Steve Pavlina: rozwój osobisty człowieka rozumnego - po polsku!

Trochę do poczytania o rozwoju osobistym i świadomym życiu. Ze szczególnym uwzględnieniem odkrywania sensu swojego życia i budzenia odwagi by podążać jego drogą. Za darmo.

Category: Rozwiązywanie problemów

Zmiana nawyku jest jak szachy

W szachach mamy otwarcie, grę środkową i końcową. Tak samo jest w przypadku zmiany nawyku.

Wiele osób próbuje zmienić swoje nawyki, przechodząc wprost do gry końcowej. Rzucają się na głęboką wodę i obiecują sobie wprowadzić zmianę natychmiast. Właśnie to się dzieje, kiedy ludzie robią sobie „noworoczne postanowienia”. To praktycznie nigdy nie działa.

Mat szewski

Podjęcie próby zmiany nawyku z dnia na dzień przypomina próbę wykonania szewskiego mata w szachach. Szewski mat to strategia osiągnięcia mata w jedynie czterech ruchach. Działa tylko przeciwko kompletnym nowicjuszom. Przeciwko graczowi z choćby minimalnym doświadczeniem mat szewski nie ma szans. Spartaczony szewski mat stawia Cię w niekorzystnym położeniu, dlatego próbowanie go jest zazwyczaj złym pomysłem, o ile nie grasz przeciwko zupełnemu początkującemu.

Czy stosujesz strategię szewskiego mata podczas próby zmiany starych nawyków czy przyjęcia nowych? Ustawiasz się do strzału tylko po to, by odkryć, że to Twoja próba została odstrzelona?

Kiedy próbujesz zmienić nawyk bez poświęcenia wystarczającej ilości czasu na otwarcie i środkową grę, prawie zawsze w tej próbie upadniesz. Tylko bardzo proste nawyki poddadzą się tej strategii ataku siłowego.

Otwarcie gry w przypadku zmiany nawyku polega na zdobyciu wiedzy i przygotowaniu się. W grze środkowej wprowadzasz pewne zmiany, które wesprą zmianę nawyku. Jedynie w grze końcowej strzelasz do celu.

Gra otwarcia

W początkowej grze w szachach Twoim celem jest przygotować figury na sukces. Wychodzisz figurami w pole. Rozwijasz stabilną strukturę pionków. Przejmujesz kontrolę nad środkiem szachownicy. Naciskasz nieco na figury przeciwnika. Bronisz swojego króla. Celem początkowej gry jest wystartować z mocnym rozpoczęciem, dzięki któremu masz nadzieję uzyskać przewagę. Gra końcowa jest ciągle daleko.

We wczesnej grze w zmianę nawyku również przygotowujesz się na osiągnięcie sukcesu w przyszłości. Czytasz parę książek by zdobyć wiedzę. Rozmawiasz z ludźmi, którym udało się już wprowadzić zmianę, o jakiej myślisz. Piszesz jednostronicowy plan tego, jak zamierzasz wszystko przeprowadzić. Te otwierające ruchy nie muszą być koniecznie skomplikowane, ale nie można ich też ignorować.

Gra środkowa

W środkowej grze w szachy zazwyczaj stajesz się bardziej agresywny, ale wciąż jeszcze nie próbujesz osiągnąć mata. Skupiasz się głównie na wyszukiwaniu szans do uzyskania przewagi w sile, pozycji czy ataku. Korzystasz ze sprawdzonych taktyk na osłabienie przeciwnika, dopóki nie uzyskasz pozycji z której możesz go zamatować.

W środkowej grze w zmianę nawyku Twoim celem jest atakować szkielet podtrzymujący nawyk, a nie brać się bezpośrednio za ten nawyk. Jakich taktyk możesz użyć, żeby uzyskać przewagę? Jeśli chcesz zmienić swoją dietę, możesz na przykład wyczyścić swój dom ze wszelkiego problematycznego jedzenia, wybrać pięć restauracji, w których można zamawiać zdrową żywność, nauczyć się dziesięciu nowych zdrowych przepisów i dobrać kumpla, który chce wprowadzić u siebie taką samą zmianę. Mów innym ludziom o zmianie, której wprowadzenia się podejmujesz, i proś ich o wsparcie. Jakikolwiek nawyk chcesz zmienić, powinieneś być w stanie wykonać przynajmniej tuzin taktycznych ruchów, które zwiększą Twoją przewagę.

Gra końcowa

W końcowej grze w szachy Twoim celem jest zamatować króla przeciwnika. Jeśli wykonałeś dobrą robotę przy otwarciu i środkowej grze, będziesz miał silną pozycję do osiągnięcia mata. Jeżeli przez pierwsze dwa etapy przeleciałeś sprintem, prawdopodobnie to Twój król zaliczy mata. Gra końcowa jest często zupełnie bezpośrednia. Zazwyczaj na tym etapie jest już jasne, czy wygrałeś, czy przegrałeś.

W końcowej grze w zmianę nawyku ostatecznie rozpoczynasz wprowadzanie zmiany, mając na celu uczynienie jej trwałą. To jest ten punkt, gdzie rozpocząłbyś 30-dniową próbę. Tylko w grze końcowej podejmujesz się właściwej próby zmiany nawyku. Aż do tego momentu po prostu kombinujesz sobie przewagę, która pozwoli na sukces w grze końcowej.

Na szczęście, inaczej niż w szachach, przy grze w zmianę nawyku na otwarcie i grę środkową możesz poświęcić tyle czasu, ile chcesz. Nie musisz martwić się o odliczający czas zegar czy przeciwnika, próbującego wymyślić lepszą strategię na Ciebie.

Jeżeli przegrasz w grze końcowej (to znaczy – nie uda Ci się wprowadzić nawyku), Twój błąd z dużą dozą prawdopodobieństwa leży poza nią. Prawdopodobnie schrzaniłeś otwarcie czy grę środkową. Nie poświęciłeś dość czasu na zdobycie wiedzy i przygotowanie się i/lub nie wykonałeś wystarczającej pracy na przyznanie sobie decydującej przewagi zanim zacząłeś.

Rola samodyscypliny

Jeśli czujesz, że musisz wywołać pozornie nieludzkie zasoby samodyscypliny próbując zmienić jeden ze swoich nawyków, to zazwyczaj oznacza, że sknociłeś albo zaniedbałeś otwarcie i/lub grę środkową. Mordowanie się ze zmianą nawyku to nie jest samodyscyplina; ta harówka jest konsekwencją zastosowania nieefektywnej strategii. Więcej potu nie pomoże wiele.

Wyobraź sobie szachistę męczącego się z każdym ruchem w grze końcowej. Czy to jest dobry gracz? Często jest to oznaka słabości szachisty. U wyszkolonego, zdyscyplinowanego gracza, gra końcowa nierzadko rozgrywa się sama, a wynik jest już przesądzony. Jako, że na szachownicy jest mniej figur, mniej jest też wariantów do rozważenia.

Jeżeli nie jesteś nawet w stanie przejść przez pierwszy tydzień z nowym nawykiem, nie czując przytłaczającej potrzeby przerwania bo musisz bezzasadnie się wysilać by w ogóle kontynuować, to Twoje błędy pojawiły się dawno przed tym, jak w ogóle rozpocząłeś Dzień Pierwszy. Próbujesz uzyskać odpowiednik szewskiego mata, a Twój wyimaginowany „przeciwnik” nie jest dość głupi, by się mu poddać.

Czasem trochę samodyscypliny przyda się w grze końcowej, zwłaszcza, gdy rozprawiasz się z naprawdę ciężkim nawykiem, ale jeżeli przygotowałeś sobie solidne fundamenty we wcześniejszych etapach, gra końcowa to często będzie bułka z masłem.

Właściwa rola samodyscypliny polega na tym, by wykonać najlepsze ruchy, na jakie Cię stać, podczas otwarcia i gry środkowej tak, że w czasie, gdy dojdziesz do finału, osiągnięcie mata jest łatwe i proste. Samodyscyplina gra też ważną rolę nawet przed otwarciem. Czy poświęciłeś dość uwagi na naukę, ćwiczenia i trening zanim wyzwałeś przeciwnika do walki? Czy znasz swoje silne strony i wiesz, jak ich użyć? Czy znasz słabości swojego przeciwnika i wiesz, jak je wykorzystać? Czy jesteś przygotowany do odniesienia zwycięstwa?

Jeżeli przyjmiesz zdyscyplinowane podejście do zmiany nawyku, nie będziesz się wiele pocił w grze końcowej. W momencie, gdy zaczynasz pierwszy dzień z nowym nawykiem, szkielet starego nawyku jest już rozmontowany, a Ty masz przygotowane niezbędne rusztowanie, które będzie wspierało nowy nawyk. Kiedy w końcu rozpoczniesz dzień pierwszy, masz już przewagę.

Co możesz zrobić, by postawić się w korzystniejszej pozycji w odniesieniu do zmiany jednego ze swoich nawyków? Jak możesz pozbyć się przeszkód, odciąć drogi ucieczki, polikwidować zagrożenia, uzyskać więcej przewagi, przejąć kontrolę nad centrum szachownicy itd.? Jakie taktyki otwarcia i gdy środkowej praktycznie zagwarantują sukces, zanim w ogóle rozpoczniesz pierwszy dzień?

Przypadkiem – zastosowanie szachowych strategii do rozwoju osobistego jest przykładem jak rozwijanie wielu różnorodnych zainteresowań pozwala nam przeszczepić proste pomysły z jednego pola na inne, by rozwiązywać problemy w kreatywny sposób.

Źródło: Habit Change Is Like Chess

Co, jeżeli masz wiele różnych zainteresowań i nie możesz poświęcić się żadnemu z nich?

Jeżeli pociąga Cię wiele różnych pasji i nie możesz poświęcić się żadnej z nich ze względu na karierę, studia czy źródło dochodu – to bardzo dobrze dla Ciebie. Leonardo da Vinci jechał na tym samym wózku. Przez wielu uważany jest za największego geniusza wszech czasów.

Pogląd, że musisz poświęcić się jednej dziedzinie na całe życie (czy choćby dekadę albo dwie) ma sens, jeśli chcesz prowadzić życie zasuwającego fizycznie trutnia. Ale w ten sposób pełnisz jedynie rolę trybiku w wielkiej maszynie, całkiem jednorazowego i z łatwością wymienianego na podobne trybiki.

Niech zgadnę… ludzie, którzy mówią Ci (może nawet krzyczą na Ciebie), żebyś wybrał jedno i temu się poświęcił, sami też są na trutniowej ścieżce, prawda? Czy szczerze chcesz osiągnąć to, co oni? A może wolałbyś coś lepszego?

Wiesz, zupełnie w porządku jest odrzucić życiową drogę trutnia. Wiele osób tak robi, dzięki czemu są o wiele szczęśliwsi. Nie są to jednak ci sami ludzie, którzy powiedzą Ci: „Weź jedną rzecz i trzymaj się jej, albo niczego w życiu nie osiągniesz.”. Zamiast tego powiedzą prawdopodobnie: „Im więcej zainteresowań rozwijasz, tym zdolniejszy będziesz.”

Nie ma zasady mówiącej, że musisz poświęcić się byciu trutniem.

Ja nie chcę poświęcać się jakiejkolwiek jednej rzeczy w życiu. Nie lubię nawet poświęcać się jednej rzeczy choćby na miesiąc. Mam zbyt wiele zainteresowań. Gdybym wybrał jedną rzecz, a resztę zostawił – nie byłbym szczęśliwy. Poczułbym się tylko uwięziony w pułapce. Wybrałem więc odrzucenie tego kursu. Widzę, że nie jest on odpowiedni dla mnie. Hmmm… z jakiegoś powodu ludzie, którzy mówili, że powinienem się specjalizować znacznie przycichli, kiedy moje eklektyczne zainteresowania zaczęły procentować finansowo.

Aktualnie cieszę się pisaniem, blogowaniem, przemawianiem, publikowaniem podcastów, biznesem internetowym, studiowaniem samorozwoju, filozofią, humorem, disc-golfem, rozwojem psychicznym itd. Dlaczego miałbym wybierać tylko jedno? Jestem blogerem, pisarzem, mówcą, specjalistą od rozwoju osobistego, przedsiębiorcą internetowym? Cóż, życiorys mam chaotyczny. I kogo to obchodzi?

W przeszłości trenowałem sztuki walki (tae kwon do i kempo), dużo biegałem długodystansowo, włączając w to maraton, nauczyłem się liczenia kart w blackjacku, występowałem z zespołem improwizującym komedie, uczyłem się żonglowania i programowałem gry komputerowe, a także robiłem wiele innych rzeczy jakie dawały mi radość. Wieloma z tych rzeczy zajmowałem się w tygodniu między godziną 9 a 17. Ale zgadnij co… nikt nie przyszedł mnie za to aresztować. Ziemia nie wypadła z orbity bo ja nie dałem rady zająć się tylko jedną rzeczą.

Jeżeli masz wiele zainteresowań, ludzie będą narzekać. Pozwól im.

Może być ciężko to zauważyć dopóki nie spotkasz się ze mną osobiście, ale ja przez cały czas przeskakuję między różnymi zainteresowaniami. Czasami przez kilka dni z rzędu jestem naprawdę zaangażowany w pisanie czy blogowanie. Innym razem odkładam blog na później i poświęcam więcej czasu na przemówienia czy po prostu pracę nad rozwojem osobistym.

Czasami ludzie narzekają, kiedy odpuszczam blogowanie by zająć się innymi zainteresowaniami, ale ja pozostawiam sobie swobodę podejmowania takich wyborów, jeżeli wiem że to dla mnie dobre. Jako, że w archiwach są setki darmowych artykułów oraz 21 darmowych podcastów, i jako że fora są dostępne 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, nie wydaje mi się bym musiał publikować coś każdego dnia by utrzymać blog w ruchu. Jeżeli zaczynam czuć, że „wpadłem w szpony” blogowania, po prostu zostawiam to na jakiś czas. Potem znów się za to zabieram, kiedy poczuję inspirację do takiego powrotu.

Kiedykolwiek wycofuję się z jednego obszaru i kieruję ku innemu, słyszę pytania typu: „Co się z Tobą dzieje?”, „Gdzieś Ty był?”. Jeżeli dam sobie parę miesięcy przerwy w chodzeniu na spotkania Toastmasters (jak zrobiłem kiedy pisałem książkę), moi znajomi zastanawiają się, co się ze mną stało. Spadłem z tej planety? Czy ja wypisuję się z klubu? Jeżeli nie piszę przez tydzień, ktoś może rozpocząć na forum kolejną dyskusję pod tytułem: „Czy Steve nie żyje?”. Ja po prostu akceptuję, że tak się dzieje. Taka jest naturalna konsekwencja posiadania różnorodnych zainteresowań. Nie jestem martwy. Po prostu zmieniam tryby, W tym tygodniu jestem naprawdę zainspirowany do pisania czegoś na blogu. Wcześniej w ciągu tego roku byłem bardziej skupiony na pisaniu swojej książki. Później w tym roku będę miał mnóstwo pracy przy promowaniu książki.

Wiele zainteresowań = szybszy rozwój = stawanie się zdolniejszym

Korzyść z posiadania dużej ilości różnorodnych zainteresowań jest taka, że trenujesz swój mózg w uczeniu się wielu nowych ścieżek. Wzorce, jakich uczysz się na jednym polu mogą zostać później wykorzystane w zupełnie innych dziedzinach – by kreatywnie rozwiązywać problemy.

Wewnątrz pojedynczego obszaru wiedzy dominujący eksperci mają skłonność do rozwijania widzenia tunelowego. Przyzwyczajają się do pewnych wzorców. Często kontaktują się między sobą, więc wszyscy znają ulubione wzorce innych. To niewątpliwie ma miejsce na polu rozwoju osobistego.

A często ludzie, którzy wykonują najwięcej innowacyjnej roboty, to outsiderzy, którzy przychodzą ze świeżym spojrzeniem, z jakim obecni eksperci nie mieli do czynienia. To jest świetne, ponieważ ci outsiderzy są w stanie zainicjować mnóstwo wzrostu. Albert Einstein jest dobrym przykładem. Kiedy pracował jako urzędnik patentowy nie miał praktycznie żadnego kontaktu ze społecznością fizyków głównego nurtu.

Jednym z powodów takiego sukcesu, jaki udało mi się osiągnąć w blogowaniu na temat rozwoju osobistego jest to, że wszedłem na to pole z zewnątrz. Stopnie naukowe mam z informatyki i matematyki, a nie psychologii czy filozofii. Ze względu na to podłoże często zauważam wzorce, których ludzie z branży nie zauważają (lub po prostu lekceważą).

Co mnie wyróżnia spośród innych ekspertów to to, że mam skłonność do zero-jedynkowego myślenia w kategoriach algorytmów. Kiedy piszesz program komputerowy, to albo daje on oczekiwany rezultat, albo nie. Problem matematyczny jest albo rozwiązany, albo nie. Nie możesz stosować na tych polach jakiegoś niedorobionego czy nieprecyzyjnego podejścia i spodziewać się sukcesu. Albo masz rację, albo się mylisz. Albo masz działające rozwiązanie, albo nie masz. Nie ma nic pomiędzy, żeby jakoś się przeciskać. Jeżeli oczekujesz sukcesu w informatyce czy matematyce, musisz być dobry w rozwiązywaniu problemów. Twoje rozwiązania muszą rzeczywiście działać. Nie możesz naściemniać czy podlizywać się o specjalne względy i spodziewać się, że pozwoli to zignorować Twoje osobiste porażki. Kiedy się mylisz, nie masz żadnych rezultatów. Zły program zazwyczaj nie sypie się ładnie – po prostu w ogóle nie działa.

Kiedy zainteresowałem się rozwojem osobistym, jedną rzeczą, która naprawdę mnie irytowała było to, jak nijako i nieprecyzyjnie wszystko przedstawiano. Były całe półki wypełnione tym, co uważałem za kompletne bzdury. Książki obiecywały praktyczne rozwiązania prawdziwych problemów, ale wszystko, co znajdowałeś w środku, to nudne brednie i historie o przesadzonych osiągnięciach. Po przeczytaniu wielu książek o programowaniu i nauczeniu się precyzyjnych rozwiązań, które za każdym razem działały właściwie, to była dla mnie duża zmiana.

Jako że lubię wzorce, które są ścisłe, precyzyjne i skuteczne, to nie przepadam za rozwiązaniami, które nie są uniwersalne. Nie przepadam też za szarą strefą, ponieważ wolę myśleć raczej w kategoriach „czarne-białe”. Mam więc skłonność do mówienia rzeczy typu: „Albo robisz to, co kochasz, albo nie. Jak jest?”. Wiem, że moje podejście nie będzie podobać się każdemu, i więcej niż raz byłem oskarżany o zbyt ścisłe myślenie, ale wiem też, że na ten sposób myślenia jest miejsce na polu samorozwoju.

Podobnie – gdybyś był psychologiem wchodzącym na pole informatyki, mógłbyś mieć tendencję do wprowadzania metod rozwiązywania problemów, które pozwalają na większą płynność, wymagają mniej precyzji… jak logika rozmyta.

Kiedy napisałem swoją książkę, „Rozwój osobisty człowieka rozumnego”, rozwinąłem pseudomatematyczny model rozwoju osobistego, włączając w to kompletne, uporządkowane ramy działania, z jakimi nie spotkałem się nigdzie indziej na tym polu. Mógłbym dać mojej książce podtytuł „Ukryta geometria rozwoju osobistego”. (Jeżeli klikniesz ostatni link i przewiniesz trochę w dół, zobaczysz trójkąt reprezentujący sedno tego modelu.) Być może mając do czynienia ze świadomym wzrostem nie możemy osiągnąć matematycznej precyzji, ale myślę, że możemy zbliżyć się do niej o wiele bardziej, niż teraz.

Jeżeli lubisz myśleć o rozwoju osobistym dość liniowo – np. „powiedz mi jak załatwić to, co chcę, i osiągnąć rezultat” – prawdopodobnie moja książka bardzo Ci się spodoba. Ale jeżeli wolisz podejście bardziej w stylu Zen, „płyń z prądem”, „pozwól by życie się tobie przytrafiało”, prawdopodobnie książka będzie zbyt ścisła, jak na Twój gust. Tak czy inaczej, nie wątpię, że ta książka zdobędzie silną pozycję na swoim polu (tak jak stało się to z moim blogiem), ponieważ prezentowane w niej rozwiązania i wzorce pomogą ludziom rozwiązywać problemy nowymi sposobami.

A teraz wyobraźmy sobie, że znów przeskakuję do innej branży. Mógłbym wtedy zastosować wzorce, jakie poznałem we wszystkich innych dziedzinach które studiowałem, aby wytworzyć kreatywne, oryginalne prace w tej nowej branży. Wzorce pochodzące z rozwoju osobistego, matematyki, informatyki, blogowania, sztuk walki itp. z pewnością pozwoliłyby stworzyć nowe rozwiązania w pozornie niepowiązanych dziedzinach.

Nawet kiedy gram we frisbee-golfa ze znajomymi, to stosuję wzorce, których nauczyłem się gdzie indziej. Na przykład: moi golfowi znajomi co do jednego mają ulubione sposoby wyprowadzania rzutu – niemal zawsze wyprowadzają rzuty, używając tej samej techniki. Ale ja zastosuję różne sposoby rzucania by dostosować się do terenu. Czasem rzucam z forehandu, czasem backhandu, a czasem rzucam rollersy – wszystko podczas tej samej gry. Oznacza to, że nie mam tak wiele praktyki w jednym konkretnym stylu, ale mogę być bardziej elastyczny, jeśli chodzi o dostosowanie się do terenu.

To był bardzo prosty przykład, ale „dopasowywanie rozwiązań do terenu” było w zasadzie wzorcem, który przyswoiłem sobie z programowania komputerowego. Programiści często używają różnych algorytmów, by rozwiązać właściwie ten sam problem, dostosowując swoje rozwiązania do specyficznych okoliczności. Istnieje wiele różnorodnych algorytmów sortujących i wyszukujących, a optymalne rozwiązanie zależy od danego problemu, który chcesz rozwiązać. Kiedy gram we frisbee-golfa, zadaję sobie pytanie: „Jaka jest poprawna technika rzutu (algorytm), z której muszę teraz skorzystać, by zmniejszyć (zoptymalizować) liczbę rzutów, jakie będą konieczne aby trafić kosza (cel)?”.

Będziesz zaskoczony tym, jak wiele jest okazji do zastosowania spostrzeżeń, jakie poczyniłeś w jednej dziedzinie, by rozwiązać problemy na pozornie niepowiązanych polach. Długoterminowa korzyść z rozwijania wielu różnorodnych zainteresowań jest taka, że budujesz sobie potężny zestaw narzędzi – wzorców rozwiązywania problemów. Daje Ci to większą elastyczność w momencie zetknięcia się z pewnymi wyzwaniami. Ludzie czasem chwalą mnie za błyskotliwe spostrzeżenia, które pomogły im rozwiązać wymagający problem, podczas, gdy wszystko, co ja zrobiłem, to „zapylanie krzyżowe” – przeniesienie znanego rozwiązania z jednego pola na inne.

Zarabianie na swoich zróżnicowanych zainteresowaniach – rozwiązania kreatywne

Ważne jest by zauważyć, że nie musisz zarabiać na wszystkich swoich zainteresowaniach. Jeżeli po prostu zagłębisz się w coś co lubisz, i będziesz za tym podążać, możesz być zaskoczony odkrywaniem które zainteresowania pomagają Ci generować przychód, a które nie.

Większość z moich zainteresowań nie generuje mi przychodu bezpośrednio, i to jest zupełnie w porządku. Ale wiele z nich – owszem, włączając w to reklamę hostingu na tej stronie, pisanie książki, profesjonalne przemówienia czy recenzje i polecanie produktów.

Co w tej chwili zarabia dla mnie najwięcej pieniędzy? Mój dochód jest dosyć zróżnicowany, ale jednym, najbardziej lukratywnym zajęciem jest dla mnie w tej chwili recenzowanie i polecanie produktów – nie blog czy przemówienia. Mógłbyś pomyśleć, że większość pieniędzy zarabiam z całego mojego pisania, ale to nie tak działa. Może moje pisanie jest tym, co tworzy dla innych największą wartość, ale nie to tworzy największy przychód… a przynajmniej nie bezpośrednio.

Wydawcy często podsyłają mi produkty informacyjne do recenzji. W dowolnym momencie mam zazwyczaj w kolejce 50-100 książek i w sumie kilka dni nagrań. Programów audio słucham w siłowni czy na komputerze z prędkością odtwarzania 2x-4x, i czytam wiele książek techniką PhotoRead. (Przypadkiem Learning Strategies właśnie w tym miesiącu znów oferuje rabat na PhotoReading dla czytelników StevePavlina.com – coś, co robią tylko raz do roku. Przygotuję o tym oddzielny wpis na blogu zaraz po tym.)

Kiedy napotykam coś co naprawdę, naprawdę uwielbiam i czuję się dobrze polecając to, wypracowuję z wydawcą porozumienie o podziale zysków w zamian za polecanie i promocję produktu na mojej stronie. Działa to świetnie w przypadku produktów informacyjnych, ponieważ margines zysku sięga często 80% albo więcej, jako że wartością jest informacja, a nie opakowanie. Często udaje mi się też przekonać ich do zaoferowania moim czytelnikom lepszych warunków, niż gdyby kupowali bezpośrednio od nich. Taki układ to wygrana wydawcy, ponieważ uzyskuje wielu nowych klientów nie ponosząc kosztów marketingowych. Dobry produkt nakręci sprzedaż o wartości ponad 100 000 dolarów w ciągu pierwszych 30 dni, jeżeli go polecę. To wygrana dla mnie, ponieważ dostaję wszelkie darmowe produkty, o jakich mógłbym kiedykolwiek marzyć, i zarabiam rocznie sześciocyfrowe kwoty tylko z paru poleceń. Kiedy już opublikuję swoją rekomendację produktu, cieszę się trwałym pasywnym przychodem z ciągłej sprzedaży, otrzymując prowizję każdego miesiąca. Korzyść dla moich czytelników jest taka, że poznają najlepsze produkty, jakie mogę znaleźć – często z rabatem czy bonusem i zawsze z gwarancją zwrotu pieniędzy, dzięki czemu nie ma ryzyka. Ponadto wszelkie darmowe artykuły i podcasty są po prostu dotowane dzięki takim układom, więc mogę pozwolić sobie na poświęcenie wielu godzin by pisać nowe artykuły bez konieczności pobierania opłat za informację. Biorąc to wszystko pod uwagę uważam, że jest to wyjątkowo dobry układ dla wszystkich.

Szczera prawda jest jednak taka, że chociaż lubię od czasu do czasu recenzować i polecać produkty, to nie chcę zmienić tego pojedynczego zajęcia w pełnoetatową karierę. Nie chcę, by mój blog stał się tylko stroną z rekomendacjami produktów. Możesz nie zdawać sobie sprawy z tego, że decydując się na rozwijanie innych zainteresowań, pozostawiam na stole sporo potencjalnego przychodu. Jestem pewien, że gdybym naprawdę chciał, to mógłbym zarabiać na tej stronie 5-10 razy więcej… właściwie z dnia na dzień. Zrobienie tego nie wymaga wiele myślenia. Zamiast polecać kilka produktów rocznie, mógłbym polecać nowy produkt co tydzień czy dwa. Z pewnością nie zabraknie mi produktów do wyboru. Ale żeby to osiągnąć, musiałbym zrobić jedną z dwóch rzeczy.

Pierwszą możliwością byłoby promować więcej produktów, niezależnie od tego, czy uważałbym, że są pod jakimkolwiek względem dobre. Istnieje wiele produktów wyrosłych na gładkim marketingu, które dobrze sprzedają się w sieci, ale zawarta w nich informacja to bezwartościowe śmieci. Nie musiałbym nawet przeglądać tych produktów, co zaoszczędziłoby mi mnóstwo czasu. Niektórzy wydawcy właściwie proponują mi gotowe listy polecające, a wszystko, co miałbym zrobić, to dopisać moje nazwisko i przesłać je dalej. Spotkasz wielu specjalistów od marketingu internetowego, którzy dokładnie to robią, dumnie polecając produkty, których nigdy nie wypróbowali, po prostu dlatego że wiedzą, iż na tym zarobią. Widuję te same listy polecające, które mi zaoferowano, w newsletterach innych ludzi. Ale nie przejmuj się – nie zobaczysz mnie na tej ścieżce. Osobiście nie jestem w stanie strawić myśli o zrobieniu czegokolwiek w tym stylu. Nie idzie to w parze z prawdą oraz miłością i jak dla mnie ma nieodpowiednią polaryzację. Chcę po prostu podzielić się spostrzeżeniem, że gdyby zarabianie pieniędzy zajmując się tylko jedną rzeczą było moim celem numer jeden, mógłbym to z pewnością zrobić. Ale myślę, że póki co będę trzymał się swojej duszy.

Skoro w sumie mogę odrzucić pierwszą możliwość, to drugą będzie recenzować o wiele więcej produktów. Można mieć nadzieję, że recenzując więcej produktów w krótszym czasie będę w stanie wyszukać więcej perełek. Gdybym nie zajmował się niczym innym poza testowaniem i polecaniem produktów przez cały czas pracy, prawdopodobnie mógłbym w ciągu roku znaleźć 20-30 naprawdę dobrych pozycji, które szczerze mogę polecać. Tylko, że to oznaczałoby, iż musiałbym porzucić wiele innych moich zainteresowań, a tego po prostu nie chcę robić, nawet, jeżeli wiązałoby się to z zarabianiem 10 razy więcej pieniędzy. Jestem szczęśliwszy zarabiając mniej i utrzymując dobrą równowagę zajęć, które sprawiają mi radość. Tak więc muszę odrzucić i tę możliwość, gdyż nie idzie w parze z miłością.

Chodzi mi o to, że nie musisz wcale wybierać tej drogi, która pozwala Ci zarobić najwięcej pieniędzy. Możesz kultywować wiele różnych zainteresowań i nadal znajdować kreatywną mieszankę, która pozwala Ci zarabiać pieniądze ORAZ utrzymać urozmaicony, dostatni styl życia ORAZ być szczęśliwym ORAZ robić różnicę. Podążanie za pieniądzem za wszelką cenę jest dużym błędem, zwłaszcza, gdy musisz poświęcić wiele z rzeczy, które uwielbiasz robić. Rób to, co kochasz, a dodatkowe pieniądze pozostaw na stole.

Spotkałem paru specjalistów od marketingu internetowego, którzy zeszmacą się by wypromować każdy lukratywny produkt, na jaki natrafią, dojąc ze swoich list mailingowych tyle pieniędzy, ile są w stanie, nie wypróbowując nawet produktów, które polecają. Są dumni z umiejętności manipulowania emocjami ludzi by skłonić ich do zakupu. Szczycą się tym, jak wiele pieniędzy zarabiają na wciskaniu przepłaconych bubli ludziom, którzy są zbyt łatwowierni by poznać coś lepszego. (Mogę zaświadczyć prawdziwość metki „bubel”, bo toaleta w moim biurze jest stale upaprana od spuszczania wielu produktów, które oni mi przysyłają.) Po krótkiej rozmowie z takimi ludźmi czuję się, jakbym zanurzył się w szlamie brudnej roboty. Co mam im powiedzieć? „Przepraszam, ale nie mogę pomóc w promowaniu waszych produktów na mojej stronie, bo jesteście źli.” Nie wiem, jak by to przeszło.

Na szczęście znalazłem dobry sposób na odpowiadanie takim ludziom. Mówię po prostu: „Intuicja w tym przypadku podpowiada mi żeby w to nie wchodzić, więc muszę zrezygnować.”. Naprawdę uwielbiam to zdanie, bo nie mają na to żadnej obrony, a co najlepsze – to czysta prawda. Kiedy mówię cokolwiek innego, zazwyczaj wskakują w „tryb przeciwko obiekcjom” i próbują mnie przekabacić. Ale nie mają żadnego sposobu by kłócić się z moją intuicją, bo są tak daleko od kontaktu z własną. (Jeżeli jesteś jednym z tych ludzi, którym zdarzyło się otrzymać ode mnie taką odpowiedź, nie musi to zazwyczaj oznaczać, że uważam, iż jesteś zły. To po prostu jedna z moich gotowych odpowiedzi, jakie daję na propozycje biznesowe, które muszę odrzucić.)

Kiedy spróbuję rzucić takim ludziom wyzwanie skorygowania ich kursu w zgodzie z prawdą i miłością, to ma czasami taki efekt uboczny, że chcieliby potraktować mnie mieczem świetlnym. W końcu znajdę sposób, by odwrócić jeden z nich. Tacy ludzie żyją w niezłej zgodzie z mocą, ale o czym nie wiedzą to to, że gdyby potrafili przekonać się ku zgodzie również z prawdą i miłością, staliby się jeszcze potężniejsi. Byliby też o wiele szczęśliwsi i bardziej spełnieni. To może brzmieć dziwnie, ale myślę właśnie o oferowaniu takim ludziom konsultacji by pomóc im przywrócić równowagę w życiu. Są na pozycji, z której mogą wywierać pozytywny wpływ na wielu innych ludzi, jeśli zabiorą się do tego w dobry sposób, więc udzielenie pomocy choćby jednemu z nich może mieć duże przełożenie na efekty. Ale oczywiście nie mógłbym tego zrobić… bo to oznaczałoby rozwijanie jeszcze jednego zainteresowania. <- Tak, to jest sarkazm!

No i to była zabawna styczna. Uch… nie próbuj mieszać matmy i humoru.

* * *

Jeżeli Twoją aspiracją jest zostać gwiazdą jednego hitu, rób wszystko, by to osiągnąć. W przeciwnym razie, zwróć uwagę, że – patrząc z perspektywy historii – ludzie rozwijali różnorodne umiejętności by zaspokoić swoje potrzeby. Przerost specjalizacji może być dobry dla korporacji, ale nie jest niczym wspaniałym dla świadomych istot ludzkich. Nawet farmer z 1850 r. prawdopodobnie wyprzedza Cię w konkurencji różnorodności umiejętności. Czy potrafisz spojrzeć na pusty skrawek ziemi i zbudować na nim własną samowystarczalną farmę oraz dom dla swojej rodziny, przy pomocy paru prostych narzędzi ręcznych? (Jeżeli na to pytanie możesz odpowiedzieć „tak”, to wpadnij tego lata do Las Vegas i udowodnij to!)

Następnym razem, kiedy ktoś poradzi Ci uspokoić się i zająć się tylko jedną rzeczą w swojej karierze, studiach czy jako źródle dochodu, polecam Ci odpowiedzieć w ten sposób: „Doceniam Twoją troskę, ale jako że nie podzielam Twojego marzenia zostania cenionym pudlem, muszę odrzucić Twoją radę jako kompletną głupotę.”

A potem wyzwij go na rundkę frisbee-golfa.

Źródło: What If You Have Many Different Interests and Cannot Commit to Any of Them?

Najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dowolnego problemu

Uważam, że przy rozwiązywaniu najróżniejszych życiowych problemów bardzo pożyteczna jest taka metoda: określić  najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakie można sobie wyobrazić – nieważne jak miałbym się poczuć przy jego zastosowaniu. Jaka jest najbardziej oczywista, najbardziej bezpośrednia droga do mojego celu, albo najbardziej efektywny sposób na ominięcie przeszkody?

Wiele problemów będzie miało różnorodne bezpośrednie rozwiązania, ale często na pierwszy rzut oka będą one nieprzyjemne, ponieważ ich wdrożenie wymaga odwagi, samodyscypliny, kreatywności czy wytrwałości. Jednocześnie jest jasne że kiedy jakoś przez to przebrniemy, to rozwiązania okażą się skuteczne.

Przyjmijmy dla przykładu, że chcesz zrzucić parę kilo. I przyjmijmy, że bezpośrednim rozwiązaniem (jednym z wielu możliwych) jest jeść tyle samo ile teraz, ale zwiększyć wysiłek przy ćwiczeniach o 500 kalorii dziennie. Jeżeli wprowadzisz to, aż nadto uproszczone, rozwiązanie – stracisz na wadze. Może wymagać dyscypliny i wytrwałości, ale większość ludzi zgodziłaby się, że zadziała.

Inny przykład: przyjmijmy, że interesuje Cię nawiązanie relacji z kimś, ale nie wiesz, co ta osoba do Ciebie czuje. Bezpośrednim rozwiązaniem byłoby po prostu pójść, wyjaśnić swoje myśli i uczucia i zapytać czy on/a chce porozmawiać o ewentualnej bliższej znajomości. Zajmie to mniej niż minutę, a niezależnie od wyniku będziesz przynajmniej wiedzieć na czym stoisz. To rozwiązanie może oczywiście wymagać wiele odwagi żeby przezwyciężyć obawę przed odrzuceniem, ale jest bardzo proste i bezpośrednie.

Sprawdź czy potrafisz określić najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakichś swoich problemów. Jaka jest najprostsza i najszybsza droga do osiągnięcia Twoich celów, przyjmując, że masz nieograniczoną odwagę i dyscyplinę?

Zalety bezpośredniego podejścia

Istnieje wiele pozornie trudnych problemów, które mają bardzo proste, bezpośrednie rozwiązania. Prawdziwym wyzwaniem jest stać się taką osobą, która potrafi wprowadzać najbardziej bezpośrednie rozwiązania zamiast zmuszać się do wybierania okrężnej drogi z powodu lenistwa czy nieśmiałości. Oto dlaczego praca nad rozwojem osobistym, a zwłaszcza budowaniem odwagi i samodyscypliny, jest jedną z najlepszych technik rozwiązywania problemów. Problemy, które kiedyś wydawałyby się nie do przeskoczenia, stają się o wiele łatwiejsze do rozwiązania kiedy tylko weźmiesz się za pracę nad sobą. Coraz lepiej opanowujesz sztukę stosowania bezpośrednich rozwiązań zamiast uciekania się do pośrednich.

Jednym z najlepszych przypadków w których pomogła mi metoda bezpośredniego podejścia była zmiana w karierze, kiedy w 2004 r. przerzucałem się z produkcji gier komputerowych na tematy związane z rozwojem osobistym. Zadałem sobie pytanie: co bym robił, gdybym był już na emeryturze? Odpowiedź: najwięcej czasu spędzałbym czasu pracując nad rozwojem osobistym z innymi ludźmi zorientowanymi na rozwój. Właśnie tym zajmowałem się wtedy w czasie wolnym od pracy. Zrozumiałem, że prowadziłem biznes aby generować dochód tylko po to żeby opłacić rachunki, a następnie w wolnym czasie wziąć się do pracy nad rozwojem osobistym. Wyglądało mi to na niepotrzebnie okrężną drogę. Dlaczego nie miałbym po prostu wyeliminować pośrednika? Pomyślałem czy nie byłoby sprytniej pracować nad rozwojem osobistym na pełen etat i znaleźć sposób, żeby z tego opłacać swoje rachunki?

Zidentyfikowałem bardziej bezpośrednie rozwiązanie, ale  wymagało ono oczywiście odwagi, dyscypliny i kreatywności. Nie miałem wątpliwości, że to zadziała jeżeli tylko spróbuję. (Pomijam szczegóły, ale myślę że chwytasz o co chodzi.) Powstał więc nowy problem: jak wykrzesać wewnętrzne zasoby niezbędne do wprowadzenia tego w życie? Gdy spróbowałem poradzić sobie z tym problemem, rezultaty były dość nieoczekiwane. Okazało się, że nie było aż takiej potrzeby rozbudowywania wewnętrznych zasobów. Musiałem tylko zechcieć je zastosować.

Dlaczego opieramy się bezpośrednim rozwiązaniom

Jest w bezpośrednich rozwiązaniach coś pokrzepiającego – wiesz, że to zadziała; ale jest też coś niepokojącego. Gdy masz przed nosem jaskrawo oczywiste bezpośrednie rozwiązanie i nie wprowadzasz go chociaż wiesz że jest dobre, to musisz się zatrzymać i zadać sobie takie pytanie: „Dlaczego powstrzymuję się przed rozwiązaniem tego problemu, gdy rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki?” Jeżeli rzeczywiście poświęcisz temu pytaniu trochę uwagi, możesz dojść do ciekawych wniosków.

Jeśli o mnie chodzi, to musiałem zastanowić się czy jestem gotów ciężko pracować na pożądany rezultat. A może wolę pójść łatwiejszą drogą? Dostrzegłem że od osiągnięcia celu oddzielało mnie tylko określenie czy chcę zainwestować w jego realizację własny czas i wysiłek. Prowadzenie biznesu z grami szło mi już z łatwością i nie musiałem pracować zbyt ciężko by uzyskiwać z tego dochód. Trzeba było podjąć decyzję czy chcę wejść na nowy poziom działania. Kiedy już uczciwie stwierdziłem że chcę to zrobić, mogłem zabrać się do dzieła i wprowadzić bezpośrednie rozwiązanie. Ale dopóki myślałem: „Musi być prostszy sposób.” albo „Nie jestem pewien czy chcę wykonać tyle pracy.”, wszystkie rozwiązania (bezpośrednie i pośrednie) mi umykały.

Rozważ jakieś bezpośrednie rozwiązanie z własnego życia. Zatrzymaj się i zadaj sobie pytanie: „Czy chcę to zrobić? Czy chcę być osobą, która potrafi wprowadzić to rozwiązanie?”

Co by to oznaczało, gdybyś stwierdził, że nie chcesz być osobą która wprowadziłaby bezpośrednie rozwiązanie? Czy mówisz, że wolałbyś być osobą niekreatywną, niezdyscyplinowaną i nieśmiałą zamiast kreatywnej, zdyscyplinowanej i odważnej? Kiedy bierzesz się za te kwestie i rozważasz je świadomie, trudno stwierdzić że wolałeś pozostawać taką osobą która musi zadowalać się wolniejszymi, bardziej pośrednimi rozwiązaniami, a czasami brakiem jakiegokolwiek rozwiązania w ogóle. Ale tak to wygląda, gdy odrzucasz bezpośrednie rozwiązanie, prawda?

Musisz dokonać ważnego wyboru i zdecydować jakim człowiekiem chcesz być. Chcesz być odważny, zdyscyplinowany, kreatywny i wytrwały – czy nie? Uważasz, że to są dobre cechy do rozwijania w sobie? Jeżeli nie, to z braku lepszego wyboru zostaje Ci w sumie tylko przyjąć ich przeciwieństwa. Czy właśnie to chcesz zrobić?

Podejście bezpośrednie a Prawo Przyciągania

A co ze stosowaniem Prawa Przyciągania? Czy jest to częścią bezpośredniego rozwiązania? To zależy od problemu.

Rozważ taki prosty przykład. Prostym ćwiczeniem z manifestacji jest spróbować zamanifestować niebieskie pióro gdzieś w swojej rzeczywistości. Podtrzymujesz intencję zobaczenia w jakimś momencie niebieskiego pióra – w przeciągu najbliższej doby. Jakie jest najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dla tej intencji? Czy jest nim czekanie cierpliwie i pozwolenie wszechświatowi by w jakiś sposób Ci je przyniósł? Czemu nie skorzystać po prostu z wyszukiwarki obrazów Google? Znajdziesz niebieskie pióro w ciągu paru sekund. Problem rozwiązany. Następny proszę.

Wielokrotnie gdy ludzie próbują zastosować Prawo Przyciągania, jednocześnie opierają się przed wprowadzeniem najbardziej bezpośredniego rozwiązania swojego problemu. Jak dla mnie, to jest mieszana intencja. Jeżeli naprawdę pożądasz czegoś wystarczająco mocno, dlaczego u licha chciałbyś odrzucać najprostszą drogę do tego? Czy nie oznacza to, że tak naprawdę tego nie chcesz? A może nie chcesz stać się osobą, która mogłaby to dostać? Jeżeli masz już przed sobą bezpośrednie rozwiązanie, gapiące Ci się prosto w oczy, i nie wprowadzasz go, powiedziałbym, że stosujesz raczej Prawo Odrzucenia niż Prawo Przyciągania.

Sensem Prawa Przyciągania jest podtrzymać intencję by odkryć bezpośrednie rozwiązanie problemu. Gdy już znasz to rozwiązanie, Prawo Przyciągania wykonało swoją robotę. Twoją robotą jest wprowadzić rozwiązania, które przyciągnąłeś.

Kiedy trudno Ci rozwiązać jakiś problem mimo, że stosunkowo łatwo możesz określić bezpośrednie rozwiązanie, być może prawdziwy problem tkwi zupełnie w czym innym niż Ci się wydaje.

Źródło: The Most Direct Solution to Any Problem

Jak ustanawiać cele, które rzeczywiście osiągniesz?

Co takiego sprawia, że nie udaje nam się osiągać założonych celów z przyjemnością? Przede wszystkim ich niewłaściwy dobór. Taki problem pojawia się ze względu na to, że ludzie nienajlepiej pojmują naturę czasu. Rozważając dany cel często martwią się koniecznością zaangażowania na dłużej. Na przykład: jeżeli teraz otworzę własną firmę, mogą minąć całe lata zanim zacznie ona przynosić dochody. Albo: mam taką nadwagę, że wyrobienie odpowiedniej figury może zająć lata. Czy – jeżeli przerwę ten niezbyt dobry dla mnie związek, mogą minąć lata nim znów stanę na nogi. Tego typu myśli są oczywiście demotywujące, a co ważniejsze – wskazują na zupełne niezrozumienie natury czasu.

Cenimy swój czas, więc naturalnie staramy się korzystnie nim rozporządzać. Chcemy też cieszyć się chwilą obecną. W konsekwencji niechętnie przyjmujemy takie cele, których osiągnięcie może potrwać bardzo długo. Któż chce harować latami, z nadzieją że może kiedyś przyjdzie „lepsze jutro”? Większości z nas po prostu brakuje dyscypliny do realizacji takiego przedsięwzięcia – nawet jeżeli  na końcu tęczy rzeczywiście leży garnek złota. Nie o dyscyplinę tu jednak chodzi. Problemem jest błędne pojmowanie czasu.

Mamy skłonność do myślenia o czasie jak o zasobie, którym dysponujemy tak samo, jak na przykład pieniędzmi. Wykonanie jednogodzinnego zadania oznacza wydanie na nie jednej godziny. Jak więc wydajesz swój dzień? Jak zainwestujesz czas w ciągu następnych wakacji? A przez resztę roku? Czas to pieniądz, zasób jednorazowego użytku.

To jest jednak głupi i nietrafiony sposób myślenia o min. Czas nie jest zasobem. Nie możesz wydawać czasu. Czas wydaje się sam. Nie masz w tej kwestii nic do gadania. Czego byś nie robił, czas tak czy inaczej będzie upływał. Nieważne, czy przez następnych pięć lat zajmiesz się tą czy inną rzeczą. Tych pięć lat minie i tak.

Tak naprawdę nigdy nie znajdujesz się w przeszłości czy przyszłości. Istniejesz tylko w chwili obecnej. Nawet, jeżeli pamiętasz przeszłość czy wyobrażasz sobie przyszłość, te myśli i tak istnieją w teraźniejszości. Wszystko, co masz – to właśnie ten moment. I to jest wszystko, co kiedykolwiek będziesz miał. Nie możesz kontrolować upływu czasu, ale masz wpływ na kierowanie swojej uwagi w chwili obecnej. To wszystko. Nie przeszłość, nie przyszłość, tylko właśnie ta chwila.

Więc jeżeli istnieje tylko chwila obecna, to jaki sens ma rozważanie długoterminowych celów? Jak właściwie masz cokolwiek osiągnąć?

Po pierwsze, zrozum, że wszelkie osiągnięcia mogą zaistnieć jedynie w chwili obecnej, i tylko w chwili obecnej możesz się tymi osiągnięciami cieszyć. Nie możesz niczego osiągnąć ani niczym się cieszyć w przeszłości czy przyszłości, bo nigdy Cię tam nie ma. Oczywiste, no nie? Lecz ludzie zbyt często niewłaściwie się z tym faktem obchodzą. Bardzo ciężko jest osiągnąć cel oparty na nietrafnym modelu rzeczywistości – droga do niego to gwarancja ciągłej, uciążliwej walki.

Wartość ustanawiania celów nie polega na kontrolowaniu przyszłości. To byłoby bezsensowne, ponieważ przyszłość istnieje tylko w Twojej wyobraźni. Jedyna wartość ustanawiania celów kryje się w tym, że poprawia się jakość Twojej chwili obecnej. Odpowiedni cel może na przykład sprawić, że lepiej się w tej chwili skupisz. Kiedy ustanawiasz cel, rozważaj w jaki sposób polepsza Twoją bieżącą rzeczywistość. Jeżeli wybranie jakiegoś celu nie wywołuje pozytywnych efektów już w chwili obecnej, to jest on bezsensowny, a Ty możesz równie dobrze od razu o nim zapomnieć. Ale jeżeli odczuwasz większą jasność, skupienie i motywację kiedy tylko o nim pomyślisz – to masz coś, czego warto się trzymać.

Wiele osób ustanawia cele, a następnie wybiera taką drogę do nich, która wymaga cierpienia i poświęceń – recepta na porażkę. Lepszy pomysł jest taki, żeby ustanowić cel i obserwować, jakie efekty daje on w dniu dzisiejszym. Ustanawiaj cele, które owocują pozytywnymi efektami zawsze kiedy o nich myślisz, na długo przed pojawieniem się właściwych rezultatów. Traktuj ustanawianie celów jako sposób na polepszenie swojej bieżącej rzeczywistości, a nie na kontrolowanie przyszłości.

Przyjmijmy, że obierasz sobie za cel otwarcie własnej firmy. Wyobrażasz sobie pewien moment w przyszłości, kiedy cieszysz się byciem swoim własnym szefem, robieniem tego, co kochasz, i zarabianiem dużych pieniędzy. Nic w tym złego. Następnie myślisz ile będzie z tym pracy, o ryzyku na jakie się wystawisz – i o innych zniechęcających kwestiach. Porzuciłeś teraźniejszość i rozwodzisz się nad przyszłością, która jest tylko iluzją. Wróć do chwili obecnej i zdaj sobie sprawę, że nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Wymyślasz je tylko. Jakże głupie jest wymyślanie rzeczy, których nawet nie chcesz! A Twoja wyobraźnia tak czy inaczej nie jest bezbłędnym jasnowidzem.

Teraz spróbuj tego: pomyśl o otworzeniu własnej firmy i wyobraź sobie, jak świetnie będzie, gdy wszystko pójdzie gładko. Pozostań w teraźniejszości i rozważ, jak ten cel może podnieść jakość Twojego życia właśnie teraz. Nie za rok. Nie za pięć lat. Nawet nie jutro. Właśnie teraz, w tej dokładnie minucie. Jak działa dla Ciebie cel otworzenia własnej firmy – właśnie tu i teraz? Daje Ci nadzieję? Inspiruje Cię? Obiecuje rozwiązanie Twoich aktualnych problemów? Pozwól tym myślom zawirować przez chwilę w Twojej świadomości. Rozważ, jak cel otworzenia swojej własnej firmy polepsza Twoje życie właśnie teraz. I oczywiście – jeżeli nie widzisz żadnego postępu, zostaw ten cel i rozważ inny.

Pomyśl o paru celach, jakie mógłbyś przed sobą postawić, gdyby nie skupianie się na wyimaginowanych przeszkodach. Czy chcesz zrzucić parę kilogramów? Cieszyć się nowym związkiem? Bardziej satysfakcjonującą karierą? Przestań wyobrażać sobie złe wieści i nieszczęścia na drodze do celu i po prostu skup się na tym, jak każdy z tych pomysłów może polepszyć Twoją aktualną rzeczywistość. Co daje Ci właśnie teraz myśl o dobrej kondycji fizycznej? Co daje Ci właśnie teraz myśl o znalezieniu drugiej połówki? Co daje Ci właśnie teraz myśl o satysfakcjonującej karierze?

Myśląc jak Twoje cele polepszają aktualną rzeczywistość, poczujesz w końcu motywację do działania. Jednocześnie zaczniesz przyciągać zasoby, które pomogą Ci je osiągnąć. Nie potrzeba się zmuszać – odkryjesz, że w naturalny sposób ciągnie Cię do działania, dopóki tylko pilnujesz by skupiać się na teraźniejszości. Kiedy myślisz o celu w sposób, który od razu budzi Twoją motywację, to naturalne że zaczniesz podejmować stosowne działania.

Kiedy ustanawiasz cele, które podnoszą jakość Twojej aktualnej rzeczywistości, to cóż z tego ile czasu zajmie osiągnięcie ostatecznego rezultatu? Czy zajmie to tydzień, czy pięć lat – nieistotne. Cała droga to radość i zabawa. Co ważniejsze, czujesz się szczęśliwy i spełniony właśnie teraz. Dzięki temu chętniej podejmujesz przyjemne działania, więc jesteś też bardziej produktywny.

Do dowolnego celu możesz wyobrażać sobie drogę pełną poświęceń i cierpienia, skupiając się na iluzji przyszłości, albo też możesz pozwolić, by ten cel wywołał w aktualnej rzeczywistości zastrzyk nowej nadziei, entuzjazmu i motywacji. Nawet, jeżeli wygląda to jak ustanawianie celów na przyszłość, to tak naprawdę mowa o teraźniejszości. Im lepiej to zrozumiesz, tym łatwiej i przyjemniej osiągniesz swoje cele.

Jeżeli przyswoisz sobie ten sposób myślenia, to zauważysz że ustanawiasz cele innego typu. Rozmiar i zasięg celu przestanie mieć znaczenie. Najważniejszym czynnikiem będzie to, jaki efekt dany cel wywiera na chwilę obecną kiedy o nim myślisz. Jak już rzeczywiście załapiesz tę koncepcję, w miejsce zbioru niezwiązanych ze sobą celów i priorytetów zaczniesz budować misję na całe życie. Nie ma nawet znaczenia, czy tę misję da się zrealizować w czasie Twojego życia. Co się liczy, to wpływ jaki wywiera na Twoją bieżącą rzeczywistość. Więc przyjmuj sobie spokojnie naprawdę wielką misję, nawet taką, jaka może być niewykonalna w Twoim życiu, o ile tylko misja ta inspiruje Cię i motywuje. Jeżeli misja jest tak poważna, że pozbawia Cię sił, porzuć ją. Ale kiedy naprawdę Cię inspiruje, podążaj za nią.

Zalecam, byś zapomniał o systemach celów typu „W.A.R.T.O”. W.A.R.T.O. = wartościowe, ambitne, realne, terminowe, określone ilościowo (istnieją różne wariacje na ten temat). Takie model może brzmią inteligentnie, ale opierają się na nietrafnym pojmowaniu czasu. Zamiast myśleć o swoich celach jako o umocowanych czasowo projektach, rozważaj każdy cel w świetle efektu wywieranego na aktualnej rzeczywistości.

Wiem, że to zupełnie inny sposób myślenia o celach. To całkiem naturalne, że możesz mieć pewne opory przed nim, zwłaszcza jeżeli model umocowanego czasowo ustanawiania celów jest głęboko zakorzeniony w Twoim myśleniu. Zadaj więc sobie takie pytanie: jak dobrze działa dla Ciebie aktualny sposób ustanawiania celów? W skali od 1 do 10 – jak oceniłbyś swoją skuteczność w ustanawianiu i osiąganiu znaczących celów? Byłbym zaskoczony, gdybyś był powyżej 5. Zmuszanie siebie do stania się lepszym to nie jest rozwiązanie. Cały ten wzorzec jest przede wszystkim wadliwy. To tak jakby próbować pchać wózek z kwadratowymi kółkami. Nie potrzebujesz pchać mocniej – potrzebujesz wózka z okrągłymi kółkami. Wózek z kwadratowymi kółkami wygląda naprawdę zgrabnie, a z kiedy spojrzeć z pewnej perspektywy, to wydaje się, że powinien funkcjonować w porządku. Ale rzeczywistość sama w sobie jest ostatecznym sędzią.

Źródło: How to Set Goals You Will Actually Achieve

Skończyć studia w 3 semestry – 10 porad dla studentów

Po napisaniu artykułu o zarządzaniu czasem pt. „Zrób to teraz”, który oparty był na moich doświadczeniach z ukończenia dwóch fakultetów w trzy semestry, otrzymałem wiele dodatkowych pytań od studentów. Oto 10 rad przygotowanych, żeby pomóc Ci stworzyć produktywną i niezapomnianą studencką przygodę… a przede wszystkim, żebyś intensywnie wykorzystał ten okres Twojego życia.

1. Odpowiedz sobie na pytanie: „Dlaczego idę na studia?”

Wielu studentów naprawdę nie ma jasnego powodu by tam być, poza tym, że lepszego pomysłu nie mają. Zapożyczają od rodziny i rówieśników takie cele, ale nie są to ich własne marzenia.  Właśnie w ten sposób ja zacząłem studia. Ty też?

Jak już wcześniej wspominałem tu na blogu, sprawa z „trzema semestrami” to nie był mój pierwszy raz na studiach. Wcześniej poszedłem na uniwersytet bez odpowiedniego podejścia do zjawienia się tam. W szkole średniej byłem uczniem jadącym na samych piątkach, przewodniczącym klubu matematycznego i kapitanem akademickiej drużyny dziesięcioboistów. Siła rozpędu ciągnęła mnie do przodu – i choć nigdy naprawdę nie zastanowiłem się czy tego właśnie chcę, znalazłem się w sytuacji, gdzie przede mną były kolejne cztery lata szkoły. Wtedy wyglądało to na dobry pomysł, ale po prostu wkładałem w to serca. Konsekwentnie sabotowałem siebie na wielką skalę. Porzuciłem zajęcia i zacząłem „kształcić się” w zakresie imprez i alkoholu. Najwidoczniej ktoś w dziekanacie był uprzedzony wobec studentów ze średnią w okolicach zera, bo wkrótce wyleciałem.

Tamto doświadczenie nieźle mnie zdezorientowało. Byłem zupełnie zdołowany przez jakieś pół roku, kiedy to głównie grałem na komputerze. Ostatecznie, w próbie powrotu na ziemię, zacząłem pracować w sprzedaży detalicznej i starałem się usunąć się w cień, w tym czasie próbując „odnaleźć siebie”. To właśnie wtedy zaczęło się budzić moje zainteresowanie rozwojem osobistym, co konkretnie się opłaciło. Rok później byłem gotów do powrotu na studia i zacząłem od nowa. Tyle, że tym razem wiedziałem, po co tam jestem. Chciałem być programistą, i chciałem uzyskać tytuł z informatyki (później dodałem jeszcze matematykę). Ale to nie było wszystko. Wiedziałem, że jestem w stanie osiągnąć o wiele więcej i chciałem się wybić. Chciałem stworzyć najbogatsze doświadczenie, na jakie było mnie stać. W moim przypadku oznaczało to naprawdę napięty harmonogram.

Twoje cele związane ze studiami będą prawdopodobnie inne niż moje. Jakie to cele? Dlaczego tam jesteś? Jeżeli nie wiesz – przez „wiesz” rozumiem, że naprawdę to czujesz – to nie masz centralnego punktu Twojego doświadczenia. Równie dobrze wcale mogłoby Cię tam nie być. Co jest doświadczeniem, które brzmi prawdziwie dla Ciebie? Czego chcesz się tam nauczyć? Czego chcesz doświadczyć?

2. Wyobraź sobie swoje idealne studenckie przeżycie

Kiedy już określisz konkretnie po co idziesz na studia, wyobraź sobie idealny tego rezultat. Pozwól, by wynikało to z przyczyny Twojego tam pobytu. Czy już zacząłeś studia, czy nie, zatrzymaj się i po prostu zapisz parę cech swojego idealnego przeżycia. Opisz to tak dokładnie, jak potrafisz.

Zanim ja wróciłem do szkoły, spędziłem całe godziny wyobrażając sobie przeżycie, jakiego chciałem doświadczyć. Widziałem siebie poddanego wyzwaniom, ale radzącego sobie z tym łatwo i bez nerwów. Widziałem siebie zdobywającego nowych przyjaciół. Widziałem siebie naprawdę świetnie się bawiącego. Przede wszystkim wyobrażałem sobie bardzo zrównoważone doznania – mieszaninę studiów, aktywności, towarzystwa i zabawy. Słowem, którego używałem, było „bogactwo”.

To był naprawdę ważny krok. Wtedy nie rozumiałem mechanizmu, ale wstępnie programowałem siebie na powodzenie. Kiedykolwiek napotykałem przeszkody, moja idealna wizja była tak bardzo pociągająca, że zawsze byłem w stanie znaleźć sposób, by dostać to czego chciałem. Stałem się współtwórcą swojego przeżycia zamiast być jego bierną ofiarą.

Wizualizacja pozwala Ci popełniać błędy „z góry”. Jeżeli nie możesz stworzyć jasnej wizualizacji, Twoje przeżycia będą równie niewyraźne. Ulepszaj swoją wizualizację dopóki nie zacznie Cię inspirować.

W prawdziwym życiu oczywiście ziści się to inaczej niż sobie wyobrażasz. Sensem wizualizacji nie jest przewidywanie przyszłości czy ograniczenie swojej wolności wyboru później. Sensem jest zapewnienie Ci większej jasności co do decyzji podejmowanych w tej chwili. Twoja idealne, dopracowane wyobrażenie służy za mapę, która poprowadzi Cię przez zatrzęsienie możliwości.

3. Uczęszczaj na co najmniej jedne dodatkowe zajęcia w każdym semestrze

Studenci uczeni są, że 12-15 godzin tygodniowo to „pełny” plan, ale tak lekki plan na pewno nie jest pełny. Osoba pracująca na pełnym etacie poświęca na pracę 40 i więcej godzin tygodniowo, a studenci cieszą się wszelkimi możliwymi wolnymi dniami (plus przerwa wiosenna, ferie zimowe i letnie wakacje). Jeżeli zamierzasz spędzić na studiach cztery czy więcej lat, weź dodatkowe kierunki albo pracuj na boku. Nie daj się przekonać, że masz poruszać się w ślimaczym tempie ot, bo wszyscy tak robią.

Możesz pomyśleć, że 12-15 godzin tygodniowo ma odpowiadać czterdziestu godzinom pracy ze wszelkimi pracami domowymi i studiowaniem poza szkołą, ale to funkcjonuje w ten sposób tylko kiedy funkcjonujesz bardzo niewydajnie (co niestety tyczy się większości ludzi). Jeżeli zastosujesz parę porad na oszczędzanie czasu przedstawionych poniżej, to 15 godzin powinno wymagać jedyni paru dodatkowych godzin poza szkołą, by wypełnić wszelkie zobowiązania. Oczywiście nie mógłbym wziąć 31-39 godzin tygodniowo gdybym zamierzał poświęcać dwa razy tyle czasu na prace domowe. Nie osiągnąłem sukcesu przez przepracowywanie się.

Jeśli jesteś ponadprzeciętnym studentem, możesz z pewnością dać sobie radę z ponadprzeciętnym planem. Czasem nie wiemy na ile nas stać, dopóki trochę się nie przyciśniemy. Jeśli uważasz, że jesteś w stanie poradzić sobie z 15 godzinami zajęć tygodniowo, weź 18 czy 21. Z łatwością możesz w swoim planie uzbierać cały rok oszczędności. Albo możesz dorzucić przedmiot dodatkowy czy dwa razy szybciej zrobić główny.

A co z warunkami zaliczeń? W większości przypadków po prostu je ignorowałem, i szczęśliwie w mojej szkole nie byłem do tego specjalnie zmuszany. Odkryłem, że w większości przypadków gdy podane są warunki, skierowane są one do studentów poniżej przeciętnej. Nie pozwól, by bezsensowna biurokracja spowolniła Cię, jeśli chcesz skończyć studia szybciej. Zawsze jest na to jakiś sposób – zazwyczaj jest to kwestia zdobycia jakiegoś przypadkowego formularza z podpisem osoby zbyt znudzonej, by zastanawiać się czy nie powinno być inaczej. Uśmiech i komplement pozwalają daleko zajść.

Zgodnie z prawem wymuszonej skuteczności, jeśli weźmiesz na siebie więcej, będziesz w stanie znaleźć sposób na zrobienie tego wszystkiego przy wykorzystaniu czasu, który masz do dyspozycji. Tak więc jeśli nie będziesz rzucał sobie małych wyzwań, ten dodatkowy czas przepłynie Ci przez palce.

Myślę, że prawdziwą korzyścią z napiętego planu nie jest to, że skończysz studia wcześniej. Prawdziwą korzyścią jest to, że cieszyć się będziesz bogatszymi przeżyciami. Wzięcie pięciu przedmiotów zamiast czterech oznacza więcej nauki, więcej osiągnięć – i więcej znajomych. A który pracodawca nie byłby zainteresowany studentem, który skończył studia wcześniej, niż jego rówieśnicy? Tego typu rzeczy wyglądają świetnie w CV.

4. Ustanawiaj jasne cele dla każdego przedmiotu

Decyduj, co chcesz wynieść z każdego konkretnego przedmiotu. Czy jest to zagadnienie, którego bardzo chcesz się uczyć? Czy chcesz skierować się do tego nauczyciela po referencje? Czy jest to wymagany przedmiot, który musisz wziąć, ale który poza tym Cię nie interesuje?

Moje cele dla poszczególnych przedmiotów określały, jak często się na nich pojawiałem, czy siadałem z przodu czy z tyłu, jak aktywnie brałem udział w zajęciach, i jakiego rodzaju relację starałem się nawiązać z nauczycielem.

Na niektórych przedmiotach chciałem opanować materiał. Na innych po prostu chciałem mieć piątkę. A po jeszcze innych chciałem ustawić się w kolejce po lśniące listy referencyjne od entuzjastycznie nastawionych wykładowców, których językiem ojczystym był angielski (by listy były bardzo interesujące i przekonujące).

Moja mama przez dekady była akademickim nauczycielem matematyki. W domu opowiadała o studentach których ledwie znała, a którzy prosili ją o listy referencyjne. Wielokrotnie zmuszona była im odmawiać, bo po prostu nie miała o nich nic przekonującego do powiedzenia. Z drugiej strony, cieszyła się mogąc wesprzeć tych studentów, którzy wkładali w naukę poważny wysiłek. Większość nauczycieli chce Ci pomóc, ale musisz pozwolić im ujrzeć Twoje silne strony. Nawet jeśli nie będziesz miał piątki z danego przedmiotu, wciąż możesz dać wykładowcy masę materiału na świetny list polecający, jeśli aktywnie bierzesz udział w zajęciach i okazujesz szacunek nauczycielowi.

Nie ma to nic wspólnego z próbami zmanipulowania swoich wykładowców by kłamali na Twoją korzyść. Prosta prawda jest taka, że jakość listu polecającego ostatecznie sprowadza się do tego, jak bardzo wykładowca Cię szanuje. Nie stawiaj się w desperackiej sytuacji gdzie musisz prosić o referencje nauczyciela, który nawet Cię nie pamięta – albo gorzej, takiego, który ma o Tobie nie najlepsze zdanie. Przygotuj się zawczasu na sukces.

Jeden z profesorów dowiedział się o moim napakowanym planie zajęć i zainteresowało go w jaki sposób sobie z tym radzę. Odbyliśmy bardzo miłą rozmowę o technikach zarządzania czasem. Miałem z tym profesorem trochę zajęć z programowania i na wszystkich błyszczałem. Doszedłem do wniosku, że był wspaniałym nauczycielem, miałem do niego wielki szacunek, i całkiem lubiłem jego zajęcia. Gdy przyszło do poproszenia go o referencje, napisał jeden z najbardziej pochlebnych listów jakie można sobie wyobrazić („najlepszy student, jakiego spotkałem w mojej karierze” itd.).

Z drugiej strony, miałem pewnych wykładowców, którzy byli otwarcie podli. Nie chodziłem na ich zajęcia, a materiału uczyłem się z podręcznika. Oczywiście później nie szukałem ich wsparcia.

Czasem osiągniesz swoje cele, czasem nie. Nawet jeżeli dasz z siebie wszystko, wciąż może Cię spotkać niepowodzenie. Możesz spotkać wykładowców, którzy będą niesprawiedliwi, leniwi, seksistowscy, rasistowscy czy w inny sposób niekompetentni. Moja żona miała otwarcie seksistowskiego profesora, który nigdy nie dawał studentkom oceny wyższej niż cztery, nieważne jak dobrze by sobie radziła. Mówił rzeczy w stylu: „Jeśli jesteś mężczyzną, musisz ciężko pracować na tych zajęciach. Jeśli jesteś kobietą, po prostu wpadnij po godzinach do mojego biura.” W końcu wysunięto przeciw niemu zarzuty o molestowanie seksualne. Musisz wybierać swoje bitwy. W niektórych warto walczyć, inne najlepiej zignorować. Posiadanie jasnych celów pomoże Ci odróżnić która jest która.

5. Eliminuj bezlitośnie

Nie potrzebujesz wkładać takiego samego wysiłku w każdy przedmiot. Dorzuć extra staranie, gdy jest to dla Ciebie ważne, ale spokojnie dawaj sobie nieco luzu na przedmiotach którym – na podstawie swoich konkretnych celów – przypisujesz niski priorytet. Dla mnie był to ważny sposób na zachowanie energii. Nie mogłem ciągnąć wszystkich zajęć na pełnym gazie, bo inaczej wypaliłbym się, więc inwestowałem moją energię tam, gdzie miało to największe znaczenie.

W planie każdego studenta niektóre zajęcia są kluczowe, podczas gdy inne błahe. W ciągu typowego tygodnia opuszczałem około 40% moich zajęć bo po prostu nie musiałem tam być. Na niektórych zajęciach obecność była konieczna, ale na innych nie robiła większej różnicy. W razie potrzeby mogłem po prostu wziąć notatki od innego studenta, czy też nauczyć się materiału z podręcznika. Jeśli chodzenie na dane zajęcia nie było dla mnie konieczne (zależnie od moich celów dla tego przedmiotu), zazwyczaj opuszczałem je. Oszczędziło mi to wiele czasu i powstrzymało przed siedzeniem w klasie przez cały dzień. Czasem po prostu wyskakiwaliśmy ze znajomymi coś zjeść, żeby dać sobie dodatkową przerwę.

Eliminowałem też pojedyncze zadania. Kiedy czułem, że zadanie było kiepskie, bezcelowe czy niepotrzebnie nudne, i gdy nie miało to zbyt negatywnego wpływu na moją ocenę, zazwyczaj je sobie darowałem. Pewnego razu zadano mi nudny referat, który przekładał się na 10% mojej oceny. Naprawdę nie chciałem go robić, a wymagało to o poświęcenia wiele więcej godzin niż według mnie było warte. Z tego przedmiotu wychodziła mi piątka, a gdybym nie wykonał tego zadania, spadłbym na pięć minus. Tak więc z szacunkiem powiedziałem profesorowi, że rezygnuję z zadania i że uważam, iż otrzymać 5- by móc zainwestować te godziny w co innego to uczciwa wymiana. On mnie już znał i rozumiał moje pobudki. Wystawił mi 5-, a dla mnie to było w porządku. To rzeczywiście była uczciwa wymiana. Tak naprawdę to spoglądając wstecz żałuję że nie postępowałem w ten sposób częściej.

Czasem nauczyciele robią się trochę zbyt radośni jeśli chodzi o prace domowe i serwują zadania które naprawdę nie uzasadniają wysiłku. Jednak to Ty jesteś odpowiedzialny za swoje akademickie przeżycie, nie Twoi nauczyciele. Nie przyjmuj, że musisz wykonać każde zadanie tylko dlatego, że nauczyciel uważa to za dobry pomysł. Ty bądź sędzią w zgodzie ze swoimi własnymi powodami do studiowania. Upewnij się tylko, że dobrze rozważyłeś konsekwencje swojej decyzji.

Podkradając czas z zadań o niskim priorytecie byłem w stanie zainwestować go więcej w prawdziwe klejnoty. Niektóre twórcze zadania nauczyły mnie wiele. Zazwyczaj pasjami nie znosiłem projektów grupowych, ale była jedna szczególna grupa gdzie zespół naprawdę dawał radę. Ogromnie to lubiłem i dużo się tam nauczyłem.

Fajną techniką eliminowania niepotrzebnych spraw był „timeboxing”. Oceniałem jaka ilość czasu była uzasadniona na dane zadanie, a potem wykonywałem najlepszą robotę jaką byłem w stanie, mieszcząc się w przydzielonym czasie. Tak więc kiedy miałem do napisania dziesięciostronicową pracę na temat europejskiej historii, mogłem poświęcić na to w sumie 8 godzin. Rozdzielałem tych 8 godzin na wybór tematu, planowanie, pracę w bibliotece, przygotowanie szkicu, pisanie i korektę, a później starałem się jak umiałem by zmieścić się w tym czasie. Był to świetny sposób by powstrzymać się od przedobrzenia z projektem który tego nie wymagał.

W pewnym sensie była to moja własna metoda na równoważenie obciążenia. Niektóre z Twoich zadań nie będą zrównoważone w sensie, że wydają się wymagać niedorzecznej ilości wysiłku w porównaniu z tym, jak przekładają się na Twoją ocenę czy jak wiele Ty spodziewasz się na nich skorzystać. Czasem dochodziłem do wniosku, że po prostu nie ma uzasadnienia dla wysiłku pisania pracy na piątkę. Być może oceniałem, że wykonanie pracy na piątkę zajęłoby mi 20 godzin, a tylko 10 godzin wykonanie pracy na czwórkę. I jeżeli zadanie przekładało się na jedynie 10% mojej oceny, ewentualnie mogłem zaakceptować tu czwórkę. W tamtym czasie często myślałem w ten makiaweliczny sposób, i często ku swojemu zaskoczeniu odkrywałem, że moje czwórkowej jakości prace i tak wracały z piątką.

6. Rozpoczynaj wcześnie każdy dzień

Pisałem wcześniej o korzyściach płynących z wyrobienia sobie nawyku wczesnego wstawania. Będąc na studiach nie wstawałem o piątej rano, ale zazwyczaj wstawałem około szóstej-siódmej. Odkryłem, że wczesne rozpoczynanie każdego dnia pomagało mi doprowadzać więcej zadań do końca, nie tylko z rana, ale też w ciągu dnia. Zaczynałem każdy dzień 25-minutową przebieżką, po której brałem prysznic i jadłem śniadanie. Ta prosta poranna rutyna sprawiała, że wychodziłem z domu rześki i pełen energii.

Skłamałbym mówiąc, że wstawałem rano, bo tego chciałem. To naprawdę wynikało z konieczności. Miałem wiele porannych zajęć, włączając w to wykłady o 7:30 przez jeden semestr. Ale cieszę się, że tak robiłem, ponieważ gdybym nie miał tamtych porannych zajęć, po prostu spałbym więcej niż potrzebowałem. Nawet jeżeli nienawidzisz porannych zajęć, możesz odkryć tak jak ja, że jesteś o wiele bardziej produktywny jeżeli mimo wszystko uwzględnisz je w swoim planie.

7. Odzyskuj czas tracony podczas zajęć

Powiedzmy to sobie szczerze. Nie każde zajęcia będą wymagały od Ciebie najwyższej koncentracji. Czasem wykład to zwykła paplanina nauczyciela. Czasem powtarzają w kółko to, co już wiesz. Jaki procent czasu zajęć wymaga Twojej pełnej, skupionej uwagi? Na niektórych zajęciach będzie to 90%. Na innych to 20%. Jeśli nie uczysz się aktywnie podczas zajęć, marnujesz czas. Jeżeli wykład jest rzeczywiście wymagający, usiądź z przodu i pochłaniaj każde słowo. Ale jeżeli wykład nie stanowi dla Ciebie wyzwania, to siądź z tyłu, zrób pracę domową na inny przedmiot, i spójrz tylko od czasu do czasu czy pojawiło się cokolwiek wartego zanotowania. Miej zawsze otwartą książkę, wtedy gdy twój radosny profesor odpłynie z kolejnymi wspominkami o latach ’60, Ty będziesz miał coś pożytecznego do roboty.

To jest zaskakująco dobry lek na nudę. Jeśli profesor mówił jednostajnym głosem, wszystkich usypiając, ja pracowałem nad zadaniami z programowania. Zazwyczaj rozpisywałem je na kartce, a następnie szedłem do sali komputerowej między zajęciami i przepisywałem. W ten sposób nie miałem potrzeby spędzania wiele czasu na laboratoriach, czasem wystarczyło 10-15 minut, jeśli mój program za pierwszym razem zadziałał dobrze.

Będziesz zachwycony tym, jak wiele czasu możesz uwolnić, stosując tę metodę. Byłem w stanie zrobić masę moich zadań na zajęciach (ale zazwyczaj nie na zajęciach, z których były te zadania). Jeżeli właśnie teraz jesteś w szkole, rzucam Ci wyzwanie: przekonaj się, jak wiele prac domowych możesz zrobić dziś w czasie swoich zwykłych zajęć. Następnie oceń, ile godzin oszczędzisz każdego tygodnia dzięki takiemu zwyczajowi. To się naprawdę zbiera do kupy.

Nie możesz bez przerwy koncentrować się maksymalnie, nie zapominaj więc o przerwach. Kiedy jednak potrzebujesz przerwy, niech będzie to prawdziwa chwila wytchnienia. Ja zazwyczaj pomiędzy wykładami medytowałem czy ucinałem sobie drzemkę na trawie aby podładować baterie. Używałem budzika w zegarku by dać sobie sygnał do wstania i dalszego działania. Te przerwy były bardzo wzmacniające i mogłem po nich iść na kolejne zajęcia znów w pełnej gotowości. Nigdy nie pracowałem jednostajnie przez cały dzień. Pracowałem falami od pełnej koncentracji po pełen relaks, każdego dnia wielokrotnie powtarzając takie cykle.

8. Opanowuj materiał od razu, gdy jest wprowadzany

Jeden z największych marnotrawców czasu w szkole to konieczność ponownego uczenia się czegoś, czego nie opanowałeś odpowiednio za pierwszym razem. Gdy studenci mówią, że studiują, w większości przypadków nadrabiają wcześniejsze niepowodzenia w opanowywaniu materiału.

W produkcji oprogramowania powszechnie wiadomo, że błędy należy usuwać jak najszybciej po ich ujawnieniu się. Czekanie z poprawkami do końca projektu może oznaczać 50 razy większy wysiłek niż byłby konieczny do usunięcia błędu gdy został zauważony po raz pierwszy. Nieopanowywanie tego, czego niby jesteś uczony każdego dnia jest poważnym błędem. Nie próbuj układać stosów nowej wiedzy na niestabilnych podstawach, gdyż jeszcze więcej czasu zabierze uporządkowanie tego później.

Jeżeli nie zrozumiałeś czegoś, co było na dzisiejszych zajęciach, potraktuj to jako błąd, który musi zostać naprawiony tak szybko, jak to możliwe. Nie odkładaj tego. Nie ładuj na to kolejnego materiału. Jeżeli nie rozumiesz słowa, pojęcia czy lekcji, rzuć wszystko i zrób to, co konieczne, by uzupełnić wiedzę zanim pójdziesz dalej. Zadawaj pytania na zajęciach, poproś innego studenta by Ci to wytłumaczył, czytaj i jeszcze raz czytaj podręcznik, i/lub odwiedź profesora na konsultacjach, ale naucz się tego choćbyś miał stanąć na głowie.

Normalnie z matematyki byłem asem, może dlatego, że moja mama jest uniwersyteckim nauczycielem matematyki która na wykłady z analizy matematycznej chodziła będąc ze mną w ciąży. Ponadto mój tata był inżynierem lotniczym, więc pewnie mam do tego geny. Ale było parę tematów, które okazały się dla mnie niezrozumiałe, gdy wprowadzono je po raz pierwszy: wartości własne i wektory własne macierzy. Jeśli chodzi o naukę, to zdecydowanie jestem wzrokowcem, co normalnie na studiach jest zaletą, ale te abstrakcyjne pojęcia były dla mnie trudne do zwizualizowania. Wiele innych osób na tych zajęciach również miała z nimi trudności. Zainwestowałem dodatkowy wysiłek niezbędny do załapania tych pojęć i dostałem z wykładu piątkę, ponieważ potraktowałem problem, jaki mi to sprawiało, jako błąd, który musiał być naprawiony natychmiast. Studenci, którzy pozwolili by ich niepewność trwała, stawali się coraz bardziej i bardziej zagubieni, gdy kurs postępował, a zakuwanie pod koniec nie było w stanie zapewnić pełnego zrozumienia. Zupełnie tak, jak błędy programistyczne, niepewność wiedzy mnoży się pozostawiona sama sobie, więc kończ z nią tak szybko, jak to możliwe. Jeżeli nie jesteś pewien co do jakiegokolwiek materiału, którego Cię uczą, masz przed sobą błąd wymagający naprawienia. Nie ruszaj dalej, dopóki nie będziesz mógł powiedzieć sobie uczciwie: „Tak, rozumiem to… co dalej?”.

W idealnej sytuacji nie powinno być potrzeby nauki poza zajęciami, przynajmniej w sensie ponownego uczenia się materiału, którego nie opanowałeś za pierwszym razem. Możesz powtarzać wcześniejszy materiał by odświeżyć sobie pamięć, ale nie powinieneś być zmuszony do poświęcenia choćby minuty swojego czasu na ponowną naukę czegoś, czego uczono miesiąc czy dwa wcześniej.

W czasie sesji byłem prawdopodobnie najmniej zestresowanym studentem ze wszystkich. Nie musiałem się uczyć, bo gdy nadchodził egzamin końcowy, w moim umyśle kurs był już zakończony. Test był tylko formalnością. Gdy wszyscy inni zakuwali, ja byłem w galerii handlowej i grałem w gry wideo. Już wcześniej opanowałem materiał i wykonałem wszystkie zadania (przynajmniej te, które miałem zamiar zrobić). Co najwyżej wieczorem przed testem spędzałem trochę czasu na przeglądaniu swoich notatek by odświeżyć sobie materiał. Czyż nie tak studiowanie powinno działać? W przeciwnym razie, jaki jest sens chodzenia na zajęcia przez cały semestr?

Podczas każdego semestru zadawaj sobie to pytanie: czy jestem w tej chwili gotów do odpowiedzi ze wszystkiego, czego dotychczas mnie uczyli? Jeżeli Twoja odpowiedź kiedykolwiek będzie brzmiała „nie”, to znaczy, że masz zaległości i musisz nadgonić je natychmiast. W idealnej sytuacji powinieneś być w stanie odpowiedzieć na to pytanie „tak” przynajmniej raz w tygodniu, dla każdego przedmiotu.

Nawet niewielkie zaległości są bardzo stresujące w ogromnym stopniu przyczyniają się do marnowania czasu. Po pierwsze, musisz cofać się i ponownie uczyć się starego materiału, gdy reszta grupy poszła już do przodu. Po drugie, nie możesz nauczyć się nowego materiału tak dobrze, gdy opiera się on na starym materiale, gdyż brakuje Ci solidnej bazy, więc w efekcie zbierasz jeszcze większe i większe zaległości. Potem, gdy nadchodzi koniec semestru, kończysz z koniecznością uczenia się wszystkiego od nowa. Ale ponieważ wkuwasz w ostatniej chwili, po sesji tak czy inaczej wszystkiego zapominasz. Jaki jest sens takiej głupoty? To jak nadużywanie karty kredytowej, za którą naliczają Ci 25% odsetek. W końcu będziesz musiał to spłacić, i to na dłuższą metę będzie Cię kosztować o wiele więcej czasu.

Włóż ten wysiłek w opanowanie materiału wystarczająco dobrze, by ze wszystkich swoich przedmiotów móc dostać piątkę. To się zwróci. Wiele materiału, którego się uczysz, będzie opierać się na wcześniejszym. Jeśli dostaniesz piątki na początkowych kursach, będziesz dobrze przygotowany do dokładania sobie nowej wiedzy na drugim roku. Ale jeżeli na pierwszym roku będziesz jechał na trójach, już zaczynając drugi rok opierasz się na niestabilnej podstawie, utrudniając sobie znacznie podciągnięcie ocen i prawdziwe opanowanie materiału. Uczyń solidne piątki swoim celem dla każdego semestru. Na dłuższa metę jest to o wiele łatwiejsze. Odkryłem, że trójkowi studenci musieli pracować o wiele ciężej niż ja, zwłaszcza na wcześniejszych i późniejszych latach, ponieważ oni zawsze bawili się w nadrabianie. Pomimo, że mój plan był przepełniony, nie był dla mnie stresujący bo z każdym przedmiotem trzymałem się na czele. Konsekwentnie, miałem masę czasu na zabawę, gdy inni studenci doświadczali wiele stresu, ponieważ stale czuli się nieprzygotowani.

9. Opanuj zaawansowane techniki pamięciowe

Jednym z kluczy do uczenia się materiału gdy jest on wprowadzany po raz pierwszy jest wyćwiczenie się w zaawansowanych technikach pamięciowych. Często z nich korzystałem na zajęciach, które wymagały po prostu wkucia pewnych faktów, włączając w to nazwiska, daty czy wzory matematyczne. Jeżeli nauczyciel pisał na tablicy coś, co miało być zapamiętane w dosłownej formie na nadchodzący egzamin, zapamiętywałem to tu i teraz. Dzięki temu nie musiałem się cofać i studiować tego później.

Z pewnością spotkałeś się z prostymi technikami zapamiętywania, takimi jak użycie zdania „Czemu Patrzysz Żabo Zielona Na Głupiego Fanfarona” by zapamiętać kolejność kolorów tęczy. Sztuczki tego typu działają dobrze w pewnych sytuacjach, ale są bardzo w stylu szkoły podstawowej. Istnieją o wiele bardziej wydajne techniki wizualne. Dwie, na których w szkole opierałem się najbardziej, to metoda łańcuchowa i szufladkowanie.

Szczegółowe wytłumaczenie tych technik wykracza poza zakres tego artykułu, ale możesz znaleźć wiele książek na temat poprawiania pamięci, jak na przykład „Sekrety Superpamięci” Harry’ego Lorrayne’a. Zalecam uczenie się z książki, ponieważ w ten sposób krok po kroku budujesz sobie solidną podstawę.

Te techniki pozwolą Ci zapamiętywać informacje bardzo szybko. Na przykład przy użyciu szufladkowania jestem zazwyczaj w stanie zapamiętać listę 20 przedmiotów w około 90 sekund i przypominać ją sobie doskonale nawet tygodnie później. Specjaliści od tej techniki są jeszcze szybsi. Może to robić każdy – to tylko kwestia treningu.

Dziś wciąż korzystam z tych technik. Metoda łańcuchowa pozwala mi zapamiętywać wizualnie moje przemówienia. Kiedy przemawiam, moja przez moją wyobraźnię przewija się „film”, który sobie stworzyłem podczas gdy ja w locie dobieram słowa pasujące do obrazów. To jak narracja do filmu. Moje przemówienie nie jest zapamiętane słowo po słowie, więc brzmi naturalnie i spontanicznie i może być w locie zaadaptowane do sytuacji. Zapamiętywanie wizualne jest o wiele szybsze i solidniejsze niż próby zapamiętywania słowo po słowie. Jeżeli zapamiętasz przemówienie słowo po słowie i zapomnisz jednego zdania, może Cię to naprawdę wytrącić z rytmu. Ale mając serię obrazów łatwiej jest przeskoczyć do następnej klatki, jeżeli popełnisz błąd. Nasze mózgi są dostosowane lepiej do zapamiętywania wzrokowego niż do fonetycznego.

Nie polecam zapamiętywania przez powtarzanie, bo jest to o wiele zbyt wolne. Metoda szufladkowa i łańcuchowa nie wymagają powtarzania – pozwalają Ci one na solidne zapamiętanie informacji za jednym podejściem, zazwyczaj w ciągu sekund. Wada jest taka, że opanowanie tych dwóch metod wymaga wiele wcześniejszego ćwiczenia, ale gdy już się ich nauczysz, są one cennymi umiejętnościami które zostają Ci na całe życie. Odkryłem też, że opanowanie tych technik zdawało się usprawnić moją pamięć jako całość, nawet gdy nie starałem się aktywnie zapamiętać informacji. Myślę, że to ćwiczenie wytrenowało moją podświadomość do zbierania i przywoływania informacji bardziej efektywnie.

Szkoda, że tych technik nie uczy się w szkołach. Zaoszczędziłyby studentom ogromnych ilości czasu. Zrób sobie przysługę i opanuj je, gdy jesteś młody. Mają wiele praktycznych zastosowań, włączając w to zapamiętywanie imion ludzi.

10. Baw się naprawdę dobrze!

Podejmij wyzwanie, jeśli chodzi o studia, ale daj sobie również wiele czasu na zabawę. Nie trwoń swojego czasu dla przyjemności na kręcenie się w kółko nic nie robiąc. Wyjdź i zrób coś aktywnie, coś, co pozwoli Ci się wyładować i zwiększy Twoją energię.

Jedną z moich ulubionych aktywnych rozrywek na studiach był frisbee-golf (zwany też disc-golfem). Wieczorami często godzinami grałem z kilkoma znajomymi, czasem dopóki na moich palcach nie pojawiły się pęcherze… albo póki ochrona kampusu nie wykopała nas za trafienie zbyt wielu nie grających z nami studentów. 🙂

Grając we frisbee-golfa często buszowaliśmy po krzakach, brodziliśmy w fontannach i wspinaliśmy się w różne ryzykowne miejsca by odzyskać pogubione frisbee. Było w tym zawsze mnóstwo frajdy, a my zazwyczaj graliśmy bawiliśmy się tymi utrudnieniami. Kilka godzin frisbee-golfa służyło za wyśmienitą nagrodę na koniec wymagającego tygodnia. Wciąż pamiętam bezpośredni strzał, jakim z balkonu na drugim piętrze trafiłem słup lampy na skraju boiska piłkarskiego.

Jeśli chodzi o czas studiów, najbardziej żałuję, że nie miałem w tamtym czasie dziewczyny. Gdybym miał to wszystko powtórzyć, prawdopodobnie wziąłbym jeden dodatkowy semestr i mniej zajęć, by mieć czas dla tej wyjątkowej osoby. Miałem okazję, ale przepuściłem ją ponieważ mój plan był zbyt wypchany. Dziewczyny mogą dać mnóstwo frajdy, ale większość nie jest w tym zbyt skuteczna. 😉

Rady z tego artykułu mają na celu sprawić, by Twoje doświadczenia ze studiów były tak bogate i godne zapamiętania, jak to możliwe. Wykonuj swoje szkolne zadania szybko i wydajnie, abyś miał wiele czasu na korzystanie z różnorodnych możliwości, jakie mogą dać studia. Zapisuj się do klubów. Graj we frisbee. Znajdź sobie chłopaka albo dziewczynę. Najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić, to spędzać swój czas opuszczając się w nauce z powodu złych nawyków, ciągłego poczucia nieprzygotowania i stresu by następnie zajmować się nadrabianiem zaległości. Wyciśnij ze studiów tak wiele, jak się da, i pozwól by służyło Ci to za odskocznię do całego życia w spełnieniu.

Ludzie często zakładają, że mój agresywnie skonstruowany plan musiał być stresujący i wyczerpujący, ale – o ironio! – było dokładnie odwrotnie. Wyglądało na to, że mam łatwiej i dużo przyjemniej niż moi rówieśnicy. Studenci z lżejszymi planami zwalniali tempo i zostawali w tyle bo przekonywali siebie, że będą mogli uzupełnić braki później. Ale ja nie mogłem sobie na to pozwolić, bo byłoby dla mnie niemożliwym gonić na dwunastu różnych przedmiotach… i o wiele zbyt stresujące było w ogóle o tym pomyśleć. Gdybym opuścił się chociaż o tydzień, byłbym w poważnych kłopotach. Byłem więc zafascynowany rozwijaniem dobrych nawyków, które sprawiały że stale byłem zrelaksowany, skupiony i pełen energii. Wiele z nawyków omówionych powyżej wynikło po prostu z postawienia sobie celu skończenia studiów w trzy semestry. Ten cel wyznaczał konkretny proces. Jestem bardzo wdzięczny za to doświadczenie, ponieważ pokazało mi ono jak wiele bardziej efektywni możemy być, gdy tylko zmusimy się do wyjścia poza swoją strefę komfortu. To nauczyło mnie stawiać sobie cele daleko bardziej ambitne niż to, co czułem, że jestem w stanie osiągnąć. Często to, co uważamy za niemożliwe, po prostu takie nie jest. My tylko myślimy, że jest.

Źródło: 10 Tips For College Students

Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?

Czy kiedy Twój budzik dzwoni rano, ciężko jest Ci natychmiast wstać? Czy w tej sytuacji szukasz przycisku drzemki i wracasz do spania?

Mój codzienny poranny rytuał wyglądał podobnie. Kiedy mój budzik rozbrzmiewał swoim piekielnym hałasem, natychmiast wyłączałem cholerstwo. Wtedy pod wpływem porannego zamroczenia z wolna rozmyślałem czy właściwie to powinienem wstać, czy nie:

Pod kołdrą jest tak miło i ciepło. Jeżeli wstanę, to będzie mi zimno. To nie będzie przyjemne.

Och, naprawdę powinienem już wstać. Hej, nogi… ruszcie się. Jazda, nogi, jazda. Hmmm…. nie tak wprawia się w ruch własne nogi, co nie? Wygląda na to, że mnie nie słuchają.

Powinienem pójść na siłownię. Taaa. Hmmm… ale naprawdę nie mam teraz ochoty na ćwiczenia. Nie zjadłem nawet śniadania. Może najpierw powinienem zjeść mufinkę. Z nutellą i bananem. O, i to jest dobra mufinka.

Może próbuję wstawać zbyt wcześnie. Wciąż jestem senny, no nie? Może budzenie się na budzik jest nienaturalne. Czyż sypiając więcej nie będę lepiej funkcjonować?

Nie muszę wstawać właśnie w tej minucie, prawda? Z pewnością mogę się zrelaksować jeszcze na pięć minut czy coś. Świat się nie skończy, jeśli nie wstanę właśnie teraz.

Założę się, że moja żona jest teraz smakowicie cieplutka. Mówiła, że nienawidzi kiedy próbuję się do niej przytulać o 6 rano, no ale co… chyba kocha mnie dość mocno, by mi wybaczyć, nie? Już wiem… najpierw zacznę masować jej plecy i ramiona. Ona nie może oprzeć się dobremu masażowi, nawet tak wcześnie rano. Potem przejdę do drapania po głowie. Tak, to się uda. A potem prześliznę się prosto do pozycji na łyżeczkę. Czyż nie będzie to przyjemny sposób na rozpoczęcie dnia?

[ Szur… szur… Zzzzzzzz ]

Dwie godziny później…

Ja: Która godzina? Nie przypominam sobie nawet kiedy dzwonił budzik. No, ale przytulanki były niezłe. Dobra, wygląda na to, że dziś będę musiał darować sobie ćwiczenia.

Żona: Po co ciągle ustawiasz budzik, skoro nie wstajesz jak zadzwoni?

Ja: Och, myślałaś, że to mój budzik na pobudkę? Tak naprawdę to jest budzik na przytulanie.

OK, więc tak naprawdę nie miałem zamiaru, by to był budzik na przytulanie. Zamierzałem wstać kiedy zadzwoni, ale mój zamglony umysł nie przestawał nakłaniać mnie do powrotu do spania.

Przewijamy do dnia dzisiejszego…

Budzik dzwoni gdzieś między czwartą a piątą rano… nigdy później, niż o piątej. Nawet w weekendy i dni wolne. Wyłączam budzik w ciągu paru sekund. Płuca wypełnia głęboki wdech powietrza, przez jakieś dwie sekundy rozciągam się na wszystkie strony. Wkrótce stopy trafiają na ziemię – i już się ubieram, kiedy moja żona nadal drzemie. Schodzę na dół, biorę jakiś owoc, zaglądam do gabinetu żeby przejrzeć parę maili i o 5:15 pora wyjść na siłownię.

Ale tym razem w mojej głowie nie ma głosu zastanawiającego się, co powinienem zrobić. Nie jest to tym razem nawet pozytywny głos – po prostu go nie ma. Wszystko odbywa się na autopilocie, nawet zanim umysł całkowicie się obudzi. Nie powiem by taka codzienna rutyna jakiejkolwiek samodyscypliny. Jest to w zupełności odruch warunkowy. Tak jakby mój świadomy umysł był sobie na przejażdżce, podczas której podświadomość kontroluje ciało. Co rano, kiedy dzwoni budzik, reaguję zupełnie jak pies Pawłowa. Właściwie to trudniej byłoby mi nie wstać, kiedy dzwoni budzik.

Jak więc przejść od pierwszego scenariusza do drugiego?

Najpierw rozważmy sposób, w jaki większość ludzi próbuje poradzić sobie z tym problemem – który ja uważam za nieodpowiedni.

Nieodpowiedni sposób jest taki, że co rano do wywleczenia się z łóżka próbujesz zaprząc siłę woli – opartą na świadomości. Może raz na jakiś czas się uda, ale powiedzmy sobie szczerze: nie zawsze będziesz jasno myślał akurat w momencie, gdy zadzwoni budzik. Możesz doświadczyć tego, co ja nazywam umysłową mgłą. Decyzje podejmowane w tym stanie niekoniecznie będą takie same, jak podejmowane w całkowitej świadomości i wybudzeniu. Ani nie możesz, ani nie powinieneś w pełni sobie ufać.

Kiedy przyjmujesz takie podejście, istnieje spora szansa że wpadniesz w pułapkę. Z góry decydujesz się wstać o jakieś godzinie, a potem decyzję odwołujesz jak tylko zadzwoni budzik. O dziesiątej wieczorem stwierdzasz, że dobrze będzie wstać o piątej rano. Ale o piątej decydujesz, że lepiej wstać o ósmej. Spójrzmy prawdzie w oczy – dobrze wiesz, w rzeczywistości chciałeś zrealizować plan z dziesiątej… gdybyś tylko potrafił przymusić do tego swoje poranne alter ego.

A teraz tak – niektórzy ludzie natrafiając na taką łamigłówkę dojdą do wniosku, że potrzeba im po prostu więcej dyscypliny. Jest w tym w sumie ziarno prawdy, tylko nie takie jakiego byś oczekiwał. Jeżeli chcesz wstawać o piątej, nie potrzebujesz zwiększonej dyscypliny o piątej. Nie potrzebujesz lepszej wewnętrznej gadki. Nie potrzebujesz dwóch czy trzech budzików rozrzuconych po pokoju. I nie potrzebujesz zaawansowanego budzika z technologią rodem z kosmicznej toalety skonstruowanej przez NASA.

W rzeczywistości potrzeba Ci więcej dyscypliny kiedy jesteś całkiem przytomny i świadomy. Potrzebujesz dyscypliny by zaakceptować fakt, że nie możesz sobie w pełni zaufać i spodziewać się po sobie podejmowania inteligentnych, świadomych decyzji chwilę po przebudzeniu. Potrzebujesz dyscypliny by uzmysłowić sobie, że o piątej rano nie będziesz podejmować najlepszych możliwych decyzji. Twój trener o piątej rano jest do niczego, więc musisz go wylać.

Jakie w takim razie jest realne rozwiązanie? Polega ono na delegowaniu problemu. Przerzuć wszystko na swoją podświadomość. Wyłącz ze sprawy świadomy umysł.

A jak to zrobić? W ten sam sposób, jak opanowałeś dowolną inną powtarzalną czynność. Ćwiczysz, aż stanie się to rutyną. W końcu Twoja podświadomość przejmie kontrolę i wykona program na autopilocie.

To może brzmieć naprawdę głupio, ale działa. Ćwicz wstawanie w momencie, gdy dzwoni budzik. Właśnie tak – ćwicz. Ale nie rób tego rano. Rób to w ciągu dnia, kiedy jesteś całkiem przytomny.

Idź do sypialni i przygotuj pokój tak, by jak najlepiej przypominał warunki, w których zamierzasz wstawać. Zaciemnij pomieszczenie albo ćwicz wieczorem, po zachodzie słońca, kiedy już jest ciemno. Jeżeli sypiasz w piżamie – załóż piżamę. Jeżeli przed snem myjesz zęby, to umyj zęby. Jeżeli przed snem zdejmujesz okulary czy soczewki kontaktowe, teraz też to zrób.

Ustaw budzik na kilka minut później. Połóż się do łóżka tak, jak gdybyś spał i zamknij oczy. Ułóż się w swojej ulubionej pozycji. Wyobraź sobie, że jest wcześnie rano… kilka minut przed godziną, o której chcesz wstać. Udawaj, że rzeczywiście śpisz. Wyobraź sobie miejsce ze snu, czy po prostu najlepiej jak potrafisz odpłyń myślami.

A kiedy budzik zadzwoni, wyłącz go tak szybko, jak potrafisz. Następnie weź głęboki oddech, który całkowicie wypełni Twoje płuca i przeciągnij we wszystkie strony na parę sekund… tak, jak przeciągasz się ziewając. Potem usiądź, stopy postaw na podłodze i wstań. Uśmiechnij się szeroko. Potem przejdź do następnej czynności, jaką chciałbyś robić zaraz po przebudzeniu. Ja się w tym momencie ubieram.

Teraz otrząśnij się, przywróć warunki sprzed przebudzenia, wróć do łóżka, ponownie ustaw budzik i powtórz wszystko. Powtarzaj to i powtarzaj, dopóki nie stanie się tak automatyczne, że przez cały rytuał przechodzisz w ogóle o nim nie myśląc. Jeżeli powtarzasz sobie w myśli którykolwiek z kroków (np. słyszysz w głowie głos, który mówi Ci co masz robić) to jeszcze nie osiągnąłeś celu.

Nie krępuj się, w ciągu kilku dni poświęć czas na parę sesji takich ćwiczeń. Myśl o tym jak o robieniu zestawu ćwiczeń i powtórzeń na siłowni. Rób jeden czy dwa zestawy dziennie o różnych porach… i może 3-10 powtórzeń za każdym razem.

Tak, to będzie wymagało nieco czasu, ale to nic w porównaniu z tym, co na dłuższą metę zaoszczędzisz. Kilka godzin ćwiczeń dziś pozwoli Ci zaoszczędzić setki godzin w każdym kolejnym roku.

Odpowiednia ilość ćwiczeń – nie jestem w stanie dokładnie określić, ile Ci to zajmie, bo u każdego jest inaczej – doprowadzi do uwarunkowania fizjologicznej reakcji na dźwięk budzika. Kiedy budzik zadzwoni, wstaniesz automatycznie, nawet o tym nie myśląc. Im więcej razy powtórzysz ten schemat, tym odruch będzie silniejszy. W pewnym momencie nie wstanie po usłyszeniu budzika zacznie się wiązać z dyskomfortem. Odczucie będzie podobne jak przy zakładaniu spodni zaczynając od drugiej nogi niż zwykle.

Możesz też ćwiczyć w myślach, pod warunkiem że potrafisz dobrze wizualizować. Ćwiczenie w myślach zabiera mniej czasu, ale według mnie najlepiej jest przejść wszystko fizycznie. Są drobne detale, które mogą Ci umknąć przy przeprowadzaniu ćwiczenia tylko w myślach – a chcesz, by podświadomość poczuła prawdziwy smak tego doświadczenia. Więc jeśli wolisz ćwiczyć w myślach, to i tak zrób to fizycznie przynajmniej przez pierwszych parę razy.

Im więcej ćwiczysz swój pobudkowy rytuał, tym głębiej zakorzeni się on w Twojej podświadomości. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj.

Kiedy stanie się to już codziennym nawykiem, nie będziesz potrzebował więcej ćwiczenia w ciągu dnia. Tego typu nawyk wzmacnia się sam. Etap warunkowania musisz przejść tylko raz. Potem jesteś w zasadzie ustawiony na całe życie, o ile nie zdecydujesz tego zmienić. Nawet, jeżeli z jakiegoś powodu wypadniesz z rytmu (np. długie wakacje w innej strefie czasowej), łatwo będzie Ci do niego powrócić. Pomyśl o tym jak o pamięci motorycznej. Kiedy raz wydepczesz ścieżkę, będzie ona na swoim miejscu nawet, jeśli nieco zarośnie chwastami.

Każda Twoja reakcja na dźwięk budzika będzie utrwalać się sama, o ile z początku powtórzysz schemat wystarczającą ilość razy. Możliwe, że już teraz posiadasz dobrze zakorzeniony rytuał pobudki. Może tylko nie taki, jakiego Ci potrzeba. Im więcej powtarzasz istniejący schemat, tym silniej warunkujesz go w swojej podświadomości. Za każdym razem, gdy nie udaje Ci się wstać na dźwięk budzika, staje się to w coraz większym stopniu domyślną reakcją fizjologiczną. Jeżeli chcesz zmienić to zachowanie, musisz świadomie podjąć ponowne warunkowanie programu, jak na przykład to opisane powyżej.

Obwinianie się o swoje złe nawyki budzenia nie zadziała – w rzeczywistości uwarunkujesz tylko te mentalne cięgi jako integralną część zwyczaju, który próbujesz zmienić. Nie tylko nie będziesz wstawał, kiedy budzik zadzwoni, ale też automatycznie będziesz robił sobie za to wyrzuty. Jak chore to jest? Czy naprawdę chcesz dalej odtwarzać ten głupi schemat przez resztę swojego życia? Właśnie tak się stanie, jeżeli nie uwarunkujesz poważniejszego zachowania. Czy Ci się to podoba czy nie, Twoje nawyki będą Cię budować albo niszczyć.

Kiedy już zastosujesz pożądany rytuał pobudki, sugeruję, żebyś trzymał się go każdego kolejnego dnia – 7 dni w tygodniu , 365 dni w roku. A przez pierwszych 30 dni ustawiaj budzik codziennie na tę samą godzinę. Po ustabilizowaniu nowego nawyku będziesz mógł zmieniać porę pobudki czy od czasu do czasu nie nastawiać budzika, jeżeli chcesz sobie pospać, ale do tego momentu najlepiej jest trzymać się bardzo ścisłego schematu. W ten sposób wypracujesz sobie standardowe zachowanie, od którego od czasu do czasu będziesz mógł odejść bez ryzyka rozregulowania rytmu.

Jestem pewien, że kiedy wyrobisz sobie ten zwyczaj, pokochasz go w pełni. Uważam go za jeden z moich najbardziej produktywnych nawyków. Oszczędza dla mnie setki godzin rocznie i wypłaca dywidendę dzień po dniu. Podczas eksperymentu ze snem polifazowym okazał się też szalenie pożyteczny.

Pomyśl o tym: jeżeli przesypiasz dziennie tylko pół godziny więcej, to w ciągu roku jest to ponad 180 godzin. A jeżeli jest to u Ciebie godzina dziennie, to w ciągu roku masz 365 godzin – odpowiednik dziewięciu czterdziestogodzinnych tygodni pracy. To mnóstwo czasu! I nie wiem jak u Ciebie, ale ja mogę wyobrazić sobie o wiele więcej kreatywnych sposobów na spożytkowanie czasu, niż leżenie w łóżku dłużej niż potrzebuję.

Zachęcam Cię do wypróbowania tej metody. Wiem, że ćwiczenie wstawania z łóżka wygląda głupio, ale hej, co, jeżeli działa? Co by było, gdybyś wiedział, z całkowitą pewnością, że jeżeli ustawisz budzik na jakąś godzinę, to bezwarunkowo o tej porze wstaniesz, nieważne co by się działo? Nie ma powodu dla którego nie mógłbyś zbudować sobie tego w ciągu paru najbliższych dni. Ćwiczenie daje trwałość.

A jeżeli interesuje Cię trochę wskazówek na temat ustanawiania zwyczaju wczesnego wstawania, zachęcam Cię do przeczytania dwóch artykułów:

„Jak nauczyć się wcześnie wstawać.”

„Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga.”

Zajmij się tym. Nie pożałujesz!

Źródło: How to Get Up Right Away When Your Alarm Goes Off