Steve Pavlina: rozwój osobisty człowieka rozumnego - po polsku!

Trochę do poczytania o rozwoju osobistym i świadomym życiu. Ze szczególnym uwzględnieniem odkrywania sensu swojego życia i budzenia odwagi by podążać jego drogą. Za darmo.

Category: Sukces (page 2 of 2)

Najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dowolnego problemu

Uważam, że przy rozwiązywaniu najróżniejszych życiowych problemów bardzo pożyteczna jest taka metoda: określić  najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakie można sobie wyobrazić – nieważne jak miałbym się poczuć przy jego zastosowaniu. Jaka jest najbardziej oczywista, najbardziej bezpośrednia droga do mojego celu, albo najbardziej efektywny sposób na ominięcie przeszkody?

Wiele problemów będzie miało różnorodne bezpośrednie rozwiązania, ale często na pierwszy rzut oka będą one nieprzyjemne, ponieważ ich wdrożenie wymaga odwagi, samodyscypliny, kreatywności czy wytrwałości. Jednocześnie jest jasne że kiedy jakoś przez to przebrniemy, to rozwiązania okażą się skuteczne.

Przyjmijmy dla przykładu, że chcesz zrzucić parę kilo. I przyjmijmy, że bezpośrednim rozwiązaniem (jednym z wielu możliwych) jest jeść tyle samo ile teraz, ale zwiększyć wysiłek przy ćwiczeniach o 500 kalorii dziennie. Jeżeli wprowadzisz to, aż nadto uproszczone, rozwiązanie – stracisz na wadze. Może wymagać dyscypliny i wytrwałości, ale większość ludzi zgodziłaby się, że zadziała.

Inny przykład: przyjmijmy, że interesuje Cię nawiązanie relacji z kimś, ale nie wiesz, co ta osoba do Ciebie czuje. Bezpośrednim rozwiązaniem byłoby po prostu pójść, wyjaśnić swoje myśli i uczucia i zapytać czy on/a chce porozmawiać o ewentualnej bliższej znajomości. Zajmie to mniej niż minutę, a niezależnie od wyniku będziesz przynajmniej wiedzieć na czym stoisz. To rozwiązanie może oczywiście wymagać wiele odwagi żeby przezwyciężyć obawę przed odrzuceniem, ale jest bardzo proste i bezpośrednie.

Sprawdź czy potrafisz określić najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakichś swoich problemów. Jaka jest najprostsza i najszybsza droga do osiągnięcia Twoich celów, przyjmując, że masz nieograniczoną odwagę i dyscyplinę?

Zalety bezpośredniego podejścia

Istnieje wiele pozornie trudnych problemów, które mają bardzo proste, bezpośrednie rozwiązania. Prawdziwym wyzwaniem jest stać się taką osobą, która potrafi wprowadzać najbardziej bezpośrednie rozwiązania zamiast zmuszać się do wybierania okrężnej drogi z powodu lenistwa czy nieśmiałości. Oto dlaczego praca nad rozwojem osobistym, a zwłaszcza budowaniem odwagi i samodyscypliny, jest jedną z najlepszych technik rozwiązywania problemów. Problemy, które kiedyś wydawałyby się nie do przeskoczenia, stają się o wiele łatwiejsze do rozwiązania kiedy tylko weźmiesz się za pracę nad sobą. Coraz lepiej opanowujesz sztukę stosowania bezpośrednich rozwiązań zamiast uciekania się do pośrednich.

Jednym z najlepszych przypadków w których pomogła mi metoda bezpośredniego podejścia była zmiana w karierze, kiedy w 2004 r. przerzucałem się z produkcji gier komputerowych na tematy związane z rozwojem osobistym. Zadałem sobie pytanie: co bym robił, gdybym był już na emeryturze? Odpowiedź: najwięcej czasu spędzałbym czasu pracując nad rozwojem osobistym z innymi ludźmi zorientowanymi na rozwój. Właśnie tym zajmowałem się wtedy w czasie wolnym od pracy. Zrozumiałem, że prowadziłem biznes aby generować dochód tylko po to żeby opłacić rachunki, a następnie w wolnym czasie wziąć się do pracy nad rozwojem osobistym. Wyglądało mi to na niepotrzebnie okrężną drogę. Dlaczego nie miałbym po prostu wyeliminować pośrednika? Pomyślałem czy nie byłoby sprytniej pracować nad rozwojem osobistym na pełen etat i znaleźć sposób, żeby z tego opłacać swoje rachunki?

Zidentyfikowałem bardziej bezpośrednie rozwiązanie, ale  wymagało ono oczywiście odwagi, dyscypliny i kreatywności. Nie miałem wątpliwości, że to zadziała jeżeli tylko spróbuję. (Pomijam szczegóły, ale myślę że chwytasz o co chodzi.) Powstał więc nowy problem: jak wykrzesać wewnętrzne zasoby niezbędne do wprowadzenia tego w życie? Gdy spróbowałem poradzić sobie z tym problemem, rezultaty były dość nieoczekiwane. Okazało się, że nie było aż takiej potrzeby rozbudowywania wewnętrznych zasobów. Musiałem tylko zechcieć je zastosować.

Dlaczego opieramy się bezpośrednim rozwiązaniom

Jest w bezpośrednich rozwiązaniach coś pokrzepiającego – wiesz, że to zadziała; ale jest też coś niepokojącego. Gdy masz przed nosem jaskrawo oczywiste bezpośrednie rozwiązanie i nie wprowadzasz go chociaż wiesz że jest dobre, to musisz się zatrzymać i zadać sobie takie pytanie: „Dlaczego powstrzymuję się przed rozwiązaniem tego problemu, gdy rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki?” Jeżeli rzeczywiście poświęcisz temu pytaniu trochę uwagi, możesz dojść do ciekawych wniosków.

Jeśli o mnie chodzi, to musiałem zastanowić się czy jestem gotów ciężko pracować na pożądany rezultat. A może wolę pójść łatwiejszą drogą? Dostrzegłem że od osiągnięcia celu oddzielało mnie tylko określenie czy chcę zainwestować w jego realizację własny czas i wysiłek. Prowadzenie biznesu z grami szło mi już z łatwością i nie musiałem pracować zbyt ciężko by uzyskiwać z tego dochód. Trzeba było podjąć decyzję czy chcę wejść na nowy poziom działania. Kiedy już uczciwie stwierdziłem że chcę to zrobić, mogłem zabrać się do dzieła i wprowadzić bezpośrednie rozwiązanie. Ale dopóki myślałem: „Musi być prostszy sposób.” albo „Nie jestem pewien czy chcę wykonać tyle pracy.”, wszystkie rozwiązania (bezpośrednie i pośrednie) mi umykały.

Rozważ jakieś bezpośrednie rozwiązanie z własnego życia. Zatrzymaj się i zadaj sobie pytanie: „Czy chcę to zrobić? Czy chcę być osobą, która potrafi wprowadzić to rozwiązanie?”

Co by to oznaczało, gdybyś stwierdził, że nie chcesz być osobą która wprowadziłaby bezpośrednie rozwiązanie? Czy mówisz, że wolałbyś być osobą niekreatywną, niezdyscyplinowaną i nieśmiałą zamiast kreatywnej, zdyscyplinowanej i odważnej? Kiedy bierzesz się za te kwestie i rozważasz je świadomie, trudno stwierdzić że wolałeś pozostawać taką osobą która musi zadowalać się wolniejszymi, bardziej pośrednimi rozwiązaniami, a czasami brakiem jakiegokolwiek rozwiązania w ogóle. Ale tak to wygląda, gdy odrzucasz bezpośrednie rozwiązanie, prawda?

Musisz dokonać ważnego wyboru i zdecydować jakim człowiekiem chcesz być. Chcesz być odważny, zdyscyplinowany, kreatywny i wytrwały – czy nie? Uważasz, że to są dobre cechy do rozwijania w sobie? Jeżeli nie, to z braku lepszego wyboru zostaje Ci w sumie tylko przyjąć ich przeciwieństwa. Czy właśnie to chcesz zrobić?

Podejście bezpośrednie a Prawo Przyciągania

A co ze stosowaniem Prawa Przyciągania? Czy jest to częścią bezpośredniego rozwiązania? To zależy od problemu.

Rozważ taki prosty przykład. Prostym ćwiczeniem z manifestacji jest spróbować zamanifestować niebieskie pióro gdzieś w swojej rzeczywistości. Podtrzymujesz intencję zobaczenia w jakimś momencie niebieskiego pióra – w przeciągu najbliższej doby. Jakie jest najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dla tej intencji? Czy jest nim czekanie cierpliwie i pozwolenie wszechświatowi by w jakiś sposób Ci je przyniósł? Czemu nie skorzystać po prostu z wyszukiwarki obrazów Google? Znajdziesz niebieskie pióro w ciągu paru sekund. Problem rozwiązany. Następny proszę.

Wielokrotnie gdy ludzie próbują zastosować Prawo Przyciągania, jednocześnie opierają się przed wprowadzeniem najbardziej bezpośredniego rozwiązania swojego problemu. Jak dla mnie, to jest mieszana intencja. Jeżeli naprawdę pożądasz czegoś wystarczająco mocno, dlaczego u licha chciałbyś odrzucać najprostszą drogę do tego? Czy nie oznacza to, że tak naprawdę tego nie chcesz? A może nie chcesz stać się osobą, która mogłaby to dostać? Jeżeli masz już przed sobą bezpośrednie rozwiązanie, gapiące Ci się prosto w oczy, i nie wprowadzasz go, powiedziałbym, że stosujesz raczej Prawo Odrzucenia niż Prawo Przyciągania.

Sensem Prawa Przyciągania jest podtrzymać intencję by odkryć bezpośrednie rozwiązanie problemu. Gdy już znasz to rozwiązanie, Prawo Przyciągania wykonało swoją robotę. Twoją robotą jest wprowadzić rozwiązania, które przyciągnąłeś.

Kiedy trudno Ci rozwiązać jakiś problem mimo, że stosunkowo łatwo możesz określić bezpośrednie rozwiązanie, być może prawdziwy problem tkwi zupełnie w czym innym niż Ci się wydaje.

Źródło: The Most Direct Solution to Any Problem

Jak ustanawiać cele, które rzeczywiście osiągniesz?

Co takiego sprawia, że nie udaje nam się osiągać założonych celów z przyjemnością? Przede wszystkim ich niewłaściwy dobór. Taki problem pojawia się ze względu na to, że ludzie nienajlepiej pojmują naturę czasu. Rozważając dany cel często martwią się koniecznością zaangażowania na dłużej. Na przykład: jeżeli teraz otworzę własną firmę, mogą minąć całe lata zanim zacznie ona przynosić dochody. Albo: mam taką nadwagę, że wyrobienie odpowiedniej figury może zająć lata. Czy – jeżeli przerwę ten niezbyt dobry dla mnie związek, mogą minąć lata nim znów stanę na nogi. Tego typu myśli są oczywiście demotywujące, a co ważniejsze – wskazują na zupełne niezrozumienie natury czasu.

Cenimy swój czas, więc naturalnie staramy się korzystnie nim rozporządzać. Chcemy też cieszyć się chwilą obecną. W konsekwencji niechętnie przyjmujemy takie cele, których osiągnięcie może potrwać bardzo długo. Któż chce harować latami, z nadzieją że może kiedyś przyjdzie „lepsze jutro”? Większości z nas po prostu brakuje dyscypliny do realizacji takiego przedsięwzięcia – nawet jeżeli  na końcu tęczy rzeczywiście leży garnek złota. Nie o dyscyplinę tu jednak chodzi. Problemem jest błędne pojmowanie czasu.

Mamy skłonność do myślenia o czasie jak o zasobie, którym dysponujemy tak samo, jak na przykład pieniędzmi. Wykonanie jednogodzinnego zadania oznacza wydanie na nie jednej godziny. Jak więc wydajesz swój dzień? Jak zainwestujesz czas w ciągu następnych wakacji? A przez resztę roku? Czas to pieniądz, zasób jednorazowego użytku.

To jest jednak głupi i nietrafiony sposób myślenia o min. Czas nie jest zasobem. Nie możesz wydawać czasu. Czas wydaje się sam. Nie masz w tej kwestii nic do gadania. Czego byś nie robił, czas tak czy inaczej będzie upływał. Nieważne, czy przez następnych pięć lat zajmiesz się tą czy inną rzeczą. Tych pięć lat minie i tak.

Tak naprawdę nigdy nie znajdujesz się w przeszłości czy przyszłości. Istniejesz tylko w chwili obecnej. Nawet, jeżeli pamiętasz przeszłość czy wyobrażasz sobie przyszłość, te myśli i tak istnieją w teraźniejszości. Wszystko, co masz – to właśnie ten moment. I to jest wszystko, co kiedykolwiek będziesz miał. Nie możesz kontrolować upływu czasu, ale masz wpływ na kierowanie swojej uwagi w chwili obecnej. To wszystko. Nie przeszłość, nie przyszłość, tylko właśnie ta chwila.

Więc jeżeli istnieje tylko chwila obecna, to jaki sens ma rozważanie długoterminowych celów? Jak właściwie masz cokolwiek osiągnąć?

Po pierwsze, zrozum, że wszelkie osiągnięcia mogą zaistnieć jedynie w chwili obecnej, i tylko w chwili obecnej możesz się tymi osiągnięciami cieszyć. Nie możesz niczego osiągnąć ani niczym się cieszyć w przeszłości czy przyszłości, bo nigdy Cię tam nie ma. Oczywiste, no nie? Lecz ludzie zbyt często niewłaściwie się z tym faktem obchodzą. Bardzo ciężko jest osiągnąć cel oparty na nietrafnym modelu rzeczywistości – droga do niego to gwarancja ciągłej, uciążliwej walki.

Wartość ustanawiania celów nie polega na kontrolowaniu przyszłości. To byłoby bezsensowne, ponieważ przyszłość istnieje tylko w Twojej wyobraźni. Jedyna wartość ustanawiania celów kryje się w tym, że poprawia się jakość Twojej chwili obecnej. Odpowiedni cel może na przykład sprawić, że lepiej się w tej chwili skupisz. Kiedy ustanawiasz cel, rozważaj w jaki sposób polepsza Twoją bieżącą rzeczywistość. Jeżeli wybranie jakiegoś celu nie wywołuje pozytywnych efektów już w chwili obecnej, to jest on bezsensowny, a Ty możesz równie dobrze od razu o nim zapomnieć. Ale jeżeli odczuwasz większą jasność, skupienie i motywację kiedy tylko o nim pomyślisz – to masz coś, czego warto się trzymać.

Wiele osób ustanawia cele, a następnie wybiera taką drogę do nich, która wymaga cierpienia i poświęceń – recepta na porażkę. Lepszy pomysł jest taki, żeby ustanowić cel i obserwować, jakie efekty daje on w dniu dzisiejszym. Ustanawiaj cele, które owocują pozytywnymi efektami zawsze kiedy o nich myślisz, na długo przed pojawieniem się właściwych rezultatów. Traktuj ustanawianie celów jako sposób na polepszenie swojej bieżącej rzeczywistości, a nie na kontrolowanie przyszłości.

Przyjmijmy, że obierasz sobie za cel otwarcie własnej firmy. Wyobrażasz sobie pewien moment w przyszłości, kiedy cieszysz się byciem swoim własnym szefem, robieniem tego, co kochasz, i zarabianiem dużych pieniędzy. Nic w tym złego. Następnie myślisz ile będzie z tym pracy, o ryzyku na jakie się wystawisz – i o innych zniechęcających kwestiach. Porzuciłeś teraźniejszość i rozwodzisz się nad przyszłością, która jest tylko iluzją. Wróć do chwili obecnej i zdaj sobie sprawę, że nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Wymyślasz je tylko. Jakże głupie jest wymyślanie rzeczy, których nawet nie chcesz! A Twoja wyobraźnia tak czy inaczej nie jest bezbłędnym jasnowidzem.

Teraz spróbuj tego: pomyśl o otworzeniu własnej firmy i wyobraź sobie, jak świetnie będzie, gdy wszystko pójdzie gładko. Pozostań w teraźniejszości i rozważ, jak ten cel może podnieść jakość Twojego życia właśnie teraz. Nie za rok. Nie za pięć lat. Nawet nie jutro. Właśnie teraz, w tej dokładnie minucie. Jak działa dla Ciebie cel otworzenia własnej firmy – właśnie tu i teraz? Daje Ci nadzieję? Inspiruje Cię? Obiecuje rozwiązanie Twoich aktualnych problemów? Pozwól tym myślom zawirować przez chwilę w Twojej świadomości. Rozważ, jak cel otworzenia swojej własnej firmy polepsza Twoje życie właśnie teraz. I oczywiście – jeżeli nie widzisz żadnego postępu, zostaw ten cel i rozważ inny.

Pomyśl o paru celach, jakie mógłbyś przed sobą postawić, gdyby nie skupianie się na wyimaginowanych przeszkodach. Czy chcesz zrzucić parę kilogramów? Cieszyć się nowym związkiem? Bardziej satysfakcjonującą karierą? Przestań wyobrażać sobie złe wieści i nieszczęścia na drodze do celu i po prostu skup się na tym, jak każdy z tych pomysłów może polepszyć Twoją aktualną rzeczywistość. Co daje Ci właśnie teraz myśl o dobrej kondycji fizycznej? Co daje Ci właśnie teraz myśl o znalezieniu drugiej połówki? Co daje Ci właśnie teraz myśl o satysfakcjonującej karierze?

Myśląc jak Twoje cele polepszają aktualną rzeczywistość, poczujesz w końcu motywację do działania. Jednocześnie zaczniesz przyciągać zasoby, które pomogą Ci je osiągnąć. Nie potrzeba się zmuszać – odkryjesz, że w naturalny sposób ciągnie Cię do działania, dopóki tylko pilnujesz by skupiać się na teraźniejszości. Kiedy myślisz o celu w sposób, który od razu budzi Twoją motywację, to naturalne że zaczniesz podejmować stosowne działania.

Kiedy ustanawiasz cele, które podnoszą jakość Twojej aktualnej rzeczywistości, to cóż z tego ile czasu zajmie osiągnięcie ostatecznego rezultatu? Czy zajmie to tydzień, czy pięć lat – nieistotne. Cała droga to radość i zabawa. Co ważniejsze, czujesz się szczęśliwy i spełniony właśnie teraz. Dzięki temu chętniej podejmujesz przyjemne działania, więc jesteś też bardziej produktywny.

Do dowolnego celu możesz wyobrażać sobie drogę pełną poświęceń i cierpienia, skupiając się na iluzji przyszłości, albo też możesz pozwolić, by ten cel wywołał w aktualnej rzeczywistości zastrzyk nowej nadziei, entuzjazmu i motywacji. Nawet, jeżeli wygląda to jak ustanawianie celów na przyszłość, to tak naprawdę mowa o teraźniejszości. Im lepiej to zrozumiesz, tym łatwiej i przyjemniej osiągniesz swoje cele.

Jeżeli przyswoisz sobie ten sposób myślenia, to zauważysz że ustanawiasz cele innego typu. Rozmiar i zasięg celu przestanie mieć znaczenie. Najważniejszym czynnikiem będzie to, jaki efekt dany cel wywiera na chwilę obecną kiedy o nim myślisz. Jak już rzeczywiście załapiesz tę koncepcję, w miejsce zbioru niezwiązanych ze sobą celów i priorytetów zaczniesz budować misję na całe życie. Nie ma nawet znaczenia, czy tę misję da się zrealizować w czasie Twojego życia. Co się liczy, to wpływ jaki wywiera na Twoją bieżącą rzeczywistość. Więc przyjmuj sobie spokojnie naprawdę wielką misję, nawet taką, jaka może być niewykonalna w Twoim życiu, o ile tylko misja ta inspiruje Cię i motywuje. Jeżeli misja jest tak poważna, że pozbawia Cię sił, porzuć ją. Ale kiedy naprawdę Cię inspiruje, podążaj za nią.

Zalecam, byś zapomniał o systemach celów typu „W.A.R.T.O”. W.A.R.T.O. = wartościowe, ambitne, realne, terminowe, określone ilościowo (istnieją różne wariacje na ten temat). Takie model może brzmią inteligentnie, ale opierają się na nietrafnym pojmowaniu czasu. Zamiast myśleć o swoich celach jako o umocowanych czasowo projektach, rozważaj każdy cel w świetle efektu wywieranego na aktualnej rzeczywistości.

Wiem, że to zupełnie inny sposób myślenia o celach. To całkiem naturalne, że możesz mieć pewne opory przed nim, zwłaszcza jeżeli model umocowanego czasowo ustanawiania celów jest głęboko zakorzeniony w Twoim myśleniu. Zadaj więc sobie takie pytanie: jak dobrze działa dla Ciebie aktualny sposób ustanawiania celów? W skali od 1 do 10 – jak oceniłbyś swoją skuteczność w ustanawianiu i osiąganiu znaczących celów? Byłbym zaskoczony, gdybyś był powyżej 5. Zmuszanie siebie do stania się lepszym to nie jest rozwiązanie. Cały ten wzorzec jest przede wszystkim wadliwy. To tak jakby próbować pchać wózek z kwadratowymi kółkami. Nie potrzebujesz pchać mocniej – potrzebujesz wózka z okrągłymi kółkami. Wózek z kwadratowymi kółkami wygląda naprawdę zgrabnie, a z kiedy spojrzeć z pewnej perspektywy, to wydaje się, że powinien funkcjonować w porządku. Ale rzeczywistość sama w sobie jest ostatecznym sędzią.

Źródło: How to Set Goals You Will Actually Achieve

Skończyć studia w 3 semestry – 10 porad dla studentów

Po napisaniu artykułu o zarządzaniu czasem pt. „Zrób to teraz”, który oparty był na moich doświadczeniach z ukończenia dwóch fakultetów w trzy semestry, otrzymałem wiele dodatkowych pytań od studentów. Oto 10 rad przygotowanych, żeby pomóc Ci stworzyć produktywną i niezapomnianą studencką przygodę… a przede wszystkim, żebyś intensywnie wykorzystał ten okres Twojego życia.

1. Odpowiedz sobie na pytanie: „Dlaczego idę na studia?”

Wielu studentów naprawdę nie ma jasnego powodu by tam być, poza tym, że lepszego pomysłu nie mają. Zapożyczają od rodziny i rówieśników takie cele, ale nie są to ich własne marzenia.  Właśnie w ten sposób ja zacząłem studia. Ty też?

Jak już wcześniej wspominałem tu na blogu, sprawa z „trzema semestrami” to nie był mój pierwszy raz na studiach. Wcześniej poszedłem na uniwersytet bez odpowiedniego podejścia do zjawienia się tam. W szkole średniej byłem uczniem jadącym na samych piątkach, przewodniczącym klubu matematycznego i kapitanem akademickiej drużyny dziesięcioboistów. Siła rozpędu ciągnęła mnie do przodu – i choć nigdy naprawdę nie zastanowiłem się czy tego właśnie chcę, znalazłem się w sytuacji, gdzie przede mną były kolejne cztery lata szkoły. Wtedy wyglądało to na dobry pomysł, ale po prostu wkładałem w to serca. Konsekwentnie sabotowałem siebie na wielką skalę. Porzuciłem zajęcia i zacząłem „kształcić się” w zakresie imprez i alkoholu. Najwidoczniej ktoś w dziekanacie był uprzedzony wobec studentów ze średnią w okolicach zera, bo wkrótce wyleciałem.

Tamto doświadczenie nieźle mnie zdezorientowało. Byłem zupełnie zdołowany przez jakieś pół roku, kiedy to głównie grałem na komputerze. Ostatecznie, w próbie powrotu na ziemię, zacząłem pracować w sprzedaży detalicznej i starałem się usunąć się w cień, w tym czasie próbując „odnaleźć siebie”. To właśnie wtedy zaczęło się budzić moje zainteresowanie rozwojem osobistym, co konkretnie się opłaciło. Rok później byłem gotów do powrotu na studia i zacząłem od nowa. Tyle, że tym razem wiedziałem, po co tam jestem. Chciałem być programistą, i chciałem uzyskać tytuł z informatyki (później dodałem jeszcze matematykę). Ale to nie było wszystko. Wiedziałem, że jestem w stanie osiągnąć o wiele więcej i chciałem się wybić. Chciałem stworzyć najbogatsze doświadczenie, na jakie było mnie stać. W moim przypadku oznaczało to naprawdę napięty harmonogram.

Twoje cele związane ze studiami będą prawdopodobnie inne niż moje. Jakie to cele? Dlaczego tam jesteś? Jeżeli nie wiesz – przez „wiesz” rozumiem, że naprawdę to czujesz – to nie masz centralnego punktu Twojego doświadczenia. Równie dobrze wcale mogłoby Cię tam nie być. Co jest doświadczeniem, które brzmi prawdziwie dla Ciebie? Czego chcesz się tam nauczyć? Czego chcesz doświadczyć?

2. Wyobraź sobie swoje idealne studenckie przeżycie

Kiedy już określisz konkretnie po co idziesz na studia, wyobraź sobie idealny tego rezultat. Pozwól, by wynikało to z przyczyny Twojego tam pobytu. Czy już zacząłeś studia, czy nie, zatrzymaj się i po prostu zapisz parę cech swojego idealnego przeżycia. Opisz to tak dokładnie, jak potrafisz.

Zanim ja wróciłem do szkoły, spędziłem całe godziny wyobrażając sobie przeżycie, jakiego chciałem doświadczyć. Widziałem siebie poddanego wyzwaniom, ale radzącego sobie z tym łatwo i bez nerwów. Widziałem siebie zdobywającego nowych przyjaciół. Widziałem siebie naprawdę świetnie się bawiącego. Przede wszystkim wyobrażałem sobie bardzo zrównoważone doznania – mieszaninę studiów, aktywności, towarzystwa i zabawy. Słowem, którego używałem, było „bogactwo”.

To był naprawdę ważny krok. Wtedy nie rozumiałem mechanizmu, ale wstępnie programowałem siebie na powodzenie. Kiedykolwiek napotykałem przeszkody, moja idealna wizja była tak bardzo pociągająca, że zawsze byłem w stanie znaleźć sposób, by dostać to czego chciałem. Stałem się współtwórcą swojego przeżycia zamiast być jego bierną ofiarą.

Wizualizacja pozwala Ci popełniać błędy „z góry”. Jeżeli nie możesz stworzyć jasnej wizualizacji, Twoje przeżycia będą równie niewyraźne. Ulepszaj swoją wizualizację dopóki nie zacznie Cię inspirować.

W prawdziwym życiu oczywiście ziści się to inaczej niż sobie wyobrażasz. Sensem wizualizacji nie jest przewidywanie przyszłości czy ograniczenie swojej wolności wyboru później. Sensem jest zapewnienie Ci większej jasności co do decyzji podejmowanych w tej chwili. Twoja idealne, dopracowane wyobrażenie służy za mapę, która poprowadzi Cię przez zatrzęsienie możliwości.

3. Uczęszczaj na co najmniej jedne dodatkowe zajęcia w każdym semestrze

Studenci uczeni są, że 12-15 godzin tygodniowo to „pełny” plan, ale tak lekki plan na pewno nie jest pełny. Osoba pracująca na pełnym etacie poświęca na pracę 40 i więcej godzin tygodniowo, a studenci cieszą się wszelkimi możliwymi wolnymi dniami (plus przerwa wiosenna, ferie zimowe i letnie wakacje). Jeżeli zamierzasz spędzić na studiach cztery czy więcej lat, weź dodatkowe kierunki albo pracuj na boku. Nie daj się przekonać, że masz poruszać się w ślimaczym tempie ot, bo wszyscy tak robią.

Możesz pomyśleć, że 12-15 godzin tygodniowo ma odpowiadać czterdziestu godzinom pracy ze wszelkimi pracami domowymi i studiowaniem poza szkołą, ale to funkcjonuje w ten sposób tylko kiedy funkcjonujesz bardzo niewydajnie (co niestety tyczy się większości ludzi). Jeżeli zastosujesz parę porad na oszczędzanie czasu przedstawionych poniżej, to 15 godzin powinno wymagać jedyni paru dodatkowych godzin poza szkołą, by wypełnić wszelkie zobowiązania. Oczywiście nie mógłbym wziąć 31-39 godzin tygodniowo gdybym zamierzał poświęcać dwa razy tyle czasu na prace domowe. Nie osiągnąłem sukcesu przez przepracowywanie się.

Jeśli jesteś ponadprzeciętnym studentem, możesz z pewnością dać sobie radę z ponadprzeciętnym planem. Czasem nie wiemy na ile nas stać, dopóki trochę się nie przyciśniemy. Jeśli uważasz, że jesteś w stanie poradzić sobie z 15 godzinami zajęć tygodniowo, weź 18 czy 21. Z łatwością możesz w swoim planie uzbierać cały rok oszczędności. Albo możesz dorzucić przedmiot dodatkowy czy dwa razy szybciej zrobić główny.

A co z warunkami zaliczeń? W większości przypadków po prostu je ignorowałem, i szczęśliwie w mojej szkole nie byłem do tego specjalnie zmuszany. Odkryłem, że w większości przypadków gdy podane są warunki, skierowane są one do studentów poniżej przeciętnej. Nie pozwól, by bezsensowna biurokracja spowolniła Cię, jeśli chcesz skończyć studia szybciej. Zawsze jest na to jakiś sposób – zazwyczaj jest to kwestia zdobycia jakiegoś przypadkowego formularza z podpisem osoby zbyt znudzonej, by zastanawiać się czy nie powinno być inaczej. Uśmiech i komplement pozwalają daleko zajść.

Zgodnie z prawem wymuszonej skuteczności, jeśli weźmiesz na siebie więcej, będziesz w stanie znaleźć sposób na zrobienie tego wszystkiego przy wykorzystaniu czasu, który masz do dyspozycji. Tak więc jeśli nie będziesz rzucał sobie małych wyzwań, ten dodatkowy czas przepłynie Ci przez palce.

Myślę, że prawdziwą korzyścią z napiętego planu nie jest to, że skończysz studia wcześniej. Prawdziwą korzyścią jest to, że cieszyć się będziesz bogatszymi przeżyciami. Wzięcie pięciu przedmiotów zamiast czterech oznacza więcej nauki, więcej osiągnięć – i więcej znajomych. A który pracodawca nie byłby zainteresowany studentem, który skończył studia wcześniej, niż jego rówieśnicy? Tego typu rzeczy wyglądają świetnie w CV.

4. Ustanawiaj jasne cele dla każdego przedmiotu

Decyduj, co chcesz wynieść z każdego konkretnego przedmiotu. Czy jest to zagadnienie, którego bardzo chcesz się uczyć? Czy chcesz skierować się do tego nauczyciela po referencje? Czy jest to wymagany przedmiot, który musisz wziąć, ale który poza tym Cię nie interesuje?

Moje cele dla poszczególnych przedmiotów określały, jak często się na nich pojawiałem, czy siadałem z przodu czy z tyłu, jak aktywnie brałem udział w zajęciach, i jakiego rodzaju relację starałem się nawiązać z nauczycielem.

Na niektórych przedmiotach chciałem opanować materiał. Na innych po prostu chciałem mieć piątkę. A po jeszcze innych chciałem ustawić się w kolejce po lśniące listy referencyjne od entuzjastycznie nastawionych wykładowców, których językiem ojczystym był angielski (by listy były bardzo interesujące i przekonujące).

Moja mama przez dekady była akademickim nauczycielem matematyki. W domu opowiadała o studentach których ledwie znała, a którzy prosili ją o listy referencyjne. Wielokrotnie zmuszona była im odmawiać, bo po prostu nie miała o nich nic przekonującego do powiedzenia. Z drugiej strony, cieszyła się mogąc wesprzeć tych studentów, którzy wkładali w naukę poważny wysiłek. Większość nauczycieli chce Ci pomóc, ale musisz pozwolić im ujrzeć Twoje silne strony. Nawet jeśli nie będziesz miał piątki z danego przedmiotu, wciąż możesz dać wykładowcy masę materiału na świetny list polecający, jeśli aktywnie bierzesz udział w zajęciach i okazujesz szacunek nauczycielowi.

Nie ma to nic wspólnego z próbami zmanipulowania swoich wykładowców by kłamali na Twoją korzyść. Prosta prawda jest taka, że jakość listu polecającego ostatecznie sprowadza się do tego, jak bardzo wykładowca Cię szanuje. Nie stawiaj się w desperackiej sytuacji gdzie musisz prosić o referencje nauczyciela, który nawet Cię nie pamięta – albo gorzej, takiego, który ma o Tobie nie najlepsze zdanie. Przygotuj się zawczasu na sukces.

Jeden z profesorów dowiedział się o moim napakowanym planie zajęć i zainteresowało go w jaki sposób sobie z tym radzę. Odbyliśmy bardzo miłą rozmowę o technikach zarządzania czasem. Miałem z tym profesorem trochę zajęć z programowania i na wszystkich błyszczałem. Doszedłem do wniosku, że był wspaniałym nauczycielem, miałem do niego wielki szacunek, i całkiem lubiłem jego zajęcia. Gdy przyszło do poproszenia go o referencje, napisał jeden z najbardziej pochlebnych listów jakie można sobie wyobrazić („najlepszy student, jakiego spotkałem w mojej karierze” itd.).

Z drugiej strony, miałem pewnych wykładowców, którzy byli otwarcie podli. Nie chodziłem na ich zajęcia, a materiału uczyłem się z podręcznika. Oczywiście później nie szukałem ich wsparcia.

Czasem osiągniesz swoje cele, czasem nie. Nawet jeżeli dasz z siebie wszystko, wciąż może Cię spotkać niepowodzenie. Możesz spotkać wykładowców, którzy będą niesprawiedliwi, leniwi, seksistowscy, rasistowscy czy w inny sposób niekompetentni. Moja żona miała otwarcie seksistowskiego profesora, który nigdy nie dawał studentkom oceny wyższej niż cztery, nieważne jak dobrze by sobie radziła. Mówił rzeczy w stylu: „Jeśli jesteś mężczyzną, musisz ciężko pracować na tych zajęciach. Jeśli jesteś kobietą, po prostu wpadnij po godzinach do mojego biura.” W końcu wysunięto przeciw niemu zarzuty o molestowanie seksualne. Musisz wybierać swoje bitwy. W niektórych warto walczyć, inne najlepiej zignorować. Posiadanie jasnych celów pomoże Ci odróżnić która jest która.

5. Eliminuj bezlitośnie

Nie potrzebujesz wkładać takiego samego wysiłku w każdy przedmiot. Dorzuć extra staranie, gdy jest to dla Ciebie ważne, ale spokojnie dawaj sobie nieco luzu na przedmiotach którym – na podstawie swoich konkretnych celów – przypisujesz niski priorytet. Dla mnie był to ważny sposób na zachowanie energii. Nie mogłem ciągnąć wszystkich zajęć na pełnym gazie, bo inaczej wypaliłbym się, więc inwestowałem moją energię tam, gdzie miało to największe znaczenie.

W planie każdego studenta niektóre zajęcia są kluczowe, podczas gdy inne błahe. W ciągu typowego tygodnia opuszczałem około 40% moich zajęć bo po prostu nie musiałem tam być. Na niektórych zajęciach obecność była konieczna, ale na innych nie robiła większej różnicy. W razie potrzeby mogłem po prostu wziąć notatki od innego studenta, czy też nauczyć się materiału z podręcznika. Jeśli chodzenie na dane zajęcia nie było dla mnie konieczne (zależnie od moich celów dla tego przedmiotu), zazwyczaj opuszczałem je. Oszczędziło mi to wiele czasu i powstrzymało przed siedzeniem w klasie przez cały dzień. Czasem po prostu wyskakiwaliśmy ze znajomymi coś zjeść, żeby dać sobie dodatkową przerwę.

Eliminowałem też pojedyncze zadania. Kiedy czułem, że zadanie było kiepskie, bezcelowe czy niepotrzebnie nudne, i gdy nie miało to zbyt negatywnego wpływu na moją ocenę, zazwyczaj je sobie darowałem. Pewnego razu zadano mi nudny referat, który przekładał się na 10% mojej oceny. Naprawdę nie chciałem go robić, a wymagało to o poświęcenia wiele więcej godzin niż według mnie było warte. Z tego przedmiotu wychodziła mi piątka, a gdybym nie wykonał tego zadania, spadłbym na pięć minus. Tak więc z szacunkiem powiedziałem profesorowi, że rezygnuję z zadania i że uważam, iż otrzymać 5- by móc zainwestować te godziny w co innego to uczciwa wymiana. On mnie już znał i rozumiał moje pobudki. Wystawił mi 5-, a dla mnie to było w porządku. To rzeczywiście była uczciwa wymiana. Tak naprawdę to spoglądając wstecz żałuję że nie postępowałem w ten sposób częściej.

Czasem nauczyciele robią się trochę zbyt radośni jeśli chodzi o prace domowe i serwują zadania które naprawdę nie uzasadniają wysiłku. Jednak to Ty jesteś odpowiedzialny za swoje akademickie przeżycie, nie Twoi nauczyciele. Nie przyjmuj, że musisz wykonać każde zadanie tylko dlatego, że nauczyciel uważa to za dobry pomysł. Ty bądź sędzią w zgodzie ze swoimi własnymi powodami do studiowania. Upewnij się tylko, że dobrze rozważyłeś konsekwencje swojej decyzji.

Podkradając czas z zadań o niskim priorytecie byłem w stanie zainwestować go więcej w prawdziwe klejnoty. Niektóre twórcze zadania nauczyły mnie wiele. Zazwyczaj pasjami nie znosiłem projektów grupowych, ale była jedna szczególna grupa gdzie zespół naprawdę dawał radę. Ogromnie to lubiłem i dużo się tam nauczyłem.

Fajną techniką eliminowania niepotrzebnych spraw był „timeboxing”. Oceniałem jaka ilość czasu była uzasadniona na dane zadanie, a potem wykonywałem najlepszą robotę jaką byłem w stanie, mieszcząc się w przydzielonym czasie. Tak więc kiedy miałem do napisania dziesięciostronicową pracę na temat europejskiej historii, mogłem poświęcić na to w sumie 8 godzin. Rozdzielałem tych 8 godzin na wybór tematu, planowanie, pracę w bibliotece, przygotowanie szkicu, pisanie i korektę, a później starałem się jak umiałem by zmieścić się w tym czasie. Był to świetny sposób by powstrzymać się od przedobrzenia z projektem który tego nie wymagał.

W pewnym sensie była to moja własna metoda na równoważenie obciążenia. Niektóre z Twoich zadań nie będą zrównoważone w sensie, że wydają się wymagać niedorzecznej ilości wysiłku w porównaniu z tym, jak przekładają się na Twoją ocenę czy jak wiele Ty spodziewasz się na nich skorzystać. Czasem dochodziłem do wniosku, że po prostu nie ma uzasadnienia dla wysiłku pisania pracy na piątkę. Być może oceniałem, że wykonanie pracy na piątkę zajęłoby mi 20 godzin, a tylko 10 godzin wykonanie pracy na czwórkę. I jeżeli zadanie przekładało się na jedynie 10% mojej oceny, ewentualnie mogłem zaakceptować tu czwórkę. W tamtym czasie często myślałem w ten makiaweliczny sposób, i często ku swojemu zaskoczeniu odkrywałem, że moje czwórkowej jakości prace i tak wracały z piątką.

6. Rozpoczynaj wcześnie każdy dzień

Pisałem wcześniej o korzyściach płynących z wyrobienia sobie nawyku wczesnego wstawania. Będąc na studiach nie wstawałem o piątej rano, ale zazwyczaj wstawałem około szóstej-siódmej. Odkryłem, że wczesne rozpoczynanie każdego dnia pomagało mi doprowadzać więcej zadań do końca, nie tylko z rana, ale też w ciągu dnia. Zaczynałem każdy dzień 25-minutową przebieżką, po której brałem prysznic i jadłem śniadanie. Ta prosta poranna rutyna sprawiała, że wychodziłem z domu rześki i pełen energii.

Skłamałbym mówiąc, że wstawałem rano, bo tego chciałem. To naprawdę wynikało z konieczności. Miałem wiele porannych zajęć, włączając w to wykłady o 7:30 przez jeden semestr. Ale cieszę się, że tak robiłem, ponieważ gdybym nie miał tamtych porannych zajęć, po prostu spałbym więcej niż potrzebowałem. Nawet jeżeli nienawidzisz porannych zajęć, możesz odkryć tak jak ja, że jesteś o wiele bardziej produktywny jeżeli mimo wszystko uwzględnisz je w swoim planie.

7. Odzyskuj czas tracony podczas zajęć

Powiedzmy to sobie szczerze. Nie każde zajęcia będą wymagały od Ciebie najwyższej koncentracji. Czasem wykład to zwykła paplanina nauczyciela. Czasem powtarzają w kółko to, co już wiesz. Jaki procent czasu zajęć wymaga Twojej pełnej, skupionej uwagi? Na niektórych zajęciach będzie to 90%. Na innych to 20%. Jeśli nie uczysz się aktywnie podczas zajęć, marnujesz czas. Jeżeli wykład jest rzeczywiście wymagający, usiądź z przodu i pochłaniaj każde słowo. Ale jeżeli wykład nie stanowi dla Ciebie wyzwania, to siądź z tyłu, zrób pracę domową na inny przedmiot, i spójrz tylko od czasu do czasu czy pojawiło się cokolwiek wartego zanotowania. Miej zawsze otwartą książkę, wtedy gdy twój radosny profesor odpłynie z kolejnymi wspominkami o latach ’60, Ty będziesz miał coś pożytecznego do roboty.

To jest zaskakująco dobry lek na nudę. Jeśli profesor mówił jednostajnym głosem, wszystkich usypiając, ja pracowałem nad zadaniami z programowania. Zazwyczaj rozpisywałem je na kartce, a następnie szedłem do sali komputerowej między zajęciami i przepisywałem. W ten sposób nie miałem potrzeby spędzania wiele czasu na laboratoriach, czasem wystarczyło 10-15 minut, jeśli mój program za pierwszym razem zadziałał dobrze.

Będziesz zachwycony tym, jak wiele czasu możesz uwolnić, stosując tę metodę. Byłem w stanie zrobić masę moich zadań na zajęciach (ale zazwyczaj nie na zajęciach, z których były te zadania). Jeżeli właśnie teraz jesteś w szkole, rzucam Ci wyzwanie: przekonaj się, jak wiele prac domowych możesz zrobić dziś w czasie swoich zwykłych zajęć. Następnie oceń, ile godzin oszczędzisz każdego tygodnia dzięki takiemu zwyczajowi. To się naprawdę zbiera do kupy.

Nie możesz bez przerwy koncentrować się maksymalnie, nie zapominaj więc o przerwach. Kiedy jednak potrzebujesz przerwy, niech będzie to prawdziwa chwila wytchnienia. Ja zazwyczaj pomiędzy wykładami medytowałem czy ucinałem sobie drzemkę na trawie aby podładować baterie. Używałem budzika w zegarku by dać sobie sygnał do wstania i dalszego działania. Te przerwy były bardzo wzmacniające i mogłem po nich iść na kolejne zajęcia znów w pełnej gotowości. Nigdy nie pracowałem jednostajnie przez cały dzień. Pracowałem falami od pełnej koncentracji po pełen relaks, każdego dnia wielokrotnie powtarzając takie cykle.

8. Opanowuj materiał od razu, gdy jest wprowadzany

Jeden z największych marnotrawców czasu w szkole to konieczność ponownego uczenia się czegoś, czego nie opanowałeś odpowiednio za pierwszym razem. Gdy studenci mówią, że studiują, w większości przypadków nadrabiają wcześniejsze niepowodzenia w opanowywaniu materiału.

W produkcji oprogramowania powszechnie wiadomo, że błędy należy usuwać jak najszybciej po ich ujawnieniu się. Czekanie z poprawkami do końca projektu może oznaczać 50 razy większy wysiłek niż byłby konieczny do usunięcia błędu gdy został zauważony po raz pierwszy. Nieopanowywanie tego, czego niby jesteś uczony każdego dnia jest poważnym błędem. Nie próbuj układać stosów nowej wiedzy na niestabilnych podstawach, gdyż jeszcze więcej czasu zabierze uporządkowanie tego później.

Jeżeli nie zrozumiałeś czegoś, co było na dzisiejszych zajęciach, potraktuj to jako błąd, który musi zostać naprawiony tak szybko, jak to możliwe. Nie odkładaj tego. Nie ładuj na to kolejnego materiału. Jeżeli nie rozumiesz słowa, pojęcia czy lekcji, rzuć wszystko i zrób to, co konieczne, by uzupełnić wiedzę zanim pójdziesz dalej. Zadawaj pytania na zajęciach, poproś innego studenta by Ci to wytłumaczył, czytaj i jeszcze raz czytaj podręcznik, i/lub odwiedź profesora na konsultacjach, ale naucz się tego choćbyś miał stanąć na głowie.

Normalnie z matematyki byłem asem, może dlatego, że moja mama jest uniwersyteckim nauczycielem matematyki która na wykłady z analizy matematycznej chodziła będąc ze mną w ciąży. Ponadto mój tata był inżynierem lotniczym, więc pewnie mam do tego geny. Ale było parę tematów, które okazały się dla mnie niezrozumiałe, gdy wprowadzono je po raz pierwszy: wartości własne i wektory własne macierzy. Jeśli chodzi o naukę, to zdecydowanie jestem wzrokowcem, co normalnie na studiach jest zaletą, ale te abstrakcyjne pojęcia były dla mnie trudne do zwizualizowania. Wiele innych osób na tych zajęciach również miała z nimi trudności. Zainwestowałem dodatkowy wysiłek niezbędny do załapania tych pojęć i dostałem z wykładu piątkę, ponieważ potraktowałem problem, jaki mi to sprawiało, jako błąd, który musiał być naprawiony natychmiast. Studenci, którzy pozwolili by ich niepewność trwała, stawali się coraz bardziej i bardziej zagubieni, gdy kurs postępował, a zakuwanie pod koniec nie było w stanie zapewnić pełnego zrozumienia. Zupełnie tak, jak błędy programistyczne, niepewność wiedzy mnoży się pozostawiona sama sobie, więc kończ z nią tak szybko, jak to możliwe. Jeżeli nie jesteś pewien co do jakiegokolwiek materiału, którego Cię uczą, masz przed sobą błąd wymagający naprawienia. Nie ruszaj dalej, dopóki nie będziesz mógł powiedzieć sobie uczciwie: „Tak, rozumiem to… co dalej?”.

W idealnej sytuacji nie powinno być potrzeby nauki poza zajęciami, przynajmniej w sensie ponownego uczenia się materiału, którego nie opanowałeś za pierwszym razem. Możesz powtarzać wcześniejszy materiał by odświeżyć sobie pamięć, ale nie powinieneś być zmuszony do poświęcenia choćby minuty swojego czasu na ponowną naukę czegoś, czego uczono miesiąc czy dwa wcześniej.

W czasie sesji byłem prawdopodobnie najmniej zestresowanym studentem ze wszystkich. Nie musiałem się uczyć, bo gdy nadchodził egzamin końcowy, w moim umyśle kurs był już zakończony. Test był tylko formalnością. Gdy wszyscy inni zakuwali, ja byłem w galerii handlowej i grałem w gry wideo. Już wcześniej opanowałem materiał i wykonałem wszystkie zadania (przynajmniej te, które miałem zamiar zrobić). Co najwyżej wieczorem przed testem spędzałem trochę czasu na przeglądaniu swoich notatek by odświeżyć sobie materiał. Czyż nie tak studiowanie powinno działać? W przeciwnym razie, jaki jest sens chodzenia na zajęcia przez cały semestr?

Podczas każdego semestru zadawaj sobie to pytanie: czy jestem w tej chwili gotów do odpowiedzi ze wszystkiego, czego dotychczas mnie uczyli? Jeżeli Twoja odpowiedź kiedykolwiek będzie brzmiała „nie”, to znaczy, że masz zaległości i musisz nadgonić je natychmiast. W idealnej sytuacji powinieneś być w stanie odpowiedzieć na to pytanie „tak” przynajmniej raz w tygodniu, dla każdego przedmiotu.

Nawet niewielkie zaległości są bardzo stresujące w ogromnym stopniu przyczyniają się do marnowania czasu. Po pierwsze, musisz cofać się i ponownie uczyć się starego materiału, gdy reszta grupy poszła już do przodu. Po drugie, nie możesz nauczyć się nowego materiału tak dobrze, gdy opiera się on na starym materiale, gdyż brakuje Ci solidnej bazy, więc w efekcie zbierasz jeszcze większe i większe zaległości. Potem, gdy nadchodzi koniec semestru, kończysz z koniecznością uczenia się wszystkiego od nowa. Ale ponieważ wkuwasz w ostatniej chwili, po sesji tak czy inaczej wszystkiego zapominasz. Jaki jest sens takiej głupoty? To jak nadużywanie karty kredytowej, za którą naliczają Ci 25% odsetek. W końcu będziesz musiał to spłacić, i to na dłuższą metę będzie Cię kosztować o wiele więcej czasu.

Włóż ten wysiłek w opanowanie materiału wystarczająco dobrze, by ze wszystkich swoich przedmiotów móc dostać piątkę. To się zwróci. Wiele materiału, którego się uczysz, będzie opierać się na wcześniejszym. Jeśli dostaniesz piątki na początkowych kursach, będziesz dobrze przygotowany do dokładania sobie nowej wiedzy na drugim roku. Ale jeżeli na pierwszym roku będziesz jechał na trójach, już zaczynając drugi rok opierasz się na niestabilnej podstawie, utrudniając sobie znacznie podciągnięcie ocen i prawdziwe opanowanie materiału. Uczyń solidne piątki swoim celem dla każdego semestru. Na dłuższa metę jest to o wiele łatwiejsze. Odkryłem, że trójkowi studenci musieli pracować o wiele ciężej niż ja, zwłaszcza na wcześniejszych i późniejszych latach, ponieważ oni zawsze bawili się w nadrabianie. Pomimo, że mój plan był przepełniony, nie był dla mnie stresujący bo z każdym przedmiotem trzymałem się na czele. Konsekwentnie, miałem masę czasu na zabawę, gdy inni studenci doświadczali wiele stresu, ponieważ stale czuli się nieprzygotowani.

9. Opanuj zaawansowane techniki pamięciowe

Jednym z kluczy do uczenia się materiału gdy jest on wprowadzany po raz pierwszy jest wyćwiczenie się w zaawansowanych technikach pamięciowych. Często z nich korzystałem na zajęciach, które wymagały po prostu wkucia pewnych faktów, włączając w to nazwiska, daty czy wzory matematyczne. Jeżeli nauczyciel pisał na tablicy coś, co miało być zapamiętane w dosłownej formie na nadchodzący egzamin, zapamiętywałem to tu i teraz. Dzięki temu nie musiałem się cofać i studiować tego później.

Z pewnością spotkałeś się z prostymi technikami zapamiętywania, takimi jak użycie zdania „Czemu Patrzysz Żabo Zielona Na Głupiego Fanfarona” by zapamiętać kolejność kolorów tęczy. Sztuczki tego typu działają dobrze w pewnych sytuacjach, ale są bardzo w stylu szkoły podstawowej. Istnieją o wiele bardziej wydajne techniki wizualne. Dwie, na których w szkole opierałem się najbardziej, to metoda łańcuchowa i szufladkowanie.

Szczegółowe wytłumaczenie tych technik wykracza poza zakres tego artykułu, ale możesz znaleźć wiele książek na temat poprawiania pamięci, jak na przykład „Sekrety Superpamięci” Harry’ego Lorrayne’a. Zalecam uczenie się z książki, ponieważ w ten sposób krok po kroku budujesz sobie solidną podstawę.

Te techniki pozwolą Ci zapamiętywać informacje bardzo szybko. Na przykład przy użyciu szufladkowania jestem zazwyczaj w stanie zapamiętać listę 20 przedmiotów w około 90 sekund i przypominać ją sobie doskonale nawet tygodnie później. Specjaliści od tej techniki są jeszcze szybsi. Może to robić każdy – to tylko kwestia treningu.

Dziś wciąż korzystam z tych technik. Metoda łańcuchowa pozwala mi zapamiętywać wizualnie moje przemówienia. Kiedy przemawiam, moja przez moją wyobraźnię przewija się „film”, który sobie stworzyłem podczas gdy ja w locie dobieram słowa pasujące do obrazów. To jak narracja do filmu. Moje przemówienie nie jest zapamiętane słowo po słowie, więc brzmi naturalnie i spontanicznie i może być w locie zaadaptowane do sytuacji. Zapamiętywanie wizualne jest o wiele szybsze i solidniejsze niż próby zapamiętywania słowo po słowie. Jeżeli zapamiętasz przemówienie słowo po słowie i zapomnisz jednego zdania, może Cię to naprawdę wytrącić z rytmu. Ale mając serię obrazów łatwiej jest przeskoczyć do następnej klatki, jeżeli popełnisz błąd. Nasze mózgi są dostosowane lepiej do zapamiętywania wzrokowego niż do fonetycznego.

Nie polecam zapamiętywania przez powtarzanie, bo jest to o wiele zbyt wolne. Metoda szufladkowa i łańcuchowa nie wymagają powtarzania – pozwalają Ci one na solidne zapamiętanie informacji za jednym podejściem, zazwyczaj w ciągu sekund. Wada jest taka, że opanowanie tych dwóch metod wymaga wiele wcześniejszego ćwiczenia, ale gdy już się ich nauczysz, są one cennymi umiejętnościami które zostają Ci na całe życie. Odkryłem też, że opanowanie tych technik zdawało się usprawnić moją pamięć jako całość, nawet gdy nie starałem się aktywnie zapamiętać informacji. Myślę, że to ćwiczenie wytrenowało moją podświadomość do zbierania i przywoływania informacji bardziej efektywnie.

Szkoda, że tych technik nie uczy się w szkołach. Zaoszczędziłyby studentom ogromnych ilości czasu. Zrób sobie przysługę i opanuj je, gdy jesteś młody. Mają wiele praktycznych zastosowań, włączając w to zapamiętywanie imion ludzi.

10. Baw się naprawdę dobrze!

Podejmij wyzwanie, jeśli chodzi o studia, ale daj sobie również wiele czasu na zabawę. Nie trwoń swojego czasu dla przyjemności na kręcenie się w kółko nic nie robiąc. Wyjdź i zrób coś aktywnie, coś, co pozwoli Ci się wyładować i zwiększy Twoją energię.

Jedną z moich ulubionych aktywnych rozrywek na studiach był frisbee-golf (zwany też disc-golfem). Wieczorami często godzinami grałem z kilkoma znajomymi, czasem dopóki na moich palcach nie pojawiły się pęcherze… albo póki ochrona kampusu nie wykopała nas za trafienie zbyt wielu nie grających z nami studentów. 🙂

Grając we frisbee-golfa często buszowaliśmy po krzakach, brodziliśmy w fontannach i wspinaliśmy się w różne ryzykowne miejsca by odzyskać pogubione frisbee. Było w tym zawsze mnóstwo frajdy, a my zazwyczaj graliśmy bawiliśmy się tymi utrudnieniami. Kilka godzin frisbee-golfa służyło za wyśmienitą nagrodę na koniec wymagającego tygodnia. Wciąż pamiętam bezpośredni strzał, jakim z balkonu na drugim piętrze trafiłem słup lampy na skraju boiska piłkarskiego.

Jeśli chodzi o czas studiów, najbardziej żałuję, że nie miałem w tamtym czasie dziewczyny. Gdybym miał to wszystko powtórzyć, prawdopodobnie wziąłbym jeden dodatkowy semestr i mniej zajęć, by mieć czas dla tej wyjątkowej osoby. Miałem okazję, ale przepuściłem ją ponieważ mój plan był zbyt wypchany. Dziewczyny mogą dać mnóstwo frajdy, ale większość nie jest w tym zbyt skuteczna. 😉

Rady z tego artykułu mają na celu sprawić, by Twoje doświadczenia ze studiów były tak bogate i godne zapamiętania, jak to możliwe. Wykonuj swoje szkolne zadania szybko i wydajnie, abyś miał wiele czasu na korzystanie z różnorodnych możliwości, jakie mogą dać studia. Zapisuj się do klubów. Graj we frisbee. Znajdź sobie chłopaka albo dziewczynę. Najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić, to spędzać swój czas opuszczając się w nauce z powodu złych nawyków, ciągłego poczucia nieprzygotowania i stresu by następnie zajmować się nadrabianiem zaległości. Wyciśnij ze studiów tak wiele, jak się da, i pozwól by służyło Ci to za odskocznię do całego życia w spełnieniu.

Ludzie często zakładają, że mój agresywnie skonstruowany plan musiał być stresujący i wyczerpujący, ale – o ironio! – było dokładnie odwrotnie. Wyglądało na to, że mam łatwiej i dużo przyjemniej niż moi rówieśnicy. Studenci z lżejszymi planami zwalniali tempo i zostawali w tyle bo przekonywali siebie, że będą mogli uzupełnić braki później. Ale ja nie mogłem sobie na to pozwolić, bo byłoby dla mnie niemożliwym gonić na dwunastu różnych przedmiotach… i o wiele zbyt stresujące było w ogóle o tym pomyśleć. Gdybym opuścił się chociaż o tydzień, byłbym w poważnych kłopotach. Byłem więc zafascynowany rozwijaniem dobrych nawyków, które sprawiały że stale byłem zrelaksowany, skupiony i pełen energii. Wiele z nawyków omówionych powyżej wynikło po prostu z postawienia sobie celu skończenia studiów w trzy semestry. Ten cel wyznaczał konkretny proces. Jestem bardzo wdzięczny za to doświadczenie, ponieważ pokazało mi ono jak wiele bardziej efektywni możemy być, gdy tylko zmusimy się do wyjścia poza swoją strefę komfortu. To nauczyło mnie stawiać sobie cele daleko bardziej ambitne niż to, co czułem, że jestem w stanie osiągnąć. Często to, co uważamy za niemożliwe, po prostu takie nie jest. My tylko myślimy, że jest.

Źródło: 10 Tips For College Students

Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?

Czy kiedy Twój budzik dzwoni rano, ciężko jest Ci natychmiast wstać? Czy w tej sytuacji szukasz przycisku drzemki i wracasz do spania?

Mój codzienny poranny rytuał wyglądał podobnie. Kiedy mój budzik rozbrzmiewał swoim piekielnym hałasem, natychmiast wyłączałem cholerstwo. Wtedy pod wpływem porannego zamroczenia z wolna rozmyślałem czy właściwie to powinienem wstać, czy nie:

Pod kołdrą jest tak miło i ciepło. Jeżeli wstanę, to będzie mi zimno. To nie będzie przyjemne.

Och, naprawdę powinienem już wstać. Hej, nogi… ruszcie się. Jazda, nogi, jazda. Hmmm…. nie tak wprawia się w ruch własne nogi, co nie? Wygląda na to, że mnie nie słuchają.

Powinienem pójść na siłownię. Taaa. Hmmm… ale naprawdę nie mam teraz ochoty na ćwiczenia. Nie zjadłem nawet śniadania. Może najpierw powinienem zjeść mufinkę. Z nutellą i bananem. O, i to jest dobra mufinka.

Może próbuję wstawać zbyt wcześnie. Wciąż jestem senny, no nie? Może budzenie się na budzik jest nienaturalne. Czyż sypiając więcej nie będę lepiej funkcjonować?

Nie muszę wstawać właśnie w tej minucie, prawda? Z pewnością mogę się zrelaksować jeszcze na pięć minut czy coś. Świat się nie skończy, jeśli nie wstanę właśnie teraz.

Założę się, że moja żona jest teraz smakowicie cieplutka. Mówiła, że nienawidzi kiedy próbuję się do niej przytulać o 6 rano, no ale co… chyba kocha mnie dość mocno, by mi wybaczyć, nie? Już wiem… najpierw zacznę masować jej plecy i ramiona. Ona nie może oprzeć się dobremu masażowi, nawet tak wcześnie rano. Potem przejdę do drapania po głowie. Tak, to się uda. A potem prześliznę się prosto do pozycji na łyżeczkę. Czyż nie będzie to przyjemny sposób na rozpoczęcie dnia?

[ Szur… szur… Zzzzzzzz ]

Dwie godziny później…

Ja: Która godzina? Nie przypominam sobie nawet kiedy dzwonił budzik. No, ale przytulanki były niezłe. Dobra, wygląda na to, że dziś będę musiał darować sobie ćwiczenia.

Żona: Po co ciągle ustawiasz budzik, skoro nie wstajesz jak zadzwoni?

Ja: Och, myślałaś, że to mój budzik na pobudkę? Tak naprawdę to jest budzik na przytulanie.

OK, więc tak naprawdę nie miałem zamiaru, by to był budzik na przytulanie. Zamierzałem wstać kiedy zadzwoni, ale mój zamglony umysł nie przestawał nakłaniać mnie do powrotu do spania.

Przewijamy do dnia dzisiejszego…

Budzik dzwoni gdzieś między czwartą a piątą rano… nigdy później, niż o piątej. Nawet w weekendy i dni wolne. Wyłączam budzik w ciągu paru sekund. Płuca wypełnia głęboki wdech powietrza, przez jakieś dwie sekundy rozciągam się na wszystkie strony. Wkrótce stopy trafiają na ziemię – i już się ubieram, kiedy moja żona nadal drzemie. Schodzę na dół, biorę jakiś owoc, zaglądam do gabinetu żeby przejrzeć parę maili i o 5:15 pora wyjść na siłownię.

Ale tym razem w mojej głowie nie ma głosu zastanawiającego się, co powinienem zrobić. Nie jest to tym razem nawet pozytywny głos – po prostu go nie ma. Wszystko odbywa się na autopilocie, nawet zanim umysł całkowicie się obudzi. Nie powiem by taka codzienna rutyna jakiejkolwiek samodyscypliny. Jest to w zupełności odruch warunkowy. Tak jakby mój świadomy umysł był sobie na przejażdżce, podczas której podświadomość kontroluje ciało. Co rano, kiedy dzwoni budzik, reaguję zupełnie jak pies Pawłowa. Właściwie to trudniej byłoby mi nie wstać, kiedy dzwoni budzik.

Jak więc przejść od pierwszego scenariusza do drugiego?

Najpierw rozważmy sposób, w jaki większość ludzi próbuje poradzić sobie z tym problemem – który ja uważam za nieodpowiedni.

Nieodpowiedni sposób jest taki, że co rano do wywleczenia się z łóżka próbujesz zaprząc siłę woli – opartą na świadomości. Może raz na jakiś czas się uda, ale powiedzmy sobie szczerze: nie zawsze będziesz jasno myślał akurat w momencie, gdy zadzwoni budzik. Możesz doświadczyć tego, co ja nazywam umysłową mgłą. Decyzje podejmowane w tym stanie niekoniecznie będą takie same, jak podejmowane w całkowitej świadomości i wybudzeniu. Ani nie możesz, ani nie powinieneś w pełni sobie ufać.

Kiedy przyjmujesz takie podejście, istnieje spora szansa że wpadniesz w pułapkę. Z góry decydujesz się wstać o jakieś godzinie, a potem decyzję odwołujesz jak tylko zadzwoni budzik. O dziesiątej wieczorem stwierdzasz, że dobrze będzie wstać o piątej rano. Ale o piątej decydujesz, że lepiej wstać o ósmej. Spójrzmy prawdzie w oczy – dobrze wiesz, w rzeczywistości chciałeś zrealizować plan z dziesiątej… gdybyś tylko potrafił przymusić do tego swoje poranne alter ego.

A teraz tak – niektórzy ludzie natrafiając na taką łamigłówkę dojdą do wniosku, że potrzeba im po prostu więcej dyscypliny. Jest w tym w sumie ziarno prawdy, tylko nie takie jakiego byś oczekiwał. Jeżeli chcesz wstawać o piątej, nie potrzebujesz zwiększonej dyscypliny o piątej. Nie potrzebujesz lepszej wewnętrznej gadki. Nie potrzebujesz dwóch czy trzech budzików rozrzuconych po pokoju. I nie potrzebujesz zaawansowanego budzika z technologią rodem z kosmicznej toalety skonstruowanej przez NASA.

W rzeczywistości potrzeba Ci więcej dyscypliny kiedy jesteś całkiem przytomny i świadomy. Potrzebujesz dyscypliny by zaakceptować fakt, że nie możesz sobie w pełni zaufać i spodziewać się po sobie podejmowania inteligentnych, świadomych decyzji chwilę po przebudzeniu. Potrzebujesz dyscypliny by uzmysłowić sobie, że o piątej rano nie będziesz podejmować najlepszych możliwych decyzji. Twój trener o piątej rano jest do niczego, więc musisz go wylać.

Jakie w takim razie jest realne rozwiązanie? Polega ono na delegowaniu problemu. Przerzuć wszystko na swoją podświadomość. Wyłącz ze sprawy świadomy umysł.

A jak to zrobić? W ten sam sposób, jak opanowałeś dowolną inną powtarzalną czynność. Ćwiczysz, aż stanie się to rutyną. W końcu Twoja podświadomość przejmie kontrolę i wykona program na autopilocie.

To może brzmieć naprawdę głupio, ale działa. Ćwicz wstawanie w momencie, gdy dzwoni budzik. Właśnie tak – ćwicz. Ale nie rób tego rano. Rób to w ciągu dnia, kiedy jesteś całkiem przytomny.

Idź do sypialni i przygotuj pokój tak, by jak najlepiej przypominał warunki, w których zamierzasz wstawać. Zaciemnij pomieszczenie albo ćwicz wieczorem, po zachodzie słońca, kiedy już jest ciemno. Jeżeli sypiasz w piżamie – załóż piżamę. Jeżeli przed snem myjesz zęby, to umyj zęby. Jeżeli przed snem zdejmujesz okulary czy soczewki kontaktowe, teraz też to zrób.

Ustaw budzik na kilka minut później. Połóż się do łóżka tak, jak gdybyś spał i zamknij oczy. Ułóż się w swojej ulubionej pozycji. Wyobraź sobie, że jest wcześnie rano… kilka minut przed godziną, o której chcesz wstać. Udawaj, że rzeczywiście śpisz. Wyobraź sobie miejsce ze snu, czy po prostu najlepiej jak potrafisz odpłyń myślami.

A kiedy budzik zadzwoni, wyłącz go tak szybko, jak potrafisz. Następnie weź głęboki oddech, który całkowicie wypełni Twoje płuca i przeciągnij we wszystkie strony na parę sekund… tak, jak przeciągasz się ziewając. Potem usiądź, stopy postaw na podłodze i wstań. Uśmiechnij się szeroko. Potem przejdź do następnej czynności, jaką chciałbyś robić zaraz po przebudzeniu. Ja się w tym momencie ubieram.

Teraz otrząśnij się, przywróć warunki sprzed przebudzenia, wróć do łóżka, ponownie ustaw budzik i powtórz wszystko. Powtarzaj to i powtarzaj, dopóki nie stanie się tak automatyczne, że przez cały rytuał przechodzisz w ogóle o nim nie myśląc. Jeżeli powtarzasz sobie w myśli którykolwiek z kroków (np. słyszysz w głowie głos, który mówi Ci co masz robić) to jeszcze nie osiągnąłeś celu.

Nie krępuj się, w ciągu kilku dni poświęć czas na parę sesji takich ćwiczeń. Myśl o tym jak o robieniu zestawu ćwiczeń i powtórzeń na siłowni. Rób jeden czy dwa zestawy dziennie o różnych porach… i może 3-10 powtórzeń za każdym razem.

Tak, to będzie wymagało nieco czasu, ale to nic w porównaniu z tym, co na dłuższą metę zaoszczędzisz. Kilka godzin ćwiczeń dziś pozwoli Ci zaoszczędzić setki godzin w każdym kolejnym roku.

Odpowiednia ilość ćwiczeń – nie jestem w stanie dokładnie określić, ile Ci to zajmie, bo u każdego jest inaczej – doprowadzi do uwarunkowania fizjologicznej reakcji na dźwięk budzika. Kiedy budzik zadzwoni, wstaniesz automatycznie, nawet o tym nie myśląc. Im więcej razy powtórzysz ten schemat, tym odruch będzie silniejszy. W pewnym momencie nie wstanie po usłyszeniu budzika zacznie się wiązać z dyskomfortem. Odczucie będzie podobne jak przy zakładaniu spodni zaczynając od drugiej nogi niż zwykle.

Możesz też ćwiczyć w myślach, pod warunkiem że potrafisz dobrze wizualizować. Ćwiczenie w myślach zabiera mniej czasu, ale według mnie najlepiej jest przejść wszystko fizycznie. Są drobne detale, które mogą Ci umknąć przy przeprowadzaniu ćwiczenia tylko w myślach – a chcesz, by podświadomość poczuła prawdziwy smak tego doświadczenia. Więc jeśli wolisz ćwiczyć w myślach, to i tak zrób to fizycznie przynajmniej przez pierwszych parę razy.

Im więcej ćwiczysz swój pobudkowy rytuał, tym głębiej zakorzeni się on w Twojej podświadomości. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj.

Kiedy stanie się to już codziennym nawykiem, nie będziesz potrzebował więcej ćwiczenia w ciągu dnia. Tego typu nawyk wzmacnia się sam. Etap warunkowania musisz przejść tylko raz. Potem jesteś w zasadzie ustawiony na całe życie, o ile nie zdecydujesz tego zmienić. Nawet, jeżeli z jakiegoś powodu wypadniesz z rytmu (np. długie wakacje w innej strefie czasowej), łatwo będzie Ci do niego powrócić. Pomyśl o tym jak o pamięci motorycznej. Kiedy raz wydepczesz ścieżkę, będzie ona na swoim miejscu nawet, jeśli nieco zarośnie chwastami.

Każda Twoja reakcja na dźwięk budzika będzie utrwalać się sama, o ile z początku powtórzysz schemat wystarczającą ilość razy. Możliwe, że już teraz posiadasz dobrze zakorzeniony rytuał pobudki. Może tylko nie taki, jakiego Ci potrzeba. Im więcej powtarzasz istniejący schemat, tym silniej warunkujesz go w swojej podświadomości. Za każdym razem, gdy nie udaje Ci się wstać na dźwięk budzika, staje się to w coraz większym stopniu domyślną reakcją fizjologiczną. Jeżeli chcesz zmienić to zachowanie, musisz świadomie podjąć ponowne warunkowanie programu, jak na przykład to opisane powyżej.

Obwinianie się o swoje złe nawyki budzenia nie zadziała – w rzeczywistości uwarunkujesz tylko te mentalne cięgi jako integralną część zwyczaju, który próbujesz zmienić. Nie tylko nie będziesz wstawał, kiedy budzik zadzwoni, ale też automatycznie będziesz robił sobie za to wyrzuty. Jak chore to jest? Czy naprawdę chcesz dalej odtwarzać ten głupi schemat przez resztę swojego życia? Właśnie tak się stanie, jeżeli nie uwarunkujesz poważniejszego zachowania. Czy Ci się to podoba czy nie, Twoje nawyki będą Cię budować albo niszczyć.

Kiedy już zastosujesz pożądany rytuał pobudki, sugeruję, żebyś trzymał się go każdego kolejnego dnia – 7 dni w tygodniu , 365 dni w roku. A przez pierwszych 30 dni ustawiaj budzik codziennie na tę samą godzinę. Po ustabilizowaniu nowego nawyku będziesz mógł zmieniać porę pobudki czy od czasu do czasu nie nastawiać budzika, jeżeli chcesz sobie pospać, ale do tego momentu najlepiej jest trzymać się bardzo ścisłego schematu. W ten sposób wypracujesz sobie standardowe zachowanie, od którego od czasu do czasu będziesz mógł odejść bez ryzyka rozregulowania rytmu.

Jestem pewien, że kiedy wyrobisz sobie ten zwyczaj, pokochasz go w pełni. Uważam go za jeden z moich najbardziej produktywnych nawyków. Oszczędza dla mnie setki godzin rocznie i wypłaca dywidendę dzień po dniu. Podczas eksperymentu ze snem polifazowym okazał się też szalenie pożyteczny.

Pomyśl o tym: jeżeli przesypiasz dziennie tylko pół godziny więcej, to w ciągu roku jest to ponad 180 godzin. A jeżeli jest to u Ciebie godzina dziennie, to w ciągu roku masz 365 godzin – odpowiednik dziewięciu czterdziestogodzinnych tygodni pracy. To mnóstwo czasu! I nie wiem jak u Ciebie, ale ja mogę wyobrazić sobie o wiele więcej kreatywnych sposobów na spożytkowanie czasu, niż leżenie w łóżku dłużej niż potrzebuję.

Zachęcam Cię do wypróbowania tej metody. Wiem, że ćwiczenie wstawania z łóżka wygląda głupio, ale hej, co, jeżeli działa? Co by było, gdybyś wiedział, z całkowitą pewnością, że jeżeli ustawisz budzik na jakąś godzinę, to bezwarunkowo o tej porze wstaniesz, nieważne co by się działo? Nie ma powodu dla którego nie mógłbyś zbudować sobie tego w ciągu paru najbliższych dni. Ćwiczenie daje trwałość.

A jeżeli interesuje Cię trochę wskazówek na temat ustanawiania zwyczaju wczesnego wstawania, zachęcam Cię do przeczytania dwóch artykułów:

„Jak nauczyć się wcześnie wstawać.”

„Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga.”

Zajmij się tym. Nie pożałujesz!

Źródło: How to Get Up Right Away When Your Alarm Goes Off

Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga

Wpis z ostatniego poniedziałku – „Jak nauczyć się wcześnie wstawać” – najwyraźniej trafił w czuły punkt wielu osób. Wygenerował on więcej linków, niż jestem w stanie zliczyć i większy ruch niż którykolwiek inny napisany przeze mnie post czy artykuł. Ponadto statystyki oglądalności wskazują, że ta fala była rozproszona (nie wywołała jej pojedyncza wzmianka na jakiejś popularnej stronie).

Wpływ tego wpisu na ruch na StevePavlina.com widać wyraźnie w rankingu „Alexa” (duży skok pod koniec maja 2005 r.). Alexa nie jest specjalnie dokładna, ale jest wystarczająco dobra, by wskazać ogólne trendy.

W zeszły poniedziałek puściłem w Google zapytanie „jak nauczyć się wcześnie wstawać” (w cudzysłowie). Nie było żadnych wyników. A teraz są ich tysiące.

Okay, to było tsunami. Ale dlaczego? Wczesne wstawanie to względnie niegroźny temat, no nie? W każdym razie – ja tak sądziłem kiedy publikowałem wpis.

Wygląda na to, że zagadnienie budzi duże zainteresowanie. Nie do końca rozumiem dlaczego tak jest, ale i tak postanowiłem pociągnąć temat i dodać trochę więcej szczegółów.

Po pierwsze – w kwestii chodzenia spać, kiedy jesteś senny… poprawne podejście wymaga połączenia świadomości i zdrowego rozsądku.

Jeżeli przed snem zajmujesz się pobudzającymi czynnościami, będziesz w stanie zostać na nogach dłużej i na jakiś czas odsunąć od siebie senność. Na studiach brałem udział w rozgrywkach pokerowych trwających do świtu, po których szliśmy często prosto na śniadanie. Kiedy pracuję, jestem ze znajomymi czy zajmuję się innymi pobudzającymi rzeczami, mogę bez problemu siedzieć do późna dłużej niż normalnie.

Ale nie to miałem na myśli, mówiąc o uświadomieniu sobie kiedy robisz się senny. Wspomniałem o teście wskazującym ten moment – kiedy  nie jesteś w stanie przeczytać paru stron tekstu bez utraty koncentracji. Nie znaczy to, że masz czekać z ułożeniem się do snu aż zaczniesz padać z wyczerpania.

Nadejście senności, do którego się odnoszę, ma miejsce gdy Twój mózg zaczyna wydzielać hormony snu. To co innego, niż po prostu zmęczenie. Tu czujesz, jak naprawdę stajesz się senny. Ale żeby do tego doszło, musisz zapewnić sobie odpowiednie warunki – trzeba dać sobie przed snem pewien luz. Uważam, że czytanie to świetny sposób na wyhamowanie przed snem. Niektórzy twierdzą, że czytanie w łóżku to zły pomysł… że w łóżku powinieneś jedynie spać. Ja jednak nigdy nie miałem z tym problemu, bo kiedy jestem zbyt senny, by dalej czytać, po prostu odkładam książkę i idę spać. Ale jeśli wolisz – czytaj w fotelu.

Inny test, z którego możesz skorzystać, jest taki: zadaj sobie pytanie – „Gdybym miał teraz pójść do łóżka, jak szybko bym zasnął?”. Jeżeli sądzisz, że zajęłoby to więcej niż kwadrans, to według mnie powinieneś jeszcze zaczekać.

Kiedy już określisz sobie stałą porę pobudki, do właściwego określania pory na sen możesz potrzebować trochę praktyki. Z początku możesz zaobserwować spore rozbieżności, jednej nocy siedząc do późna, a innej kładąc się do łóżka zbyt wcześnie. Ale w końcu wyczujesz kiedy najlepiej kłaść się do łóżka, by zasnąć natychmiast, a następnego dnia obudzić się rześkim.

Na wszelki wypadek określ sobie ostateczną porę na położenie się do łóżka, i nawet gdy nie jesteś zupełnie senny, to kładź się wtedy spać. Ja nieźle się orientuję ile minimalnie snu mi potrzeba. 6,5 godziny to na dłuższą metę wystarczająca ilość, ale dam radę i sypiając po pięć godzin, o ile tylko nie robię tego każdej nocy. Maksymalnie sypiam 7,5 godziny. Zanim zacząłem wstawać codziennie o tej samej porze, często sypiałem po 8-9 godzin, a czasami nawet 10 – kiedy byłem naprawdę zmęczony.

Jeżeli w ciągu dnia spożywasz kofeinę, prawdopodobnie namiesza ona w Twoich cyklach snu. Pierwszy artykuł zakłada, że nie szprycujesz się by pozostać na chodzie. Jeżeli jesteś uzależniony od kofeiny, pozbądź się najpierw tego uzależnienia. Kiedy majstrujesz coś przy chemii mózgu, nie spodziewaj się, że naturalna senność nadejdzie o odpowiedniej porze.

Ideą poprzedniego artykułu było wyjaśnienie, jak rozwija się zwyczaj wczesnego wstawania. Tak więc porady dobrane są pod kątem budowania nawyku. Raz wypracowany nawyk pracuje bardziej na poziomie podświadomości. Możesz zajmować się pobudzającymi rzeczami, jak gra na komputerze, i będziesz po prostu wiedział, kiedy jest pora na pójście do łóżka. Nawet, jeżeli za każdym razem będzie to inna pora. Test na senność jest ważny dla rozwijania nawyku, ale później wystarczą subtelniejsze sygnały.

Wciąż możesz sobie od czasu do czasu pospać, jeśli masz taką potrzebę. Jeżeli jestem na nogach do trzeciej nad ranem, to następnego ranka nie wstaję o piątej. Ale następnego dnia wrócę do mojego zwyczajnego schematu.

Zalecam wstawanie o tej samej porze przez trzydzieści kolejnych dni aby zakorzenić nawyk. Potem będziesz do tego stopnia uwarunkowany do wstawania o tej samej porze, że ciężko będzie Ci zaspać. Pewnej niedzieli postanowiłem pospać dłużej i nie nastawiłem budzika, ale automatycznie obudziłem się o 4:58. Próbowałem potem jeszcze spać, ale byłem całkiem rozbudzony i nie byłem w stanie znów zasnąć. No, fajnie. Gdy nawyk jest ustalony, nie jest wcale ciężko wstać, zakładając, że kładziesz się na sygnał senności.

Jeżeli masz dzieci, dostosuj się wedle potrzeb. Moje dzieci są w wieku pięciu i jednego roku. Czasem budzą mnie w środku nocy – córka ma ostatnio taki zwyczaj: wpada do sypialni by opowiedzieć mojej żonie i mi o swoich snach, a czasami po prostu żeby porozmawiać. I wiem jak to jest, kiedy niemowlak budzi się co kilka godzin, więc jeżeli jesteś w takiej sytuacji, powiedziałbym że zasadą jest spać kiedy możesz. Niemowlaki nie są za dobre w trzymaniu się planów.

Jeżeli nie możesz wygrzebać się z łóżka, kiedy dzwoni budzik, wynika to prawdopodobnie z braku samodyscypliny. Jeżeli masz dostatecznie silną samodyscyplinę, wyjdziesz z łóżka, cokolwiek by się nie działo. Motywacja może też pomóc, ale motywacja ma krótkie życie i może trwać przez jedynie parę dni. Dyscyplina jest jak mięsień. Im więcej ją budujesz, tym bardziej możesz na niej polegać. Każdy posiada jakąś dyscyplinę (możesz wstrzymać oddech?), ale nie każdy ją rozwija. Istnieje wiele sposobów na budowanie dyscypliny – możesz przeczytać całą sześcioczęściową serię o samodyscyplinie, by dowiedzieć się jak to robić. Zasadniczo sprowadza się to do podejmowania małych wyzwań którym sprostasz, i stopniowego przechodzenia do poważniejszych. Przypomina to progresywny trening siłowy. Wraz ze wzrostem Twojej samodyscypliny wyzwanie wyjścia z łóżka o określonej porze będzie coraz prostsze, ostatecznie – trywialnie proste. Ale jeżeli Twoja samodyscyplina padła ofiarą atrofii, może sprawiać wrażenie nieprzezwyciężonej przeszkody.

Dlaczego wstawać wcześnie?

Powiedziałbym, że głównym powodem jest znacznie większa ilość czasu na rzeczy ciekawsze od spania.

Powtórzę – ja zyskałem w ten sposób 10-15 godzin tygodniowo. Ten dodatkowy czas naprawdę daje się zauważyć. O 6:30 jestem już po ćwiczeniach, prysznicu, zjadłem śniadanie i siedzę przy biurku gotów do pracy. Każdego dnia mogę poświęcić wiele godzin na produktywną pracę, i zazwyczaj do 17 pracę mam z głowy (włączając w to „osobistą” pracę, jak przejrzenie poczty, opłacenie rachunków, odebranie córki z przedszkola itp.) To daje mi 5-6 godzin dziennie, które mogę dowolnie poświęcić rodzinie, rozrywce, klubowi Toastmasters, czytaniu, pisaniu pamiętnika itp. – a co najlepsze, w tym czasie ciągle jestem pełen sił. Mieć czas na wszystko, co dla mnie ważne – to sprawia, że czuję się bardzo zrównoważony, zrelaksowany i optymistyczny.

Pomyśl o tym, co mógłbyś zrobić z tym dodatkowym czasem. Nawet dodatkowe pół godziny codziennie to dość czasu, by regularnie ćwiczyć, przeczytać w każdym miesiącu przeczytać jedną czy dwie książki, utrzymać bloga, codziennie medytować, przygotowywać zdrowe jedzenie, nauczyć się gry na instrumencie itd. W skali roku nawet niewielkie ilości dodatkowego czasu sumują się w pokaźną liczbę godzin. Pół godziny dziennie to 182,5 godziny rocznie. To więcej, niż miesiąc pracy na pełnym etacie (40 godzin tygodniowo). Podwój to, jeżeli oszczędzasz godzinę dziennie, albo pomnóż przez trzy, jeżeli oszczędzasz półtorej godziny. W moim przypadku oszczędność wynosiła właśnie około półtorej godziny dziennie. To jak dostać za darmo dodatkowy rok w każdej dekadzie. Wykorzystuję ten czas na robienie rzeczy, do jakich wcześniej nie zabierałem się z braku czasu i sił. To cudowne.

Przeczytaj oryginalne „Jak nauczyć się wcześnie wstawać?”.

Żeby nauczyć się wstawać z budzikiem, przeczytaj „Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?”.

A jeżeli naprawdę chcesz przenieść swoje spanie na wyższy poziom (poniżej 3 godzin dziennie), przeczytaj „Sen polifazowy”.

Źródło: How to Become an Early Riser – Part II

Jak nauczyć się wcześnie wstawać?

Dobrze jest wstawać przed świtem, nawyk ten bowiem służy zdrowiu, dobrobytowi i mądrości.
– Arystoteles

Czy umiejętność wczesnego wstawania jest cechą wrodzoną, czy nabytą? W moim przypadku – zdecydowanie to drugie. Krótko po dwudziestce rzadko kiedy lądowałem w łóżku przed północą i prawie zawsze spałem do późna. Zazwyczaj nie rozkręcałem się przed późnym popołudniem.

Ale czas leciał i nie dało się nie nie zauważyć silnego związku pomiędzy odnoszeniem sukcesów a wczesnym wstawaniem, również i w moim własnym życiu. W tych rzadkich przypadkach, kiedy udało mi się wstać wcześnie, zauważałem że moja produktywność prawie zawsze była większa; nie tylko rankiem, ale i przez cały dzień. Moje samopoczucie było też zauważalnie lepsze. Skoro więc miałem się za osobę bardzo proaktywną, postanowiłem nabrać zwyczaju wczesnego wstawania. Bez zwłoki nastawiłem budzik na piątą rano…

…i następnego poranka wstałem chwilę przed południem.

Hmmm…

Próby ponawiałem jeszcze wiele razy, nigdy jednak daleko nie zachodziłem. Doszedłem do wniosku, że urodziłem się chyba bez genu wczesnego wstawania. Kiedykolwiek dzwonił budzik, moją pierwszą myślą było: uciszyć ten cholerny hałas i wrócić do spania. Nawyk ten utrzymywał się przez parę lat, aż pewnego razu natrafiłem na pewne badania nad snem. Zrozumiałem wtedy, że podchodziłem do problemu w niewłaściwy sposób. Wykorzystałem opisywane tam pomysły i wreszcie z powodzeniem wypracowałem nawyk wczesnego wstawania.

Ciężko jest opanować tę umiejętność, stosując złą strategię. Przy odpowiednim podejściu jest za to względnie łatwo.

Najpowszechniejsza z nieodpowiednich strategii jest taka: przyjmujesz, że jeżeli masz wstawać wcześniej, to lepiej, żebyś kładł się wcześniej. Ustalasz ile snu potrzebujesz teraz, a potem po prostu przesuwasz wszystko o parę godzin do tyłu. Jeżeli teraz śpisz od północy do ósmej, stwierdzasz, że pójdziesz spać o dziesiątej i wstaniesz o szóstej. Brzmi bardzo rozsądnie, ale zazwyczaj się nie udaje.

Okazuje się, że są dwie główne szkoły myślenia o wzorcach spania. Jedna mówi, że powinieneś kłaść się i wstawać zawsze o tej samej porze. Tak jakbyś miał budzik na obu końcach – próbujesz spać w tych samych godzinach każdej nocy. Wydaje się to praktycznym sposobem na życie w nowoczesnym społeczeństwie. Potrzebujemy przewidywalności dla naszych planów. Musimy też zapewnić sobie odpowiedni wypoczynek.

Według drugiej z tych szkół powinieneś słuchać potrzeb swojego ciała i kłaść się, gdy jesteś zmęczony, oraz wstawać wtedy, gdy w naturalny sposób się obudzisz. Podejście to zakorzenione jest w biologii. Nasze ciała powinny wiedzieć, ile wypoczynku potrzebujemy, a my powinniśmy ich słuchać.

Metodą prób i błędów doszedłem do wniosku, że obie te szkoły prezentują nieoptymalne wzorce snu. Obie z nich są niewłaściwe, jeżeli zależy Ci na produktywności. Oto dlaczego…

Jeżeli śpisz w ustalonych godzinach, czasami trafisz do łóżka, nie będąc zupełnie zmęczonym. Jeżeli zaśnięcie każdego wieczora zajmuje Ci więcej niż pięć minut, to nie jesteś dość senny. Tracisz czas czuwając w łóżku zamiast spać. Inny problem jest taki, że przyjmujesz, iż każdej nocy potrzebujesz tyle samo godzin snu, co też jest błędnym założeniem. Ilość potrzebnego Ci snu zmienia się z dnia na dzień.

Jeżeli Twój sen opiera się na tym, co mówi Ci Twoje ciało, prawdopodobnie będziesz spał więcej niż potrzebujesz – w wielu przypadkach o wiele więcej, powiedzmy o 10-15 godzin tygodniowo (odpowiednik całego dnia na nogach). Wiele osób sypiających w ten sposób przesypia w nocy ponad osiem godzin, a to zazwyczaj za dużo. Ponadto gdy wstajesz o zróżnicowanych porach, Twoje poranki są bardziej nieprzewidywalne. A ze względu na to, że nasz naturalny rytm bywa czasami niezgodny z 24-godzinnym zegarem, może się okazać, że Twoje godziny snu zaczynają się rozjeżdżać.

Optymalnym rozwiązaniem byłoby połączyć oba podejścia. To bardzo proste, i wielu wcześnie wstających robi tak nawet o tym nie myśląc, tym niemniej dla mnie był to przełom w myśleniu. Rozwiązanie było takie: chodzić spać, kiedy jestem senny (i tylko wtedy), a wstawać na budzik o określonej porze (przez 7 dni w tygodniu). Tak więc zawsze wstaję o tej samej godzinie (w moim przypadku – o piątej), ale każdej nocy kładę się spać o innej porze.

Kładę się, kiedy jestem zbyt senny, by pozostać na nogach. Mój test na senność polega na tym, że jeżeli nie jestem w stanie przeczytać jednej czy dwóch stron z książki nie odpływając przy tym, to jestem gotów na spanie. Najczęściej zasypiam w przeciągu trzech minut od położenia się do łóżka. Kładę się, przybieram wygodną pozycję, i natychmiast odpływam. Czasem kładę się wpół do dziesiątej wieczorem, innym razem jestem na nogach do północy. Najczęściej idę do łóżka między 22 a 23. Jeżeli nie jestem senny, nie kładę się spać dopóki jestem stanie utrzymać otwarte oczy. Czytanie to świetna sprawa na taki czas, bo łatwo wyczuć moment odpowiedni na zaśnięcie.

Kiedy co rano dzwoni mój budzik, wyłączam go, przeciągam się przez parę sekund i siadam. Nie myślę o tym. Nauczyłem się, że im więcej czasu zabiera mi wstawanie, tym większa jest szansa, że zaśpię. Dlatego od momentu, gdy zadzwoni budzik, nie pozwalam sobie na żadne dyskusje w myślach na temat korzyści z dodatkowej drzemki. Nawet, jeżeli chciałbym jeszcze pospać, to i tak zawsze wstaję natychmiast.

Po kilku dniach stosowania tego podejścia zauważyłem, że moje wzorce snu nabrały naturalnego rytmu. Jeżeli jednej nocy spałem za mało, automatycznie wcześniej robiłem się bardziej senny i kolejnej nocy spałem więcej. A jeżeli miałem mnóstwo energii i nie byłem zmęczony, spałem mniej. Moje ciało nauczyło się kiedy mnie nokautować, bo wiedziało, że zawsze wstaję o tej samej porze, a pora ta nie podlega negocjacji.

Efekt uboczny był taki, że spałem jednorazowo około półtorej godziny mniej, a czułem się właściwie lepiej wypoczęty. Przesypiałem niemal cały czas, który spędzałem w łóżku.

Czytałem, że większość osób z bezsennością to ludzie, którzy kładą się, kiedy nie są senni. Jeżeli nie jesteś senny i stwierdzasz, że nie jesteś w stanie szybko zasnąć, wstań i zostań na nogach przez jakiś czas. Przetrzymaj senność dopóki Twoje ciało nie zacznie wydzielać hormonów odcinających Twoją świadomość. Jeżeli po prostu chodzisz do łóżka, kiedy jesteś senny, a potem wstajesz o stałej porze, to wyleczysz bezsenność. Pierwszej nocy będziesz siedział do późna, ale zaśniesz natychmiast. Tego pierwszego dnia możesz być zmęczony z powodu zbyt wczesnej pobudki i tylko kilkugodzinnego snu w ciągu nocy, ale przebrniesz jakoś przez dzień i kolejnej nocy będziesz chciał położyć się wcześniej. Po kilku dniach ustali Ci się wzorzec chodzenia spać z grubsza o tej samej porze i natychmiastowego zasypiania.

Jeśli więc chcesz nauczyć się wcześnie wstawać (czy choćby uzyskać większą kontrolę nad swoimi wzorcami snu), spróbuj tego: chodź spać tylko kiedy jesteś zbyt senny, by utrzymać się na nogach, a wstawaj zawsze o tej samej porze.

Edycja z 31 maja 2005 r.: Ze względu na niewiarygodną popularność tego artykułu, napisałem uzupełnienie zawierające parę dodatkowych szczegółów i wyjaśnień – „Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga”. A jeżeli naprawdę chcesz wynieść spanie na wyższy poziom, poczytaj o moich doświadczeniach ze snem polifazowym, przy którym śpisz tylko 2-3 godziny na dobę, robiąc co kilka godzin dwudziestominutowe drzemki – i tak przez całą dobę.

Edycja z 29 maja 2006 r.: Przeczytaj koniecznie powiązany artykuł: „Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?”.

Źródło: How to Become an Early Riser

30 dni do sukcesu

30-dniowa próba stanowi potężne narzędzie rozwoju osobistego. Zapożyczyłem ten pomysł od producentów oprogramowania, którzy pozwalają ściągnąć próbną wersję programu i korzystać z niej bez ryzyka przez 30 dni, zanim będą wymagać od Ciebie zakupu pełnej wersji. Jest to też świetny sposób na rozwijanie nowych nawyków, a co najlepsze – śmiesznie prosty.

Powiedzmy, że chcesz wprowadzić sobie nowy zwyczaj, jak program treningowy, czy pozbyć się złego nawyku – na przykład palenia. Wszyscy wiemy, że najtrudniej jest zapoczątkować i utrzymać nowy nawyk przez pierwszych kilka tygodni. Kiedy już przezwyciężysz początkowe opory, dużo łatwiej jest utrzymać kurs.

A my często powstrzymujemy się mentalnie przez choćby rozpoczęciem, myśląc o zmianie jako o czymś permanentnym – zanim w ogóle zaczniemy. Zbyt przytłaczająco wygląda myśl o dokonaniu dużej zmiany i trzymaniu się jej każdego dnia przez resztę życia, gdy jesteś przyzwyczajony do czegoś zupełnie odwrotnego. Im bardziej postrzegasz zmianę jako coś trwałego, tym bardziej utwierdzasz się na obecnej pozycji.

A co, gdybyś pomyślał o wprowadzeniu zmiany tymczasowo, powiedzmy, na 30 dni – potem jesteś wolny i możesz wrócić do starych nawyków? To już nie wygląda tak skomplikowanie. Ćwicz codziennie przez 30 dni, a potem przestań. Utrzymaj schludnie zorganizowane biurko przez 30 dni – i daj sobie na luz. Czytaj przez godzinę dziennie przez 30 dni, a później wróć do oglądania telewizji.

Dałbyś radę to zrobić? To też wymaga nieco dyscypliny i poświęcenia, ale bynajmniej nie tyle, ile wprowadzenie stałej zmiany. Wszelkie napotkane niedogodności są tylko tymczasowe. Możesz odliczać dni do wolności. A przez przynajmniej 30 dni będziesz uzyskiwał pewne korzyści. Nie jest tak źle. Jesteś w stanie to zrobić. To tylko jeden miesiąc z Twojego życia.

No a kiedy już ukończysz tę 30-dniową próbę, co się stanie? Po pierwsze, zajdziesz dostatecznie daleko, by móc teraz ustanowić nawyk, a ponadto będzie on łatwiejszy do utrzymania niż było wprowadzanie go od zera. Po drugie, w tym czasie przełamiesz uzależnienie od starego nawyku. Po trzecie, będziesz miał za sobą 30 dni sukcesu, co da Ci większe przeświadczenie, że możesz kontynuować. A po czwarte, uzyskasz 30 dni wartościowych efektów, co da Ci praktyczną odpowiedź na pytanie czego możesz się spodziewać w przypadku kontynuacji. Jesteś na lepszej pozycji do świadomego podjęcia długoterminowej decyzji.

Dlatego po zakończeniu 30-dniowej próby Twoja zdolność do zakorzenienia nawyku znacznie się zwiększa. Ale nawet jeżeli nie jesteś gotów by zachować nawyk na stałe, możesz zdecydować się na rozszerzenie okresu próbnego do 60 czy 90 dni. Im dłużej utrzymasz się w okresie próbnym, tym łatwiej będzie ustawić sobie nowy nawyk na całe życie.

Kolejna korzyść płynąca z tego podejścia jest taka, że możesz stosować je do testowania nowych zwyczajów, kiedy nie jesteś do końca przekonany, czy będziesz chciał utrzymać je na całe życie. Może chciałbyś spróbować nowej diety, ale nie wiesz, czy nie będzie zbyt restrykcyjna. W takim przypadku zrób 30-dniową próbę i ponownie ją oceń. Przerwanie kiedy wiesz, że nowy nawyk do Ciebie nie pasuje to żaden wstyd. To jest jak wypróbowanie programu przez miesiąc i odinstalowanie go, jeśli nie odpowiada Twoim potrzebom. Nic bolesnego, nic wstydliwego.

Oto kilka przykładów z mojego życia, kiedy wykorzystałem 30-dniowe próby do wprowadzenia nowych nawyków:

  1. Latem 1993 r. chciałem wypróbować wegetarianizm. Nie byłem zainteresowany wprowadzeniem takiej zmiany na całe życie, ale przeczytałem dużo na temat zdrowotnych dobrodziejstw wegetarianizmu, więc poświęciłem na to 30 dni, po prostu dla doświadczenia. Już wtedy trenowałem regularnie, wyglądałem przyzwoicie zdrowo, nie miałem nadwagi (183 cm, 70 kg), ale moja typowa dieta na studiach zawierała sporo śmieciowego jedzenia. Przejście na laktoowowegetarianizm na 30 dni okazało się o wiele łatwiejsze niż się spodziewałem – nie mogę powiedzieć, by było to trudne i bym kiedykolwiek poczuł, że czegoś mi brakowało. W ciągu tygodnia zauważyłem wzrost energii i koncentracji i czułem, że mam o wiele jaśniejszy umysł. A po tych 30 dniach nie miałem żadnych wątpliwości, że zostaje tak jak jest. Zmiana wyglądała na znacznie trudniejszą, niż w była rzeczywistości.
  2. W styczniu 1997 r. zdecydowałem się przejść z wegetarianizmu na weganizm. Podczas, gdy laktoowowegetarianie mogą jeść nabiał, weganie nie jedzą niczego co pochodzi od zwierząt. Rozwijało się u mnie pewne zainteresowanie przejściem na weganizm na całe życie, ale nie sądziłem, że byłbym w stanie to zrobić. Jak mógłbym rozstać się z warzywno-serowymi omletami? Ta dieta wyglądała mi na zbyt restrykcyjną – i to w stopniu zahaczającym o fanatyzm. Ale byłem bardzo ciekaw jak to właściwie jest. Tak więc znów zrobiłem 30-dniową próbę. W tamtym czasie byłem zdania, że dam radę przejść próbę, ale szczerze nie spodziewałem się, bym kontynuował poza tym. Cóż, w pierwszym tygodniu straciłem prawie cztery kilo, głównie kursując do łazienki gdy moje kiszki oczyszczały się z całego zgromadzonego nabiałowego szlamu (teraz wiem, dlaczego krowy potrzebują czterech żołądków żeby odpowiednio strawić to wszystko). Przez pierwszych kilka dni czułem się ohydnie, ale potem poczułem nagły przypływ energii. Miałem też jaśniejszy umysł niż kiedykolwiek wcześniej, jak gdyby „mgła na mózgu” się podniosła; czułem się, jakby mój mózg dostał nowy procesor i pamięć. Jednak największą zmianą, jaką zauważyłem, była moja wytrzymałość. Mieszkałem w tamtym czasie w Marina del Rey i miałem zwyczaj biegania wzdłuż Santa Maria Pier. Zauważyłem, że nie byłem zmęczony po moim zwykłym 3-milowym biegu, więc zacząłem zwiększać dystans do pięciu mil, dziesięciu mil, a w końcu kilka lat później do maratonu. W Tae Kwon Do dodatkowa wytrzymałość solidnie poprawiła moje umiejętności sparingowe. Zgromadzone korzyści były tak duże, że jedzenie, które odstawiłem, po prostu nie było już tak pociągające. Tak więc znów nie miałem wątpliwości, że po 30 dniach utrzymuję tę dietę – i dziś wciąż jestem weganinem. Zupełnie zaskoczyło mnie, że po tak długim czasie na tej diecie produkty zwierzęce które dawniej jadałem po prostu nie wyglądają już na jedzenie. Nie czuję się więc pozbawiony czegokolwiek.
  3. Również w 1997 r. zdecydowałem, że będę ćwiczyć codziennie przez  cały rok. To było moje noworoczne postanowienie na ten rok. Przyjąłem, że będę wykonywał ćwiczenia aerobowe przez 25 minut dziennie, i że nie będę wliczał w to zajęć Tae Kwon Do, na które chodziłem przez 2-3 razy w tygodniu. Łącząc to ze zmianami w diecie, chciałem wyciągnąć moją kondycję na nowy poziom. Nie chciałem opuścić ani jednego dnia, nawet w czasie choroby. Tylko że myślenie o ćwiczeniu przez 365 dni z rzędu było onieśmielające, więc w świadomie rozpocząłem to jako tylko 30-dniową próbę. To nie było już takie złe. Po chwili każdy mijający dzień ustanawiał nowy rekord: 8 dni z rzędu… 10 dni… 15 dni… Było coraz trudniej przerwać. Po 30 dniach z rzędu – jak mogłem nie zaliczyć dnia 31, ustanawiając nowy osobisty rekord? A wyobrażasz sobie przerwanie po 250 dniach? Nie ma opcji. Po początkowym miesiącu na ustanowienie nawyku, przez resztę roku sprawa zadbała o siebie sama. Pamiętam jak jeździłem w tamtym roku na seminarium i wracałem do domu mocno po północy. Pewnego razu miałem przeziębienie i byłem naprawdę zmęczony, ale mimo to o drugiej w nocy poszedłem biegać w deszczu. Niektórzy nazwaliby to głupotą, ale ja byłem tak zdeterminowany do osiągnięcia mojego celu, że nie miałem zamiaru pozwolić, by zmęczenie czy choroba mnie zatrzymały. Udało mi się, dałem radę nie tracąc ani jednego dnia z całego roku. Tak naprawdę ćwiczyłem dalej przez kilka kolejnych tygodni roku 1998 zanim w końcu przestałem, co było ciężką decyzją. Chciałem robić to przez jeden rok, wiedząc, że będzie to potężnym doświadczeniem do którego będę mógł się odnosić – i tak też się stało.
  4. Więcej dietowych spraw… Po tym, jak przez kilka lat byłem już weganinem, nabrałem ochoty by spróbować innych wariantów tej diety. Zrobiłem 30-dniowe próby zarówno z dietą makrobiotyczną, jak i z dietą surową. Były one interesujące i dały nowe spojrzenie na temat, ale żadnej z nich nie zdecydowałem się kontynuować. Jedząc makrobiotycznie nie czułem się inaczej, niż miało to miejsce zazwyczaj. A w przypadku diety surowej, podczas, gdy odczułem znaczący wzrost energii, uznałem też, że ta dieta wymaga zbyt wiele pracy – poświęcałem wiele czasu na przygotowywanie posiłków i często chodziłem na zakupy. Jasne, można po prostu jeść surowe owoce i warzywa, ale stworzenie ciekawych surowych potraw może wymagać wiele pracy. Gdybym miał własnego kucharza, to prawdopodobnie zostałbym przy surowej diecie, ponieważ uważam, że korzyści byłyby tego warte. Zrobiłem jeszcze drugą, 45-dniową próbę surowej diety, ale doszedłem do tych samych wniosków. Gdyby kiedykolwiek zdiagnozowano u mnie poważną chorobę jak rak, natychmiast przerzuciłbym się na całkowicie surową dietę opartą na „żywym pożywieniu”, bo wierzę, że jest to absolutnie najlepsza dieta dla optymalnego zdrowia. Nigdy nie czułem się bardziej wypełniony energią niż gdy byłem na surowej diecie. Ale było mi też bardzo ciężko uczynić ją praktyczną. Mimo to, po przeprowadzonych próbach udało mi się wprowadzić trochę nowych makrobiotycznych i surowych posiłków do mojej diety. W Vegas są dwie restauracje serwujące całkowicie surowe posiłki, w których bardzo lubię jadać, bo kto inny wykonuje całą robotę. Tak więc te 30-dniowe próby tak czy inaczej mogłem nazwać sukcesem, bo dały mi nowe spojrzenie, mimo, że w obu przypadkach świadomie podjąłem decyzję, że nie podtrzymuję nowych nawyków. Jednym z powodów, dla których pełna 30-dniowa próba jest tak ważna, gdy chodzi o nowe diety jest taki, że pierwszy tydzień czy dwa często mijają na detoksykacji i przezwyciężaniu pragnienia, więc dopiero w trzecim czy czwartym tygodniu zaczynasz mieć jasny obraz sytuacji. Moim zdaniem, jeżeli nie przetestowałeś diety przez co najmniej 30 dni, to po prostu jej nie zrozumiesz. Każda dieta obserwowana „z wewnątrz” daje inne odczucia, niż by to wyglądało z zewnątrz.

Ta metoda 30-dniowych prób wydaje się działać najlepiej, gdy mowa o codziennych nawykach. Nie miałem wiele szczęścia próbując wykorzystać ją do wprowadzenia nawyku, który realizuje się tylko przez 3-4 dni w tygodniu. Może ona jednak zadziałać dobrze, jeżeli zastosujesz nawyk codziennie przez 30 dni, a potem ograniczysz częstotliwość. Właśnie w ten sposób robię, gdy wprowadzam na przykład nowy program treningowy. Codzienne nawyki wprowadza się o wiele łatwiej.

Oto parę innych pomysłów na zastosowanie 30-dniowych prób:

  • Przestań oglądać telewizję. Nagraj wszystkie swoje ulubione programy i zachowaj je na czas po zakończeniu próby. Cała moja rodzina zrobiła tak pewnego razu i okazało się to bardzo pouczające.
  • Przestań zaglądać na fora, zwłaszcza, gdy czujesz, że zaczynasz się od nich uzależniać. To pomoże Ci złamać uzależnienie i da Ci jaśniejszy pogląd na to, jakie właściwie korzyści daje Ci uczestniczenie w nich (o ile jakiekolwiek). Możesz zawsze przerwać po tych 30 dniach.
  • Bierz prysznic/kąp się/ogól się każdego dnia. Wiem, że TOBIE akurat to konkretnie nie jest potrzebne, więc przekaż to proszę komuś, komu jest.
  • Spotkaj się z kimś nowym każdego dnia. Rozpocznij rozmowę z obcym.
  • Wychodź każdego wieczoru. Idź za każdym razem w inne miejsce i rób coś ciekawego – zapamiętasz ten miesiąc.
  • Spędzaj codziennie pół godziny na sprzątaniu i organizowaniu swojego domu czy biura. To w sumie 15 godzin.
  • Codziennie wystaw coś nowego na sprzedaż na Allegro. Pozbądź się trochę tych śmieci.
  • Codziennie zaproś kogoś nowego na randkę. Jeżeli Twój współczynnik powodzenia nie spada poniżej 3%, będziesz miał przynajmniej jedną nową randkę, a może nawet spotkasz swoją przyszłą małżonkę.
  • Jeżeli jesteś już w związku, codziennie zrób tej swojej drugiej połówce masaż. Albo zamieniajcie się co drugi dzień tak- to po 15 masaży dla każdego.
  • Rzuć papierosy, colę, śmieciowe jedzenie, kawę czy inne niezdrowe uzależnienie.
  • Naucz się wstawać rano.
  • Codziennie pisz pamiętnik.
  • Każdego dnia zadzwoń do innego członka rodziny, znajomego czy partnera biznesowego.
  • Wykonaj codziennie 25 rozmów telefonicznych aby rozkręcić nowy biznes. Zawodowy mówca Mike Ferry robił tak przez pięć dni w tygodniu, przez dwa lata, nawet w dni kiedy prowadził seminaria. Twierdzi, iż temu zwyczajowi zawdzięcza rozbudowanie swojego biznesu do poziomu sprzedaży o wartości ponad 10 milionów dolarów rocznie. Jeżeli w ciągu roku wykonasz 1300 rozmów telefonicznych, stworzysz porządny biznes niezależnie od tego, jak marne są Twoje umiejętności sprzedażowe. Możesz przełożyć ten zwyczaj na jakikolwiek rodzaj pracy marketingowej, jak zdobywanie nowych linków do Twojej strony internetowej.
  • Każdego dnia publikuj nowy wpis na blogu.
  • Przez godzinę dziennie czytaj na temat, który Cię interesuje.
  • Medytuj codziennie.
  • Każdego dnia ucz się nowego słówka.
  • Codziennie idź na długi spacer.

I znów – nie myśl, że będziesz musiał kontynuować którykolwiek z tych nawyków po upłynięciu 30 dni. Myśl o korzyściach, jakie uzyskasz tylko w ciągu tych 30 dni. Będziesz mógł to wszystko ponownie ocenić po okresie próbnym. Z pewnością rozwiniesz się już dzięki samemu doświadczeniu, nawet, jeśli jest tymczasowe.

Potęga tego podejścia leży w jego prostocie. Nawet, jeżeli wykonywanie pewnej czynności każdego kolejnego dnia byłoby mniej wydajne niż działanie według bardziej skomplikowanego schematu – dobrym przykładem jest trening siłowy, bo odpowiedni odpoczynek to tutaj kluczowy element – często masz większe szanse utrzymać codzienny nawyk. Kiedy postanawiasz robić coś każdego dnia bez wyjątku, nie możesz tłumaczyć sobie czy uzasadniać opuszczenia jednego dnia, ani nie możesz obiecywać sobie, że zrobisz coś później, przebudowując swój plan.

Wypróbuj próby. Jeżeli jesteś w stanie poświęcić się jednej właśnie teraz, zostaw komentarz i podziel się swoim celem na następne 30 dni. Po 30 dniach możemy wymienić się spostrzeżeniami. A nawet zrobię taką próbę razem z wami. Moja będzie taka: wychodzić na rower czy pobiegać przez 25 minut, albo zrobić minimum godzinny spacer po górach codziennie przez 30 dni. Pogoda tu w Vegas ostatnio jest świetna, więc to jest niezła pora by powrócić do ćwiczenia na świeżym powietrzu.

Źródło: 30 Days to Succcess

Ciężka Praca

Literatura sukcesu od setek lat chwali korzyści płynące z ciężkiej pracy. Ale czemu tak się dzieje, że dla niektórych ludzi określenie „ciężka praca” wydaje się być w dzisiejszych czasach brzydkim słowem?

Ja definiuję „ciężką pracę” jako pracę, która jest ambitna, stanowi wyzwanie. Zarówno ciężka praca, jak i pracowanie ciężko (np. poświęcanie odpowiedniej ilości czasu by wykonać zadanie) są niezbędne do osiągnięcia sukcesu.

Problem pojawia się, gdy ludzie uważają ambitną pracę za coś bolesnego i niedogodnego. Czy ambitna praca koniecznie musi być bolesna? Nie, oczywiście, że nie. W rzeczywistości, największym kluczem do sukcesu jest nauczenie się czerpania radości z ambitnej pracy ORAZ czerpania radości z pracowania nad nim ciężko.

Dlaczego ambitna praca? Ponieważ ambitna, inteligentnie dobrana praca się opłaca. To właśnie jej ludzie o słabym charakterze będą unikali. I jeśli według Ciebie próbuję stwierdzić, że ktoś unikający ambitnej pracy ma coś nie tak z charakterem, to masz rację… i mowa tu o naprawdę poważnym problemie. Jeżeli unikasz ambitnej pracy, unikasz robienia tego, co prowadzi do sukcesu. Jak chcesz utrzymać siłę mięśni czy ostrość umysłu, to musisz rzucać im wyzwania. Zajmowanie się tylko łatwymi rzeczami prowadzi do fizycznej i mentalnej słabizny i bardzo miernych wyników, a następnie do marnowania ogromnych ilości czasu i energii na usprawiedliwianie czemuż to ta słabizna jest w porządku – zamiast ruszenia zadka i wzięcia za jakieś prawdziwe wyzwanie.

Rozwiązywanie problemów buduje charakter, dokładnie tak, jak dźwiganie ciężarów buduje mięśnie. Kto unika wyzwań, rezygnuje z rozwoju swojego charakteru.

Jasne, że z natury unikamy bólu, więc gdy zadanie wygląda nam na czystą boleść, z pewnością będziemy trzymać się z dala. Tylko że zachowując się w ten sposób unikamy też ważnych okazji do budowania charakteru, samego w sobie będącego ogromnie trudnym zadaniem. Tak więc zamiast bać się wyzwań, musimy nauczyć się je kochać całkiem tak, jak kulturysta uczy się kochać ból przy „jeszcze jednym powtórzeniu” rozrywającym włókna mięśni, które następnie odrastają silniejsze. Kiedy unikasz bólu, tracisz okazję do rozwoju. Taka jest prawda zarówno w odniesieniu do budowania mięśni, jak i budowania charakteru.

Choć powszechnie przyjęta filozofia każe płynąć z prądem, wadą takiego przekonania jest konieczność oddania temuż prądowi kontroli nad naszym życiem. No i OK, dopóki nie masz nic przeciwko biernemu pozwalaniu by życie po prostu Ci się przydarzało. Jeśli czujesz, że jesteś tu aby przez swoje życie być niesionym, a nie prowadzić i napędzać je, musisz też polubić i zaakceptować ścieżki którymi Cię ten prąd prowadza. A czasami prąd nie płynie w najzdrowszym kierunku. Możesz dać mu się nieść i skończyć w całkiem schrzanionej sytuacji, jeśli w razie konieczności nie weźmiesz steru we własne ręce.

Z drugiej strony, istnieje alternatywny sposób spojrzenia na życie: z Tobą jako kierującą nim siłą. Ty tworzysz i sam kontrolujesz ten prąd. Jest to bardziej wymagające, ale i daje dużo więcej satysfakcji. Nie jesteś ograniczony jedynie do  doświadczeń doznawanych biernie czy bezboleśnie – teraz możesz mieć więcej tego, czego chcesz, będąc gotowym na zaakceptowanie i podjęcie większych wyzwań.

Gdybym tylko płynął lekko z prądem mojego życia, to nie nauczyłbym się nigdy czytać, pisać czy korzystać z komputera; to wszystko były wyzwania przy których czułem, że idę pod prąd względem tego, co było proste i naturalne. Nie ukończyłbym żadnych studiów. Nie otworzyłbym własnego biznesu. Z pewnością nie stworzyłbym żadnego oprogramowania. Nie ma opcji żebym przebiegł maraton – człowiek na takie pomysły nie wpada „z prądem”. A już bez najmniejszej wątpliwości nie dawałbym żadnych publicznych przemówień. Ten blog również by nie istniał; to zdecydowanie jest coś stworzonego dzięki rozpędzonej energii, a nie powolnemu dryfowi.

Wierzę, że w życiu niesie nas czasem pewien niewidoczny prąd, ale ja widzę siebie jako jego współtwórcę. Mogę płynąć z prądem, gdy kieruje się on tam, dokąd chcę zmierzać, albo mogę wyjść na brzeg i wytyczyć własny szlak, gdy jest to konieczne.

Kiedy weźmiesz się do roboty i nauczysz się patrzeć na siebie jak na kapitana swojego życia, zamiast jego biernej ofiary, wtedy łatwiejsze stanie się podejmowanie poważnych wyzwań i znoszenie trudów, których czasami one wymagają. Przyjemność z rozwijania charakteru przewyższa dla Ciebie drobne niedogodności, jakich przy tej okazji doświadczasz. Przyzwyczajasz się do coraz dłuższego przebywania czasu poza strefą komfortu. Ciężka praca jest czymś, na co czekasz, bo wiesz że będzie prowadzić do ogromnego wzrostu. I w końcu rozwijasz dojrzałość i odpowiedzialność pozwalającą zrozumieć, że pewne cele nigdy nie zmaterializują się ot tak po prostu w Twoim życiu; zdarzą się tylko wtedy, gdy Ty będziesz aktywnie działać jako siła prowadząca do ich osiągnięcia.

Kiedy stajesz przed stwierdzeniem: „Jeśli zawsze będę unikał ciężkiej pracy, nigdy w życiu nie doświadczę X, Y czy Z.”, trochę łatwiej jest pojąć korzyści z ciężkiej pracy. Co na przykład stracisz? Prawdopodobnie nigdy nie przebiegniesz maratonu, nie poślubisz partnera swoich marzeń, nie zostaniesz multimilionerem, nie będziesz nic naprawdę znaczył na świecie itd. Będziesz musiał zadowolić się tylko tym, co może zapewnić płynięcie z prądem, to znaczy – miernością. Po prostu zajmiesz trochę miejsca i umrzesz, nic tak naprawdę nie znacząc. Świat będzie właściwie taki sam, jak gdybyś nigdy nie istniał (nie bacząc na teorię chaosu).

Jeżeli chcesz osiągnąć pewne naprawdę poważne i interesujące cele, musisz nauczyć się miłości do ciężkiej pracy. Ciężka praca robi różnicę. Jest tym, co odróżnia dzieci od dojrzałych dorosłych. Możesz dalej żyć jak dziecko z desperacką nadzieją, że życie zawsze będzie łatwe – tylko że w takim wypadku utkniesz w dziecięcym świecie, pracując na realizację celów innych ludzi zamiast swoich, czekając aż nadarzą Ci się okazje zamiast tworzyć własne, i wykonując pracę, która w wielkim planie tego świata po prostu nie jest istotna.

Gdy uczysz się akceptować ciężką pracę zamiast od niej uciekać, zyskujesz umiejętność realizowania swoich wielkich celów, nieważne czego by wymagało ich osiągnięcie. Przebijasz się przez przeciwności, które zatrzymują innych, słabszych w swoich postanowieniach. Ale co doprowadza Cię do tego punktu? Co sprawia, że przyjmujesz ciężką pracę?

Twoje przeznaczenie.

Kiedy żyjesz z myślą o wielkim celu, ciężka praca nie jest opcją. Jest koniecznością. Gdy Twoje życie nie ma prawdziwego przeznaczenia, możesz unikać ciężkiej pracy i nie będzie miało to znaczenia, bo zdecydowałeś że Twoje życie samo w sobie tak czy inaczej nic nie znaczy. Więc kogo obchodzi czy pracujesz ciężko czy wybierasz łatwą ścieżkę? Ale jeśli znalazłeś poważne przeznaczenie dla swojego życia, wypełnienie go będzie wymagało ciężkiej pracy – bo każdy sensowny cel będzie jej wymagać. Musisz więc przyznać przed sobą że spełnisz swoje przeznaczenie tylko akceptując ciężką pracę. I właśnie to wynosi Cię ponad strach i ego, ponad to zapłakane małe dziecko które myśli, że przed ciężką pracą trzeba wiać gdzie pieprz rośnie. Gdy poprowadzi Cię przeznaczenie potężniejsze od Ciebie, zaakceptujesz ciężką pracę z czystej konieczności. Dziecko zmienia się w dojrzałego dorosłego, który przyjmuje odpowiedzialność za wykonanie swojej roboty, bo wie, że bez pełnego poświęcenia i ogromu ciężkiej pracy nigdy tego nie osiągnie.

Pragnienie pokonuje przeciwności.

Pokaż mi osobę, która unika ciężkiej pracy, a ja pokażę Ci kogoś, kto nie odnalazł jeszcze swojego przeznaczenia. Ponieważ ten, kto zna swoje przeznaczenie, akceptuje ciężką pracę. On chętnie płaci tę cenę.

Jeśli nie znasz jeszcze swojego przeznaczenia, to w świecie dojrzałych istot ludzkich nic jeszcze nie znaczysz. Jesteś jak rupieć płynący rzeką, której prąd tworzą ludzie żyjący z przeznaczeniem. I w głębi siebie już to wiesz, prawda? Jeśli chcesz mieć znaczenie na świecie, to cenę stanowi ciężka praca. Nie ma żadnych skrótów.

Przeznaczenie i ciężka praca to kumple. Przeznaczenie odpowiada na pytanie: dlaczego. Ciężka praca mówi – jak. Przeznaczenie jest tym, co zmienia zwykłą pracę w pracę pełną miłości. Przeobraża ból ciężkiej pracy w przyjemność wyższego poziomu płynącą z poświęcenia, zaangażowania, zdecydowania i pasji. Zmienia ból w siłę, aż do punktu gdzie nie czujesz już bólu – tak bardzo cieszysz się siłą.

Raz jeszcze – to wszystko sprowadza się do przeznaczenia. Stwórz przeznaczenie dla swojego życia i żyj nim każdego dnia. Wtedy wiele innych nawyków sukcesu, jak ciężka praca i pracowanie ciężko pojawi się automatycznie na swoich miejsca. Zrozum dlaczego. Dlaczego jesteś tutaj? Co znaczy Twoje życie? To jest ostateczny test Twojej wolnej woli.

Źródło: Hard Work

Najlepsza możliwa inwestycja?

W siebie samego! Stopa zwrotu z inwestycji we własną wiedzę i umiejętności będzie znacznie lepsza niż efekty uzyskiwane z akcji, nieruchomości czy innych inwestycji.

Czasem da się ją nawet wyliczyć. Powiedzmy, że kupujesz książkę. Dodajmy nawet Twoją przeciętną stawkę godzinową, przemnożoną przez czas poświęcony na czytanie. Z wielu książek pożytku nie będzie. Od czasu do czasu jednak trafisz na dobry pomysł, który przyniesie ogromne korzyści, nawet i dziesięć razy większe niż poniesione „koszty”. I to w ciągu paru miesięcy. Zdarza się to szczególnie w przypadku książek dotyczących biznesu i produktywności osobistej. Często nie chodzi jednak o jakąś przełomową myśl, a raczej o ciągły kontakt z tymi samymi pomysłami przestawianymi na różne sposoby. W dłuższej perspektywie przekłada się to na stałe zyski. Efekty wykraczają poza same dochody liczone w gotówce. Jeżeli inwestowanie we własną wiedzę sprawi, że postanowisz rzucić palenie, to jesteś w stanie wyliczyć ile w ciągu życia da się zaoszczędzić na kosztach papierosów – ale jaką wartość ma dla Ciebie lepsze zdrowie? Ile warta jest myśl, która sprawi że spotkasz i nawiążesz relację z przyszłym małżonkiem? Ile warte jest zrzucenie dwudziestu kilogramów – i świadomość, że przez resztę życia utrzymasz tę wagę? Ile warta jest kariera dająca pełną satysfakcję?

Od Briana Tracy’ego nauczyłem się triku polegającego na inwestowaniu w rozwój osobisty trzech procent dochodu. Nie wiem, dlaczego przyjął on akurat trzy procent, ale kwota taka wydaje mi się w sam raz. Tak więc jeżeli na miesiąc zarabiasz trzy tysiące, to na własny rozwój osobisty wydasz niecałą stówkę. Możesz za to kupić parę książek w miękkiej oprawie (ale to sporo czytania). Możesz kupić program audio na płytach, albo tańszy w mp3. Wyznaczoną kwotę możesz też odłożyć na poczet kursu czy konferencji. Ceny są bardzo różne, od przysłowiowych paru groszy za uczestnictwo w jednodniowej konferencji do grubych tysięcy za dłuższe specjalistyczne szkolenia. Moim zdaniem najlepiej mieszać różne rodzaje nauki. Ja na przykład kupiłem w ubiegłym miesiącu program audio, parę książek oraz wybrałem się na trzydniowe seminarium.

Nie musisz co miesiąc wydawać dokładnie takiej kwoty. Jeżeli w jednym miesiącu wydasz mniej, a w następnym więcej, to zupełnie w porządku. Staraj się po prostu celować w te 3% w skali roku. Jeżeli taka kwota wydaje Ci się zbyt duża, to zacznij od 1% a potem stopniowo ją zwiększaj. Albo dopóki się nie oswoisz z takim wydatkiem, przyjmij niewielką stałą kwotę.

Budżet ten możesz wykorzystać na rozwijanie siebie w dowolny sposób. Będzie to więc nie tylko wiedza, ale i sprzęt czy usługi – wszystko co pomoże Ci doskonalić się i rozwijać. Ja na przykład z tych pieniędzy skompletowałem sobie domową siłownię z atlasem do ćwiczeń, rowerem treningowym i przeróżnymi ciężarami. Jeżeli jesteś zestresowany, możesz zafundować sobie profesjonalny masaż. Moja żona lubi od czasu do czasu spędzić pół dnia w spa. Jeśli czujesz, że coś będzie dla Ciebie pozytywnym doświadczeniem, to śmiało! Wybierz się na kurs spadochronowy. Zwiedź muzeum. Dołącz do klubu czy stowarzyszenia. Kup program do nauki szybkiego pisania. Naucz się grać na flecie. Naucz się grać w tenisa. Kup sobie tablet.

Taki nawyk całkiem łatwo sobie wypracować. Po prostu na pierwszy dzień każdego miesiąca zapisz w kalendarzu: „Zainwestować w siebie 3%.” Kiedy nadejdzie ten dzień, sprawdź ile zarobiłeś w poprzednim miesiącu i zdecyduj w jaki sposób wydasz te pieniądze. Jeżeli możesz to zrób to od ręki – prosta sprawa w internecie. Pamiętaj, że jest to inwestycja; wydane teraz pieniądze na dłuższą metę będą się w różnym stopniu zwracać – zależnie od tego na co pójdą.

Jeżeli prowadzisz własny biznes, możesz zdecydować czy będziesz inwestować procent od przychodu brutto czy netto. Ja przyjąłem brutto, co oczywiście daje mi większy budżet. Wybierz jakąkolwiek kwotę która jest dla Ciebie w porządku.

Mimo że ogólnie zakupy stanowią dla mnie wyzwanie, tego typu kupowanie lubię. Możesz zafundować mi szał zakupów za dziesięć tysięcy w lokalnym centrum handlowym, a ja nie znajdę tam nic interesującego. Ale kiedy przychodzi do inwestowania w wiedzę i umiejętności, to nagle wymyślenie listy życzeń nie sprawia żadnej trudności. Fajnie jest rozmyślać: „Mam do wydania tyle a tyle na rozwój osobisty – co by tu wybrać?” Kupmy 30 punktów lepszego zdrowia, 10 punktów powodzenia w finansach, 5 punktów umiejętności interpersonalnych i 20 punktów budowania związków.

Miłego wydawania! 🙂

Źródło: The Best Place to Invest Your Money

Newer posts