specjalne względy i spodziewać się, że pozwoli to zignorować Twoje osobiste porażki. Kiedy się mylisz, nie masz żadnych rezultatów. Zły program zazwyczaj nie sypie się ładnie – po prostu w ogóle nie działa.

Kiedy zainteresowałem się rozwojem osobistym, jedną rzeczą, która naprawdę mnie irytowała było to, jak nijako i nieprecyzyjnie wszystko przedstawiano. Były całe półki wypełnione tym, co uważałem za kompletne bzdury. Książki obiecywały praktyczne rozwiązania prawdziwych problemów, ale wszystko, co znajdowałeś w środku, to nudne brednie i historie o przesadzonych osiągnięciach. Po przeczytaniu wielu książek o programowaniu i nauczeniu się precyzyjnych rozwiązań, które za każdym razem działały właściwie, to była dla mnie duża zmiana.

Jako że lubię wzorce, które są ścisłe, precyzyjne i skuteczne, to nie przepadam za rozwiązaniami, które nie są uniwersalne. Nie przepadam też za szarą strefą, ponieważ wolę myśleć raczej w kategoriach „czarne-białe”. Mam więc skłonność do mówienia rzeczy typu: „Albo robisz to, co kochasz, albo nie. Jak jest?”. Wiem, że moje podejście nie będzie podobać się każdemu, i więcej niż raz byłem oskarżany o zbyt ścisłe myślenie, ale wiem też, że na ten sposób myślenia jest miejsce na polu samorozwoju.

Podobnie – gdybyś był psychologiem wchodzącym na pole informatyki, mógłbyś mieć tendencję do wprowadzania metod rozwiązywania problemów, które pozwalają na większą płynność, wymagają mniej precyzji… jak logika rozmyta.

Kiedy napisałem swoją książkę, „Rozwój osobisty człowieka rozumnego”, rozwinąłem pseudomatematyczny model rozwoju osobistego, włączając w to kompletne, uporządkowane ramy działania, z jakimi nie spotkałem się nigdzie indziej na tym polu. Mógłbym dać mojej książce podtytuł „Ukryta geometria rozwoju osobistego”. (Jeżeli klikniesz ostatni link i przewiniesz trochę w dół, zobaczysz trójkąt reprezentujący sedno tego modelu.) Być może mając do czynienia ze świadomym wzrostem nie możemy osiągnąć matematycznej precyzji, ale myślę, że możemy zbliżyć się do niej o wiele bardziej, niż teraz.

Jeżeli lubisz myśleć o rozwoju osobistym dość liniowo – np. „powiedz mi jak załatwić to, co chcę, i osiągnąć rezultat” – prawdopodobnie moja książka bardzo Ci się spodoba. Ale jeżeli wolisz podejście bardziej w stylu Zen, „płyń z prądem”, „pozwól by życie się tobie przytrafiało”, prawdopodobnie książka będzie zbyt ścisła, jak na Twój gust. Tak czy inaczej, nie wątpię, że ta książka zdobędzie silną pozycję na swoim polu (tak jak stało się to z moim blogiem), ponieważ prezentowane w niej rozwiązania i wzorce pomogą ludziom rozwiązywać problemy nowymi sposobami.

A teraz wyobraźmy sobie, że znów przeskakuję do innej branży. Mógłbym wtedy zastosować wzorce, jakie poznałem we wszystkich innych dziedzinach które studiowałem, aby wytworzyć kreatywne, oryginalne prace w tej nowej branży. Wzorce pochodzące z rozwoju osobistego, matematyki, informatyki, blogowania, sztuk walki itp. z pewnością pozwoliłyby stworzyć nowe rozwiązania w pozornie niepowiązanych dziedzinach.

Nawet kiedy gram we frisbee-golfa ze znajomymi, to stosuję wzorce, których nauczyłem się gdzie indziej. Na przykład: moi golfowi znajomi co do jednego mają ulubione sposoby wyprowadzania rzutu – niemal zawsze wyprowadzają rzuty, używając tej samej techniki. Ale ja zastosuję różne sposoby rzucania by dostosować się do terenu. Czasem rzucam z forehandu, czasem backhandu, a czasem rzucam rollersy – wszystko podczas tej samej gry. Oznacza to, że nie mam tak wiele praktyki w jednym konkretnym stylu, ale mogę być bardziej elastyczny, jeśli chodzi o dostosowanie się do terenu.

To był bardzo prosty przykład, ale „dopasowywanie rozwiązań do terenu” było w zasadzie wzorcem, który przyswoiłem sobie z programowania komputerowego. Programiści często używają różnych algorytmów, by rozwiązać właściwie ten sam problem, dostosowując swoje rozwiązania do specyficznych okoliczności. Istnieje wiele różnorodnych algorytmów sortujących i wyszukujących, a optymalne rozwiązanie zależy od danego problemu, który chcesz rozwiązać. Kiedy gram we frisbee-golfa, zadaję sobie pytanie: „Jaka jest poprawna technika rzutu (algorytm), z której muszę teraz skorzystać, by zmniejszyć (zoptymalizować) liczbę rzutów, jakie będą konieczne aby trafić kosza (cel)?”.

Będziesz zaskoczony tym, jak wiele jest okazji do zastosowania spostrzeżeń, jakie poczyniłeś w jednej dziedzinie, by rozwiązać problemy na pozornie niepowiązanych polach. Długoterminowa korzyść z rozwijania wielu różnorodnych zainteresowań jest taka, że budujesz sobie potężny zestaw narzędzi – wzorców rozwiązywania problemów. Daje Ci to większą elastyczność w momencie zetknięcia się z pewnymi wyzwaniami. Ludzie czasem chwalą mnie za błyskotliwe spostrzeżenia, które pomogły im rozwiązać wymagający problem, podczas, gdy wszystko, co ja zrobiłem, to „zapylanie krzyżowe” – przeniesienie znanego rozwiązania z jednego pola na inne.

Zarabianie na swoich zróżnicowanych zainteresowaniach – rozwiązania kreatywne

Ważne jest by zauważyć, że nie musisz zarabiać na wszystkich swoich zainteresowaniach. Jeżeli po prostu zagłębisz się w coś co lubisz, i będziesz za tym podążać, możesz być zaskoczony odkrywaniem które zainteresowania pomagają Ci generować przychód, a które nie.

Większość z moich zainteresowań nie generuje mi przychodu bezpośrednio, i to jest zupełnie w porządku. Ale wiele z nich – owszem, włączając w to reklamę hostingu na tej stronie, pisanie książki, profesjonalne przemówienia czy recenzje i polecanie produktów.

Co w tej chwili zarabia dla mnie najwięcej pieniędzy? Mój dochód jest dosyć zróżnicowany, ale jednym, najbardziej lukratywnym zajęciem jest dla mnie w tej chwili recenzowanie i polecanie produktów – nie blog czy przemówienia. Mógłbyś pomyśleć, że większość pieniędzy zarabiam z całego mojego pisania, ale to nie tak działa. Może moje pisanie jest tym, co tworzy dla innych największą wartość, ale nie to tworzy największy przychód… a przynajmniej nie bezpośrednio.

Wydawcy często podsyłają mi produkty informacyjne do recenzji. W dowolnym momencie mam zazwyczaj w kolejce 50-100 książek i w sumie kilka dni nagrań. Programów audio słucham w siłowni czy na komputerze z prędkością odtwarzania 2x-4x, i czytam wiele książek techniką PhotoRead. (Przypadkiem Learning Strategies właśnie w tym miesiącu znów oferuje rabat na PhotoReading dla czytelników StevePavlina.com – coś, co robią tylko raz do roku. Przygotuję o tym oddzielny wpis na blogu zaraz po tym.)

Kiedy napotykam coś co naprawdę, naprawdę uwielbiam i czuję się dobrze polecając to, wypracowuję z wydawcą porozumienie o podziale zysków w zamian za polecanie i promocję produktu na mojej stronie. Działa to świetnie w przypadku produktów informacyjnych, ponieważ margines zysku sięga często 80% albo więcej, jako że wartością jest informacja, a nie opakowanie. Często udaje mi się też przekonać ich do zaoferowania moim czytelnikom lepszych warunków, niż gdyby kupowali bezpośrednio od nich. Taki układ to wygrana wydawcy, ponieważ uzyskuje wielu nowych klientów nie ponosząc kosztów marketingowych. Dobry produkt nakręci sprzedaż o wartości ponad 100 000 dolarów w ciągu pierwszych 30 dni, jeżeli go polecę. To wygrana dla mnie, ponieważ dostaję wszelkie darmowe produkty, o jakich mógłbym kiedykolwiek marzyć, i zarabiam rocznie sześciocyfrowe kwoty tylko z paru poleceń. Kiedy już opublikuję swoją rekomendację produktu, cieszę się trwałym pasywnym przychodem z ciągłej sprzedaży, otrzymując prowizję każdego miesiąca. Korzyść dla moich czytelników jest taka, że poznają najlepsze produkty, jakie mogę znaleźć – często z rabatem czy bonusem i zawsze z gwarancją zwrotu pieniędzy, dzięki czemu nie ma ryzyka. Ponadto wszelkie darmowe artykuły i podcasty są po prostu dotowane dzięki takim układom, więc mogę pozwolić sobie na poświęcenie wielu godzin by pisać nowe artykuły bez konieczności pobierania opłat za informację. Biorąc to wszystko pod uwagę uważam, że jest to wyjątkowo dobry układ dla wszystkich.

Szczera prawda jest jednak taka, że chociaż lubię od czasu do czasu recenzować i polecać produkty, to nie chcę zmienić tego pojedynczego zajęcia w pełnoetatową karierę. Nie chcę, by mój blog stał się tylko stroną z rekomendacjami produktów. Możesz nie zdawać sobie sprawy z tego, że decydując się na rozwijanie innych zainteresowań, pozostawiam na stole sporo potencjalnego przychodu. Jestem pewien, że gdybym naprawdę chciał, to mógłbym zarabiać na tej stronie 5-10 razy więcej… właściwie z dnia na dzień. Zrobienie tego nie wymaga wiele myślenia. Zamiast polecać kilka produktów rocznie, mógłbym polecać nowy produkt co tydzień czy dwa. Z pewnością nie zabraknie mi produktów do wyboru. Ale żeby to osiągnąć, musiałbym zrobić jedną z dwóch rzeczy.

Pierwszą możliwością byłoby promować więcej produktów, niezależnie od tego, czy uważałbym, że są pod jakimkolwiek względem dobre. Istnieje wiele produktów wyrosłych na gładkim marketingu, które dobrze sprzedają się w sieci, ale zawarta w nich informacja to bezwartościowe śmieci. Nie musiałbym nawet przeglądać tych produktów, co zaoszczędziłoby mi mnóstwo czasu. Niektórzy wydawcy właściwie proponują mi gotowe listy polecające, a wszystko, co miałbym zrobić, to dopisać moje nazwisko i przesłać je dalej. Spotkasz wielu specjalistów od marketingu internetowego, którzy dokładnie to robią, dumnie polecając produkty, których nigdy nie wypróbowali, po prostu dlatego że wiedzą, iż na tym zarobią. Widuję te same listy polecające, które mi zaoferowano, w newsletterach innych ludzi. Ale nie przejmuj się – nie zobaczysz mnie na tej ścieżce. Osobiście nie jestem w stanie strawić myśli o zrobieniu czegokolwiek w tym stylu. Nie idzie to w parze z prawdą oraz miłością i jak dla mnie ma nieodpowiednią polaryzację. Chcę po prostu podzielić się spostrzeżeniem, że gdyby zarabianie pieniędzy zajmując się tylko jedną rzeczą było moim celem numer jeden, mógłbym to z pewnością zrobić. Ale myślę, że póki co będę trzymał się swojej duszy.

Skoro w sumie mogę odrzucić pierwszą możliwość, to drugą będzie recenzować o wiele więcej produktów. Można mieć nadzieję, że recenzując więcej produktów w krótszym czasie będę w stanie wyszukać więcej perełek. Gdybym nie zajmował się niczym innym poza testowaniem i polecaniem produktów przez cały czas pracy, prawdopodobnie mógłbym w ciągu roku znaleźć 20-30 naprawdę dobrych pozycji, które szczerze mogę polecać. Tylko, że to oznaczałoby, iż musiałbym porzucić wiele innych moich zainteresowań, a tego po prostu nie chcę robić, nawet, jeżeli wiązałoby się to z zarabianiem 10 razy więcej pieniędzy. Jestem szczęśliwszy zarabiając mniej i utrzymując dobrą równowagę zajęć, które sprawiają mi radość. Tak więc muszę odrzucić i tę możliwość, gdyż nie idzie w parze z miłością.

Chodzi mi o to, że nie musisz wcale wybierać tej drogi, która pozwala Ci zarobić najwięcej pieniędzy. Możesz kultywować wiele różnych zainteresowań i nadal znajdować kreatywną mieszankę, która pozwala Ci zarabiać pieniądze ORAZ utrzymać urozmaicony, dostatni styl życia ORAZ być szczęśliwym ORAZ robić różnicę. Podążanie za pieniądzem za wszelką cenę jest dużym błędem, zwłaszcza, gdy musisz poświęcić wiele z rzeczy, które uwielbiasz robić. Rób to, co kochasz, a dodatkowe pieniądze pozostaw na stole.

Spotkałem paru specjalistów od marketingu internetowego, którzy zeszmacą się by wypromować każdy lukratywny produkt, na jaki natrafią, dojąc ze swoich list mailingowych tyle pieniędzy, ile są w stanie, nie wypróbowując nawet produktów, które polecają. Są dumni z umiejętności manipulowania emocjami ludzi by skłonić ich do zakupu. Szczycą się tym, jak wiele pieniędzy zarabiają na wciskaniu przepłaconych bubli ludziom, którzy są zbyt łatwowierni by poznać coś lepszego. (Mogę zaświadczyć prawdziwość metki „bubel”, bo toaleta w moim biurze jest stale upaprana od spuszczania wielu produktów, które oni mi przysyłają.) Po krótkiej rozmowie z takimi ludźmi czuję się, jakbym zanurzył się w szlamie brudnej roboty. Co mam im powiedzieć? „Przepraszam, ale nie mogę pomóc w promowaniu waszych produktów na mojej stronie, bo jesteście źli.” Nie wiem, jak by to przeszło.

Na szczęście znalazłem dobry sposób na odpowiadanie takim ludziom. Mówię po prostu: „Intuicja w tym przypadku podpowiada mi żeby w to nie wchodzić, więc muszę zrezygnować.”. Naprawdę uwielbiam to zdanie, bo nie mają na to żadnej obrony, a co najlepsze – to czysta prawda. Kiedy mówię cokolwiek innego, zazwyczaj wskakują w „tryb przeciwko obiekcjom” i próbują mnie przekabacić. Ale nie mają żadnego sposobu by kłócić się z moją intuicją, bo są tak daleko od kontaktu z własną. (Jeżeli jesteś jednym z tych ludzi, którym zdarzyło się otrzymać ode mnie taką odpowiedź, nie musi to zazwyczaj oznaczać, że uważam, iż jesteś zły. To po prostu jedna z moich gotowych odpowiedzi, jakie daję na propozycje biznesowe, które muszę odrzucić.)

Kiedy spróbuję rzucić takim ludziom wyzwanie skorygowania ich kursu w zgodzie z prawdą i miłością, to ma czasami taki efekt uboczny, że chcieliby potraktować mnie mieczem świetlnym. W końcu znajdę sposób, by odwrócić jeden z nich. Tacy ludzie żyją w niezłej zgodzie z mocą, ale o czym nie wiedzą to to, że gdyby potrafili przekonać się ku zgodzie również z prawdą i miłością, staliby się jeszcze potężniejsi. Byliby też o wiele szczęśliwsi i bardziej spełnieni. To może brzmieć dziwnie, ale myślę właśnie o oferowaniu takim ludziom konsultacji by pomóc im przywrócić równowagę w życiu. Są na pozycji, z której mogą wywierać pozytywny wpływ na wielu innych ludzi, jeśli zabiorą się do tego w dobry sposób, więc udzielenie pomocy choćby jednemu z nich może mieć duże przełożenie na efekty. Ale oczywiście nie mógłbym tego zrobić… bo to oznaczałoby rozwijanie jeszcze jednego zainteresowania. <- Tak, to jest sarkazm!

No i to była zabawna styczna. Uch… nie próbuj mieszać matmy i humoru.

* * *

Jeżeli Twoją aspiracją jest zostać gwiazdą jednego hitu, rób wszystko, by to osiągnąć. W przeciwnym razie, zwróć uwagę, że – patrząc z perspektywy historii – ludzie rozwijali różnorodne umiejętności by zaspokoić swoje potrzeby. Przerost specjalizacji może być dobry dla korporacji, ale nie jest niczym wspaniałym dla świadomych istot ludzkich. Nawet farmer z 1850 r. prawdopodobnie wyprzedza Cię w konkurencji różnorodności umiejętności. Czy potrafisz spojrzeć na pusty skrawek ziemi i zbudować na nim własną samowystarczalną farmę oraz dom dla swojej rodziny, przy pomocy paru prostych narzędzi ręcznych? (Jeżeli na to pytanie możesz odpowiedzieć „tak”, to wpadnij tego lata do Las Vegas i udowodnij to!)

Następnym razem, kiedy ktoś poradzi Ci uspokoić się i zająć się tylko jedną rzeczą w swojej karierze, studiach czy jako źródle dochodu, polecam Ci odpowiedzieć w ten sposób: „Doceniam Twoją troskę, ale jako że nie podzielam Twojego marzenia zostania cenionym pudlem, muszę odrzucić Twoją radę jako kompletną głupotę.”

A potem wyzwij go na rundkę frisbee-golfa.

Źródło: What If You Have Many Different Interests and Cannot Commit to Any of Them?

Jak ustanawiać cele, które rzeczywiście osiągniesz?

Co takiego sprawia, że nie udaje nam się osiągać założonych celów z przyjemnością? Przede wszystkim ich niewłaściwy dobór. Taki problem pojawia się ze względu na to, że ludzie nienajlepiej pojmują naturę czasu. Rozważając dany cel często martwią się koniecznością zaangażowania na dłużej. Na przykład: jeżeli teraz otworzę własną firmę, mogą minąć całe lata zanim zacznie ona przynosić dochody. Albo: mam taką nadwagę, że wyrobienie odpowiedniej figury może zająć lata. Czy – jeżeli przerwę ten niezbyt dobry dla mnie związek, mogą minąć lata nim znów stanę na nogi. Tego typu myśli są oczywiście demotywujące, a co ważniejsze – wskazują na zupełne niezrozumienie natury czasu.

Cenimy swój czas, więc naturalnie staramy się korzystnie nim rozporządzać. Chcemy też cieszyć się chwilą obecną. W konsekwencji niechętnie przyjmujemy takie cele, których osiągnięcie może potrwać bardzo długo. Któż chce harować latami, z nadzieją że może kiedyś przyjdzie „lepsze jutro”? Większości z nas po prostu brakuje dyscypliny do realizacji takiego przedsięwzięcia – nawet jeżeli  na końcu tęczy rzeczywiście leży garnek złota. Nie o dyscyplinę tu jednak chodzi. Problemem jest błędne pojmowanie czasu.

Mamy skłonność do myślenia o czasie jak o zasobie, którym dysponujemy tak samo, jak na przykład pieniędzmi. Wykonanie jednogodzinnego zadania oznacza wydanie na nie jednej godziny. Jak więc wydajesz swój dzień? Jak zainwestujesz czas w ciągu następnych wakacji? A przez resztę roku? Czas to pieniądz, zasób jednorazowego użytku.

To jest jednak głupi i nietrafiony sposób myślenia o min. Czas nie jest zasobem. Nie możesz wydawać czasu. Czas wydaje się sam. Nie masz w tej kwestii nic do gadania. Czego byś nie robił, czas tak czy inaczej będzie upływał. Nieważne, czy przez następnych pięć lat zajmiesz się tą czy inną rzeczą. Tych pięć lat minie i tak.

Tak naprawdę nigdy nie znajdujesz się w przeszłości czy przyszłości. Istniejesz tylko w chwili obecnej. Nawet, jeżeli pamiętasz przeszłość czy wyobrażasz sobie przyszłość, te myśli i tak istnieją w teraźniejszości. Wszystko, co masz – to właśnie ten moment. I to jest wszystko, co kiedykolwiek będziesz miał. Nie możesz kontrolować upływu czasu, ale masz wpływ na kierowanie swojej uwagi w chwili obecnej. To wszystko. Nie przeszłość, nie przyszłość, tylko właśnie ta chwila.

Więc jeżeli istnieje tylko chwila obecna, to jaki sens ma rozważanie długoterminowych celów? Jak właściwie masz cokolwiek osiągnąć?

Po pierwsze, zrozum, że wszelkie osiągnięcia mogą zaistnieć jedynie w chwili obecnej, i tylko w chwili obecnej możesz się tymi osiągnięciami cieszyć. Nie możesz niczego osiągnąć ani niczym się cieszyć w przeszłości czy przyszłości, bo nigdy Cię tam nie ma. Oczywiste, no nie? Lecz ludzie zbyt często niewłaściwie się z tym faktem obchodzą. Bardzo ciężko jest osiągnąć cel oparty na nietrafnym modelu rzeczywistości – droga do niego to gwarancja ciągłej, uciążliwej walki.

Wartość ustanawiania celów nie polega na kontrolowaniu przyszłości. To byłoby bezsensowne, ponieważ przyszłość istnieje tylko w Twojej wyobraźni. Jedyna wartość ustanawiania celów kryje się w tym, że poprawia się jakość Twojej chwili obecnej. Odpowiedni cel może na przykład sprawić, że lepiej się w tej chwili skupisz. Kiedy ustanawiasz cel, rozważaj w jaki sposób polepsza Twoją bieżącą rzeczywistość. Jeżeli wybranie jakiegoś celu nie wywołuje pozytywnych efektów już w chwili obecnej, to jest on bezsensowny, a Ty możesz równie dobrze od razu o nim zapomnieć. Ale jeżeli odczuwasz większą jasność, skupienie i motywację kiedy tylko o nim pomyślisz – to masz coś, czego warto się trzymać.

Wiele osób ustanawia cele, a następnie wybiera taką drogę do nich, która wymaga cierpienia i poświęceń – recepta na porażkę. Lepszy pomysł jest taki, żeby ustanowić cel i obserwować, jakie efekty daje on w dniu dzisiejszym. Ustanawiaj cele, które owocują pozytywnymi efektami zawsze kiedy o nich myślisz, na długo przed pojawieniem się właściwych rezultatów. Traktuj ustanawianie celów jako sposób na polepszenie swojej bieżącej rzeczywistości, a nie na kontrolowanie przyszłości.

Przyjmijmy, że obierasz sobie za cel otwarcie własnej firmy. Wyobrażasz sobie pewien moment w przyszłości, kiedy cieszysz się byciem swoim własnym szefem, robieniem tego, co kochasz, i zarabianiem dużych pieniędzy. Nic w tym złego. Następnie myślisz ile będzie z tym pracy, o ryzyku na jakie się wystawisz – i o innych zniechęcających kwestiach. Porzuciłeś teraźniejszość i rozwodzisz się nad przyszłością, która jest tylko iluzją. Wróć do chwili obecnej i zdaj sobie sprawę, że nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Wymyślasz je tylko. Jakże głupie jest wymyślanie rzeczy, których nawet nie chcesz! A Twoja wyobraźnia tak czy inaczej nie jest bezbłędnym jasnowidzem.

Teraz spróbuj tego: pomyśl o otworzeniu własnej firmy i wyobraź sobie, jak świetnie będzie, gdy wszystko pójdzie gładko. Pozostań w teraźniejszości i rozważ, jak ten cel może podnieść jakość Twojego życia właśnie teraz. Nie za rok. Nie za pięć lat. Nawet nie jutro. Właśnie teraz, w tej dokładnie minucie. Jak działa dla Ciebie cel otworzenia własnej firmy – właśnie tu i teraz? Daje Ci nadzieję? Inspiruje Cię? Obiecuje rozwiązanie Twoich aktualnych problemów? Pozwól tym myślom zawirować przez chwilę w Twojej świadomości. Rozważ, jak cel otworzenia swojej własnej firmy polepsza Twoje życie właśnie teraz. I oczywiście – jeżeli nie widzisz żadnego postępu, zostaw ten cel i rozważ inny.

Pomyśl o paru celach, jakie mógłbyś przed sobą postawić, gdyby nie skupianie się na wyimaginowanych przeszkodach. Czy chcesz zrzucić parę kilogramów? Cieszyć się nowym związkiem? Bardziej satysfakcjonującą karierą? Przestań wyobrażać sobie złe wieści i nieszczęścia na drodze do celu i po prostu skup się na tym, jak każdy z tych pomysłów może polepszyć Twoją aktualną rzeczywistość. Co daje Ci właśnie teraz myśl o dobrej kondycji fizycznej? Co daje Ci właśnie teraz myśl o znalezieniu drugiej połówki? Co daje Ci właśnie teraz myśl o satysfakcjonującej karierze?

Myśląc jak Twoje cele polepszają aktualną rzeczywistość, poczujesz w końcu motywację do działania. Jednocześnie zaczniesz przyciągać zasoby, które pomogą Ci je osiągnąć. Nie potrzeba się zmuszać – odkryjesz, że w naturalny sposób ciągnie Cię do działania, dopóki tylko pilnujesz by skupiać się na teraźniejszości. Kiedy myślisz o celu w sposób, który od razu budzi Twoją motywację, to naturalne że zaczniesz podejmować stosowne działania.

Kiedy ustanawiasz cele, które podnoszą jakość Twojej aktualnej rzeczywistości, to cóż z tego ile czasu zajmie osiągnięcie ostatecznego rezultatu? Czy zajmie to tydzień, czy pięć lat – nieistotne. Cała droga to radość i zabawa. Co ważniejsze, czujesz się szczęśliwy i spełniony właśnie teraz. Dzięki temu chętniej podejmujesz przyjemne działania, więc jesteś też bardziej produktywny.

Do dowolnego celu możesz wyobrażać sobie drogę pełną poświęceń i cierpienia, skupiając się na iluzji przyszłości, albo też możesz pozwolić, by ten cel wywołał w aktualnej rzeczywistości zastrzyk nowej nadziei, entuzjazmu i motywacji. Nawet, jeżeli wygląda to jak ustanawianie celów na przyszłość, to tak naprawdę mowa o teraźniejszości. Im lepiej to zrozumiesz, tym łatwiej i przyjemniej osiągniesz swoje cele.

Jeżeli przyswoisz sobie ten sposób myślenia, to zauważysz że ustanawiasz cele innego typu. Rozmiar i zasięg celu przestanie mieć znaczenie. Najważniejszym czynnikiem będzie to, jaki efekt dany cel wywiera na chwilę obecną kiedy o nim myślisz. Jak już rzeczywiście załapiesz tę koncepcję, w miejsce zbioru niezwiązanych ze sobą celów i priorytetów zaczniesz budować misję na całe życie. Nie ma nawet znaczenia, czy tę misję da się zrealizować w czasie Twojego życia. Co się liczy, to wpływ jaki wywiera na Twoją bieżącą rzeczywistość. Więc przyjmuj sobie spokojnie naprawdę wielką misję, nawet taką, jaka może być niewykonalna w Twoim życiu, o ile tylko misja ta inspiruje Cię i motywuje. Jeżeli misja jest tak poważna, że pozbawia Cię sił, porzuć ją. Ale kiedy naprawdę Cię inspiruje, podążaj za nią.

Zalecam, byś zapomniał o systemach celów typu „W.A.R.T.O”. W.A.R.T.O. = wartościowe, ambitne, realne, terminowe, określone ilościowo (istnieją różne wariacje na ten temat). Takie model może brzmią inteligentnie, ale opierają się na nietrafnym pojmowaniu czasu. Zamiast myśleć o swoich celach jako o umocowanych czasowo projektach, rozważaj każdy cel w świetle efektu wywieranego na aktualnej rzeczywistości.

Wiem, że to zupełnie inny sposób myślenia o celach. To całkiem naturalne, że możesz mieć pewne opory przed nim, zwłaszcza jeżeli model umocowanego czasowo ustanawiania celów jest głęboko zakorzeniony w Twoim myśleniu. Zadaj więc sobie takie pytanie: jak dobrze działa dla Ciebie aktualny sposób ustanawiania celów? W skali od 1 do 10 – jak oceniłbyś swoją skuteczność w ustanawianiu i osiąganiu znaczących celów? Byłbym zaskoczony, gdybyś był powyżej 5. Zmuszanie siebie do stania się lepszym to nie jest rozwiązanie. Cały ten wzorzec jest przede wszystkim wadliwy. To tak jakby próbować pchać wózek z kwadratowymi kółkami. Nie potrzebujesz pchać mocniej – potrzebujesz wózka z okrągłymi kółkami. Wózek z kwadratowymi kółkami wygląda naprawdę zgrabnie, a z kiedy spojrzeć z pewnej perspektywy, to wydaje się, że powinien funkcjonować w porządku. Ale rzeczywistość sama w sobie jest ostatecznym sędzią.

Źródło: How to Set Goals You Will Actually Achieve

10 Mitów o Prowadzeniu Własnej Firmy

Mój artykuł „10 Powodów By Nigdy Nie Wylądować Na Etacie” szybko stał się bardzo popularny, doszedłem więc do wniosku, że miło byłoby napisać również nieco o realiach samozatrudnienia. Jako że funkcjonuje tak wiele mitów o samozatrudnieniu (szczególnie wśród ludzi będących przez całe życie pracownikami), dobrym punktem wyjścia może być obalenie kilku z tych mitów.

Swój pierwszy biznes rozpocząłem zaraz po skończeniu studiów (ukończyłem je w grudniu 1993 r.) i od tamtego czasu nieprzerwanie jestem samozatrudniony. Jedyny raz gdy kiedykolwiek byłem pracownikiem miał miejsce w trakcie studiów, gdy przez pół roku pracowałem na część etatu jako współpracownik w sprzedaży detalicznej.

1. Prowadząc własny biznes pracujesz bardzo długo każdego dnia.

Wielu samozatrudnionych pracuje dłużej niż pracownicy. Niektórym ich praca sprawa tyle frajdy, że po prostu chcą pracować dłużej. Niektórzy tak konstruują swoje biznesy, że ich fizyczna obecność jest niezbędna aby generować przychód. Tak czy inaczej wciąż jest to wybór, bo to Ty decydujesz, jak wszystko będzie zorganizowane.

Wielu samozatrudnionych otwiera firmy gdzie otrzymują pieniądze tylko wtedy, kiedy pracują, jak na przykład adwokat który otwiera kancelarię i rozlicza swoich klientów według pewnej stawki godzinowej. Kiedy adwokat jest w domu, nie uzyskuje żadnego przychodu.

Tyle, że nie ma żadnego „prawa samozatrudnienia” które mówiłoby, że musisz otworzyć taki biznes, który daje przychód tylko wtedy, kiedy pracujesz. Jeżeli otwierasz firmę tego typu, tak naprawdę tworzysz tylko etat dla siebie. Ja wolę myśleć o samozatrudnieniu w kategoriach budowania systemów. Budujesz dochodowe systemy, które przynoszą Ci pieniądze, których jesteś właścicielem i które kontrolujesz. To tak, jakbyś miał własną kurę znoszącą złote jajka – i to właśnie w ten sposób działa.

Konieczność pracowania przez długie godziny jest głównie efektem tego, jakiego typu biznes tworzysz, jak i Twojego osobistego wyboru. Jeżeli nie lubisz pracować godzinami, to z pewnością wcale nie musisz.

2. Jedyny powód budowania biznesu to taki, by go sprzedać.

Tak brzmi ulubione stwierdzenie Michaela Gerbera, autora książki „E-Myth Revisited” i różnych innych „E-Myth”. Podczas gdy oczywiście możesz budować biznes by go sprzedać czy wejść na giełdę, możesz również budować biznes żeby zatrzymać go dla siebie. W rzeczywistości zupełnie słusznym jest zbudowanie biznesu, prowadzenie go przez jakiś czas, a następnie po prostu zlikwidowanie go.

Jako osoba samozatrudniona masz wolność budowania biznesu jakiegokolwiek typu chcesz. Ty jesteś szefem. Jeżeli chcesz zbudować biznes, żeby go sprzedać – zrób to. A jeśli chcesz mieć po prostu źródło dochodu, które nie wymaga od Ciebie pracy na etacie, to też jest w porządku. Nie ma zasady, która mówiłaby, że musisz zbudować firmę, która będzie pomnikiem ludzkiego geniuszu.

Wielu ludzi znajduje przyjemność w „przedsiębiorczości seryjnej”. Rozpoczynają jakiś biznes, prowadzą go przez jakiś czas, po czym albo sprzedają, albo zwijają manatki. A potem powtarzają cały proces.

Można też prowadzić wiele biznesów równocześnie. Może to wyglądać na zbyt skomplikowane, ale kiedy już prowadzisz jedną firmę od dziesięciu czy więcej lat, nie będzie dla Ciebie niczym trudnym powtórzenie tego procesu i stworzenie kolejnej. Taka różnorodność może być fajna, o ile tylko nie przesadzisz.

3. Samozatrudnienie jest o wiele bardziej ryzykowne niż wzięcie etatu.

Bezpieczeństwo wynika z kontroli, a samozatrudnienie daje Ci o wiele więcej kontroli nad Twoim przychodem, niż w przypadku zwykłej pracy. Kiedy jesteś samozatrudniony, nikt nie może Cię zwolnić. Co jest bezpieczniejsze – posiadanie własnego źródła dochodu, czy wynajmowanie go? Oczywiście, że posiadanie.

Kiedy potrzebujesz szybko zarobić dodatkową gotówkę, ciężko jest to zrobić, będąc pracownikiem. Jako właściciel kontrolujący wszystkie aktywa firmy, możesz przekierować środki by zwiększyć swój przychód w razie potrzeby. Posiadanie kontroli robi dużą różnicę.

Pracownicy biorą na siebie największe ryzyko ze wszystkich. Dowiadujesz się, jak jest to ryzykowne, gdy niespodziewanie słyszysz słowa: „zwalniamy Cię”, kiedy właściciele cieszą się rekordowymi zyskami.

4. Samozatrudnienie oznacza postawienie wszystkiego na jedną kartę.

Zadaj sobie takie pytanie: ilu ludzi musiałoby się od Ciebie odwrócić, by pozbawić Ciebie całego dochodu? Dla pracowników odpowiedź zazwyczaj brzmi: jeden. Jeśli szef Cię zwalnia, natychmiast tracisz swój dochód. Nieważne, czy było to uzasadnione, czy nie – Ty doznajesz całkowitej utraty dochodu niezależnie od przyczyn. I właśnie to jest stawianie wszystkiego na jedną kartę.

Jako samozatrudniony natomiast możesz z łatwością zróżnicować swoje źródła dochodu i w ten sposób zmniejszyć ryzyko. Posiadasz niezbędną kontrolę by móc do tego doprowadzić. Uzyskiwanie różnego rodzaju dochodów od tysięcy klientów jest o wiele bardziej bezpieczne niż otrzymywanie tylko jednej wypłaty.

Razem z Erin mamy około dziesięciu rodzajów dochodu, m.in. z bezpośredniej sprzedaży, sprzedaży poprzez dystrybutorów, mamy zyski z reklam, programów partnerskich, honoraria za doradztwo itd. Nawet gdyby nasze największe źródło dochodu zostało natychmiast odcięte, my mielibyśmy się zupełnie dobrze.

5. Bycie samozatrudnionym jest bardzo stresujące.

Stresująca jest niemożność powiązania końca z końcem, czy jesteś pracownikiem, czy samozatrudnionym. Ale przyjmując ten sam poziom życia i dochodu – myślę, że samozatrudnienie jest mniej stresujące, bo cieszysz się większą kontrolą. Nie mieć kontroli nad swoim czasem i życiem – to jest stresujące. Gdy masz wolność mówienia „nie”, możesz dużo łatwiej kontrolować swój stres.

Samozatrudnienie może być bardzo bezstresowe, jeżeli zdecydujesz się zorganizować je w ten sposób. Możesz zmienić swoje biuro w relaksujące miejsce pracy. Możesz ustalić własny grafik. Jeśli poczujesz, że pojawia się stres, możesz zrobić sobie przerwę na relaks. Nikt nie może zmusić Cię do zrobienia czegokolwiek, czego nie chcesz robić.

6. Klient ma zawsze rację.

Kiedy jesteś samozatrudniony, nie krępuj się i pozbywaj się klientów, którzy sprawiają Ci kłopoty. Niektórzy klienci po prostu nie są warci tego, by się nimi zajmować.

Wraz z Erin w ciągu ostatnich 11 lat mieliśmy do czynienia z tysiącami klientów, i niemal wszyscy z nich byli świetni. Ale od czasu do czasu odrzucaliśmy klienta i odmawialiśmy robienia jakichkolwiek dalszych interesów z tą osobą. Rzadko dochodziliśmy do wniosku, że to konieczne – ale to się zdarza.

Radzę sobie nieźle z krytyką, ale klient przekracza moje granice gdy zaczyna zachowywać się opryskliwiey, ubliża czy grozi. Niektórym ludziom wydaje się, że gdy zachowują się jak bydło, to dowolna firma za wszelką cenę będzie starała się im pomóc. Ale motto mojej obsługi klienta brzmi: nie ma uprzejmości – nie ma obsługi.

Kiedy jesteś samozatrudniony, nie ma potrzeby by robić interesy z ludźmi, którzy uważają, iż ich przywilejem jest traktowanie Ciebie jak śmiecia. Nie będziesz zmuszony do wątpliwej przyjemności posiadania takich klientów, czy czytania laurek, jakie mają oni w zwyczaju wysyłać. Przy okazji – odsyłanie takich klientów do konkurencji to niezła zabawa!

7. Samozatrudnienie oznacza samotność.

Wielu pracowników uważa, że cieszą się bogatym życiem towarzyskim, podczas gdy wszystko, co w tym zakresie robią, to wychodzenie ze swoimi współpracownikami. Z początku to jest w porządku, ale po jakimś czasie może zrobić się dość nudne. Z drugiej strony, myślę, że samozatrudnionym łatwiej jest dostrzec potrzebę aktywności społecznej poza pracą. W najgorszym razie spotykanie się z ludźmi z branży może być umotywowane potrzebą współpracy i uczenia się od innych przedsiębiorców.

Kiedy jesteś samozatrudniony, wcale nie musisz być odizolowany i samotny, o ile tylko poświęcasz czas na poszukiwanie innych możliwości udzielania się towarzysko. Ja osobiście uwielbiam spotykać się z innymi samozatrudnionymi. Tacy ludzie mają w sobie pewną energię i proaktywność, którą rzadko widzę u pracowników.

Ze zwykłą pracą masz w komplecie trochę towarzystwa, ale jeśli się nad tym zastanowisz, zauważysz, że jest to bardzo ograniczone. Pracownik może zostać wylany za nadmierną towarzyskość w pracy. Ale samozatrudniony może swobodnie udzielać się towarzysko kiedy tylko chce.

Samozatrudnienie może być cudowne przy pierwszych etapach randkowania, zwłaszcza, gdy oboje jesteście samozatrudnieni. Gdy zaczęliśmy się spotykać z Erin, często wpadałem rano do niej do domu i spędzaliśmy razem pół dnia. To pozwoliło naszemu związkowi na szybszy rozwój, i po trzech miesiącach zamieszkaliśmy razem. Pewnie, że nie pracowałem tak ostro w tamtym czasie, ale samozatrudnienie dało mi możliwość postawienia mojego życia towarzyskiego przed pracą.

8. Samozatrudnieni muszą wszystko robić sami.

Samozatrudnieni mogą być odpowiedzialni za upewnienie się czy wszystko jest zrobione, ale zazwyczaj byłoby dla nich głupim rozwiązaniem robienie wszystkiego samemu. To byłoby o wiele za dużo pracy.

Erin posiada i prowadzi VegFamily Magazine, ale nie wykonuje sama pracy związanej z wydaniem każdego numeru. Ma zespół autorów którzy tworzą treść i redaktora zarządzającego, który czuwa nad szczegółami każdego wydania. Erin zaprojektowała i stworzyła system, ale inni ludzie prowadzą go dla niej.

Ty nie musisz nawet projektować własnego systemu, jeżeli potrafisz wykorzystać czyjś. Ja generuję przychód z reklam na tej stronie, ale znaczna większość reklam jest wyświetlana przez Google Adsense. Nie sprzedaję reklam i nie handluję z reklamodawcami – tym wszystkim zajmuje się Google. Gdybym miał osobiście sprzedawać każdą reklamę, to byłoby szaleństwo… o wiele za dużo pracy bym mógł udźwignąć ją sam.

9. Samozatrudnienie jest zbyt skomplikowane.

Samozatrudnienie może wyglądać skomplikowanie, bo wiele trzeba się z początku nauczyć, m.in. kwestii związanych z księgowością, podatkami, płacami, zagadnieniami prawnymi, ubezpieczeniami itd. Opanowanie podstaw zajmuje trochę czasu, ale większość z tego nie jest specjalnie trudna. Weź sobie po prostu dobrą książkę na ten temat – już jesteś gotów na wielkie otwarcie. Polecam zdobycie ezgemplarza „Small Time Operator”.

Nie pozwól, by zniechęciły Cię początkowe trudności. Potrzebujesz nauczyć się tego wszystkiego raz… i tylko przy pierwszym biznesie. Gdy później będziesz otwierał kolejny biznes, rozkręcisz go dużo szybciej.

Jeśli wszystko ustawisz właściwie, bieżące utrzymanie biznesu nie powinno być wielką zmorą.

10. Potrzeba góry pieniędzy by otworzyć nową firmę.

To zależy od firmy. Biznes internetowy możesz możesz otworzyć za bardzo małe pieniądze, gdyż domeny i hosting są tanie jak barszcz. Na opłacenie całego pierwszego roku wystarczy mniej niż stówa.

Ja w swój pierwszy biznes z grami zainwestowałem w 1994 r. 20 tys. dolarów własnej gotówki, ale była to dla mnie ważna lekcja, bo pieniądze rozeszły się zbyt szybko. Dlatego gdy rozpoczynałem ten biznes związny z rozwojem osobistym, zdecydowałem się zrobić to tak tanio, jak będzie to możliwe. Wydałem tylko 9 dolarów (aby zarejestrować domenę) i przyjąłem zasadę, że wszelkie inne wydatki będą pokrywane tylko z dochodu. Przez pierwsze cztery miesiące nie zarabiałem żadnych pieniędzy, ale po 22 miesiącach biznes przynosi mi około 9000 dolarów miesięcznie. Jestem zadowolony z tego wyniku, ale nie zaszedłem wciąż specjalnie daleko względem swoich planów, więc w żadnym wypadku nie jest to jeszcze koniec.

Nie sugeruję, że byle idiota może wystartować z porządnym przychodem na samozatrudnieniu za cenę biletu do kina – zwróciłeś uwagę, że moja strona zatytułowana jest: „Rozwój Osobisty dla Sprytnych Ludzi”, prawda? Chodzi po prostu o to, że nie musisz ładować życiowych oszczędności w swój pierwszy biznes. Potrzebujesz jednakże inteligentnego sposobu na dostarczanie ludziom wartości. Fajną sprawą w biznesach internetowych jest to, że możesz wykreować wartość (jak na przykład artykuł) inwestując konkretną ilość czasu, a technologia może dostarczać tę wartość miliony razy nie kosztując Cię dodatkowego czasu czy pieniędzy. Inwestujesz niewiele czasu i pieniędzy w początkowe stworzenie wartoścu, ale otrzymujesz pieniądze za ciągłe dostarczanie wartości. Technologia wykonuje większość pracy, nie kosztując właściwie nic, a Ty otrzymujesz pieniądze za wyniki jej pracy (znacząco więcej niż nic).

W przeciwieństwie do samozatrudnionych, pracownicy zazwyczaj nie są opłacani za stałe dostarczanie swojej wartości. Płaci im się stałą stawkę czy jednorazowe honorarium, podczas gdy pracodawca zbiera plony bez końca. Pracownicy są bardzo szczodrzy dla swoich pracodawców.

Spróbuj sam

Mam nadzieję, że pomogłem obalić parę powszechnych mitów na temat samozatrudnienia. Tego typu irracjonalne obawy nie odzwierciedlają rzeczywistości. Oczywiście jedynym sposobem, by naprawdę zrozumieć samozatrudnienie jest doświadczyć go samemu.

Poznałem w swoim życiu całkiem spora liczbę samozatrudnionych ludzi, i nigdy nie spotkałem się z sytuacją by ktokolwiek z nich powiedział, że zostanie samozatrudnionym było błędem i żałuje że zamiast tego nie został pracownikiem etatowym – nawet, gdy biznes nie kręcił się za dobrze. Samozatrudnienie jest potężnym narzędziem dla osobistego rozwoju, a największa wartość często pochodzi z umiejętności i wiedzy o samym sobie, które zdobywasz po drodze. Jak wielu innych samozatrudnionych, prędzej zrezygnowałbym ze wszystkich swoich biznesów niż z lekcji, których nauczyłem się budując je.

Źródło: 10 Myths About Self-Employment

10 Powodów By Nigdy Nie Wylądować Na Etacie

Tak dla zabawy spytałem ostatnio Erin: “Skoro dzieciaki są teraz na koloniach,  może tak poświęciłabyś trochę czasu sobie i znalazła wreszcie pracę? Już nie mogę patrzeć, jak siedzisz tyle czasu na bezrobociu.”

Uśmiechnęła się i powiedziała: “Wow. Już bardzo długo jestem bezrobotna. Dziwne… podoba mi się to!”.

Żadne z nas nie było na etacie od lat ’90 (mój jedyny raz zdarzył się w 1992), także jesteśmy samozatrudnieni już kawałek czasu. U nas w domu funkcjonuje taki żart – jedno mówi do drugiego: “A może poszukasz sobie pracy, wykolejeńcu?”.

W komedii „The Three Stooges” była taka scena, gdzie Moe mówi Curlyemu, żeby znalazł sobie pracę, a Curly wycofuje się, mówiąc: “Nie, proszę… tylko nie to! Wszystko, tylko nie to!”.

To zabawne, że gdy ludzie osiągają pewien wiek, powiedzmy – po skończeniu szkoły, zakładają, że teraz właśnie przyszedł czas by pójść poszukać sobie pracy. Tyle, że tak jak z wieloma rzeczami robionymi przez masy, to, że wszyscy tak robią, nie oznacza, że jest to dobry pomysł. W rzeczywistości, jeżeli jesteś w miarę inteligentny, znalezienie się na etacie jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie możesz dla siebie zrobić. Istnieją o wiele lepsze sposoby na życie od sprzedawania siebie w zakontraktowaną niewolę.

Oto kilka powodów, dla których powinieneś zrobić wszystko co w Twojej mocy, by uniknąć wylądowania na etacie:

Continue reading

Ciężka Praca

Literatura sukcesu od setek lat chwali korzyści płynące z ciężkiej pracy. Ale czemu tak się dzieje, że dla niektórych ludzi określenie „ciężka praca” wydaje się być w dzisiejszych czasach brzydkim słowem?

Ja definiuję „ciężką pracę” jako pracę, która jest ambitna, stanowi wyzwanie. Zarówno ciężka praca, jak i pracowanie ciężko (np. poświęcanie odpowiedniej ilości czasu by wykonać zadanie) są niezbędne do osiągnięcia sukcesu.

Problem pojawia się, gdy ludzie uważają ambitną pracę za coś bolesnego i niedogodnego. Czy ambitna praca koniecznie musi być bolesna? Nie, oczywiście, że nie. W rzeczywistości, największym kluczem do sukcesu jest nauczenie się czerpania radości z ambitnej pracy ORAZ czerpania radości z pracowania nad nim ciężko.

Dlaczego ambitna praca? Ponieważ ambitna, inteligentnie dobrana praca się opłaca. To właśnie jej ludzie o słabym charakterze będą unikali. I jeśli według Ciebie próbuję stwierdzić, że ktoś unikający ambitnej pracy ma coś nie tak z charakterem, to masz rację… i mowa tu o naprawdę poważnym problemie. Jeżeli unikasz ambitnej pracy, unikasz robienia tego, co prowadzi do sukcesu. Jak chcesz utrzymać siłę mięśni czy ostrość umysłu, to musisz rzucać im wyzwania. Zajmowanie się tylko łatwymi rzeczami prowadzi do fizycznej i mentalnej słabizny i bardzo miernych wyników, a następnie do marnowania ogromnych ilości czasu i energii na usprawiedliwianie czemuż to ta słabizna jest w porządku – zamiast ruszenia zadka i wzięcia za jakieś prawdziwe wyzwanie.

Rozwiązywanie problemów buduje charakter, dokładnie tak, jak dźwiganie ciężarów buduje mięśnie. Kto unika wyzwań, rezygnuje z rozwoju swojego charakteru.

Jasne, że z natury unikamy bólu, więc gdy zadanie wygląda nam na czystą boleść, z pewnością będziemy trzymać się z dala. Tylko że zachowując się w ten sposób unikamy też ważnych okazji do budowania charakteru, samego w sobie będącego ogromnie trudnym zadaniem. Tak więc zamiast bać się wyzwań, musimy nauczyć się je kochać całkiem tak, jak kulturysta uczy się kochać ból przy „jeszcze jednym powtórzeniu” rozrywającym włókna mięśni, które następnie odrastają silniejsze. Kiedy unikasz bólu, tracisz okazję do rozwoju. Taka jest prawda zarówno w odniesieniu do budowania mięśni, jak i budowania charakteru.

Choć powszechnie przyjęta filozofia każe płynąć z prądem, wadą takiego przekonania jest konieczność oddania temuż prądowi kontroli nad naszym życiem. No i OK, dopóki nie masz nic przeciwko biernemu pozwalaniu by życie po prostu Ci się przydarzało. Jeśli czujesz, że jesteś tu aby przez swoje życie być niesionym, a nie prowadzić i napędzać je, musisz też polubić i zaakceptować ścieżki którymi Cię ten prąd prowadza. A czasami prąd nie płynie w najzdrowszym kierunku. Możesz dać mu się nieść i skończyć w całkiem schrzanionej sytuacji, jeśli w razie konieczności nie weźmiesz steru we własne ręce.

Z drugiej strony, istnieje alternatywny sposób spojrzenia na życie: z Tobą jako kierującą nim siłą. Ty tworzysz i sam kontrolujesz ten prąd. Jest to bardziej wymagające, ale i daje dużo więcej satysfakcji. Nie jesteś ograniczony jedynie do  doświadczeń doznawanych biernie czy bezboleśnie – teraz możesz mieć więcej tego, czego chcesz, będąc gotowym na zaakceptowanie i podjęcie większych wyzwań.

Gdybym tylko płynął lekko z prądem mojego życia, to nie nauczyłbym się nigdy czytać, pisać czy korzystać z komputera; to wszystko były wyzwania przy których czułem, że idę pod prąd względem tego, co było proste i naturalne. Nie ukończyłbym żadnych studiów. Nie otworzyłbym własnego biznesu. Z pewnością nie stworzyłbym żadnego oprogramowania. Nie ma opcji żebym przebiegł maraton – człowiek na takie pomysły nie wpada „z prądem”. A już bez najmniejszej wątpliwości nie dawałbym żadnych publicznych przemówień. Ten blog również by nie istniał; to zdecydowanie jest coś stworzonego dzięki rozpędzonej energii, a nie powolnemu dryfowi.

Wierzę, że w życiu niesie nas czasem pewien niewidoczny prąd, ale ja widzę siebie jako jego współtwórcę. Mogę płynąć z prądem, gdy kieruje się on tam, dokąd chcę zmierzać, albo mogę wyjść na brzeg i wytyczyć własny szlak, gdy jest to konieczne.

Kiedy weźmiesz się do roboty i nauczysz się patrzeć na siebie jak na kapitana swojego życia, zamiast jego biernej ofiary, wtedy łatwiejsze stanie się podejmowanie poważnych wyzwań i znoszenie trudów, których czasami one wymagają. Przyjemność z rozwijania charakteru przewyższa dla Ciebie drobne niedogodności, jakich przy tej okazji doświadczasz. Przyzwyczajasz się do coraz dłuższego przebywania czasu poza strefą komfortu. Ciężka praca jest czymś, na co czekasz, bo wiesz że będzie prowadzić do ogromnego wzrostu. I w końcu rozwijasz dojrzałość i odpowiedzialność pozwalającą zrozumieć, że pewne cele nigdy nie zmaterializują się ot tak po prostu w Twoim życiu; zdarzą się tylko wtedy, gdy Ty będziesz aktywnie działać jako siła prowadząca do ich osiągnięcia.

Kiedy stajesz przed stwierdzeniem: „Jeśli zawsze będę unikał ciężkiej pracy, nigdy w życiu nie doświadczę X, Y czy Z.”, trochę łatwiej jest pojąć korzyści z ciężkiej pracy. Co na przykład stracisz? Prawdopodobnie nigdy nie przebiegniesz maratonu, nie poślubisz partnera swoich marzeń, nie zostaniesz multimilionerem, nie będziesz nic naprawdę znaczył na świecie itd. Będziesz musiał zadowolić się tylko tym, co może zapewnić płynięcie z prądem, to znaczy – miernością. Po prostu zajmiesz trochę miejsca i umrzesz, nic tak naprawdę nie znacząc. Świat będzie właściwie taki sam, jak gdybyś nigdy nie istniał (nie bacząc na teorię chaosu).

Jeżeli chcesz osiągnąć pewne naprawdę poważne i interesujące cele, musisz nauczyć się miłości do ciężkiej pracy. Ciężka praca robi różnicę. Jest tym, co odróżnia dzieci od dojrzałych dorosłych. Możesz dalej żyć jak dziecko z desperacką nadzieją, że życie zawsze będzie łatwe – tylko że w takim wypadku utkniesz w dziecięcym świecie, pracując na realizację celów innych ludzi zamiast swoich, czekając aż nadarzą Ci się okazje zamiast tworzyć własne, i wykonując pracę, która w wielkim planie tego świata po prostu nie jest istotna.

Gdy uczysz się akceptować ciężką pracę zamiast od niej uciekać, zyskujesz umiejętność realizowania swoich wielkich celów, nieważne czego by wymagało ich osiągnięcie. Przebijasz się przez przeciwności, które zatrzymują innych, słabszych w swoich postanowieniach. Ale co doprowadza Cię do tego punktu? Co sprawia, że przyjmujesz ciężką pracę?

Twoje przeznaczenie.

Kiedy żyjesz z myślą o wielkim celu, ciężka praca nie jest opcją. Jest koniecznością. Gdy Twoje życie nie ma prawdziwego przeznaczenia, możesz unikać ciężkiej pracy i nie będzie miało to znaczenia, bo zdecydowałeś że Twoje życie samo w sobie tak czy inaczej nic nie znaczy. Więc kogo obchodzi czy pracujesz ciężko czy wybierasz łatwą ścieżkę? Ale jeśli znalazłeś poważne przeznaczenie dla swojego życia, wypełnienie go będzie wymagało ciężkiej pracy – bo każdy sensowny cel będzie jej wymagać. Musisz więc przyznać przed sobą że spełnisz swoje przeznaczenie tylko akceptując ciężką pracę. I właśnie to wynosi Cię ponad strach i ego, ponad to zapłakane małe dziecko które myśli, że przed ciężką pracą trzeba wiać gdzie pieprz rośnie. Gdy poprowadzi Cię przeznaczenie potężniejsze od Ciebie, zaakceptujesz ciężką pracę z czystej konieczności. Dziecko zmienia się w dojrzałego dorosłego, który przyjmuje odpowiedzialność za wykonanie swojej roboty, bo wie, że bez pełnego poświęcenia i ogromu ciężkiej pracy nigdy tego nie osiągnie.

Pragnienie pokonuje przeciwności.

Pokaż mi osobę, która unika ciężkiej pracy, a ja pokażę Ci kogoś, kto nie odnalazł jeszcze swojego przeznaczenia. Ponieważ ten, kto zna swoje przeznaczenie, akceptuje ciężką pracę. On chętnie płaci tę cenę.

Jeśli nie znasz jeszcze swojego przeznaczenia, to w świecie dojrzałych istot ludzkich nic jeszcze nie znaczysz. Jesteś jak rupieć płynący rzeką, której prąd tworzą ludzie żyjący z przeznaczeniem. I w głębi siebie już to wiesz, prawda? Jeśli chcesz mieć znaczenie na świecie, to cenę stanowi ciężka praca. Nie ma żadnych skrótów.

Przeznaczenie i ciężka praca to kumple. Przeznaczenie odpowiada na pytanie: dlaczego. Ciężka praca mówi – jak. Przeznaczenie jest tym, co zmienia zwykłą pracę w pracę pełną miłości. Przeobraża ból ciężkiej pracy w przyjemność wyższego poziomu płynącą z poświęcenia, zaangażowania, zdecydowania i pasji. Zmienia ból w siłę, aż do punktu gdzie nie czujesz już bólu – tak bardzo cieszysz się siłą.

Raz jeszcze – to wszystko sprowadza się do przeznaczenia. Stwórz przeznaczenie dla swojego życia i żyj nim każdego dnia. Wtedy wiele innych nawyków sukcesu, jak ciężka praca i pracowanie ciężko pojawi się automatycznie na swoich miejsca. Zrozum dlaczego. Dlaczego jesteś tutaj? Co znaczy Twoje życie? To jest ostateczny test Twojej wolnej woli.

Źródło: Hard Work