Steve Pavlina: rozwój osobisty człowieka rozumnego - po polsku!

Trochę do poczytania o rozwoju osobistym i świadomym życiu. Ze szczególnym uwzględnieniem odkrywania sensu swojego życia i budzenia odwagi by podążać jego drogą. Za darmo.

Category: Wydajność (page 1 of 2)

Jak długo wytrzymasz bez sprawdzania poczty czy portali społecznościowych?

Parę tygodni temu postanowiłem przeprowadzić prosty eksperyment. Polegał on na ograniczeniu częstotliwości sprawdzania poczty i portali społecznościowych do trzech razy w tygodniu. Chciałem zobaczyć, w jaki sposób takie swobodniejsze podejście wpłynie na moją produktywność i relacje społeczne.

Lata temu, kiedy internet był znacznie mniejszy a e-mail nie tak popularny, nie byłoby to nic wielkiego. W połowie lat ’90 nawet w biznesie przechodziło sprawdzanie poczty tylko parę razy w tygodniu. Ludzie zazwyczaj nie oczekiwali szybkiej wymiany informacji tą drogą. A kiedy szybka odpowiedź była rzeczywiście potrzebna, po prostu korzystało się z telefonu.

Dziś sprawdzanie poczty i/lub portali społecznościowych przynajmniej parę razy dziennie stało się powszechne, zwłaszcza w świecie małych firm. W pewnych sytuacjach jest to uzasadnione. Częstsze aktualizowanie informacji oznacza sprawniejszą komunikację z klientem. Szybkość oznacza wysoką klasę, szczególnie w obsłudze klienta. Krótszy czas odpowiedzi może więc dać firmie przewagę konkurencyjną.

Takie częste aktualizacje nie są jednak pozbawione kosztów. Jeżeli należysz do ludzi będących wciąż „na bieżąco”, możesz spotkać się z następującymi niedogodnościami:

  • obniżona zdolność do skupienia się
  • kierowanie się pilnością zadań, tracenie z oczu tego, co ważne
  • zmaganie się z częstym rozpraszaniem uwagi
  • myśli o innych ludziach stale krążące w Twojej głowie
  • nasilające się uzależnienie; nadmierne odświeżanie informacji, często bez namysłu
  • zmniejszona produktywność
  • ograniczone życie osobiste „w realu”
  • utrata umiejętności właściwego określania priorytetu otrzymywanych wiadomości
  • poświęcanie wiadomościom zbyt wiele czasu
  • odwrócenie uwagi od własnych, osobistych celów
  • marnowanie czasu, który można wykorzystać lepiej na co innego

A oto parę kluczowych korzyści, jakie zauważyłem rzadziej logując się na internetowe konta:

  • było mi znacznie łatwiej się skupić na własnych celach i przedsięwzięciach
  • więcej zadań doprowadzam do końca; te tygodnie należą do najbardziej produktywnych od lat
  • cieszyłem się poczuciem dużej ilości dostępnego czasu, tak jakbym każdego dnia miał więcej przestrzeni na pracę, życie i zabawę
  • minęła mi chęć aktualizowania statusów tylko po to, żeby coś napisać
  • odczułem znaczny spadek poczucia ważności maili i mediów społecznościowych; odsunęły się one gdzieś w tło mojego życia
  • każdego dnia spędzałem mniej czasu na myśleniu o mailach i portalach społecznościowych
  • kładłem się spać o bardziej stałych porach (żadnego dyskutowania do późnej nocy) i z łatwością wstawałem o piątej rano przez siedem dni w tygodniu
  • opublikowałem mniej aktualizacji statusów oraz odpowiedziałem na mniej maili i prywatnych wiadomości
  • otrzymałem znacznie mniej odpowiedzi i komentarzy (dałem ludziom mniej powodów do odpowiadania, dla mnie więc mniej czytania)
  • łatwiej było mi świadomie określać priorytet poszczególnych wiadomości, patrząc na nie w kontekście nagromadzonej przez kilka dni całości
  • tygodniowo oszczędzałem po kilka godzin, które mogłem poświęcić na bardziej satysfakcjonujące, produktywne zadania
  • częściej ćwiczyłem fizycznie (5-7 razy w tygodniu)
  • czułem się bardziej zrelaksowany i mniej zestresowany, ale też bardziej zmotywowany
  • ukończyłem parę projektów nie publikując ani jednej aktualizacji statusu na ich temat (kogo obchodzi, że w tym miesiącu wstawiłem nowy bojler?)
  • znacznie mniej świerzbiło mnie zarówno mentalnie, jak i emocjonalnie by często i o różnych porach sprawdzać, co tam nowego
  • mniej świadom byłem tego, co robili moi internetowi „przyjaciele”, za to bardziej świadom tego, co robię ja sam, jak i osoby mi najbliższe
  • bardziej cieszyłem się czasem spędzanym z dzieciakami, czułem silniejszą więź z nimi

Oto negatywne konsekwencje, z jakimi się spotkałem:

  • przeoczyłem aktualnego maila z zaproszeniem na grę w disc-golfa (zazwyczaj grywamy w soboty, ale tym razem było to specjalne zaproszenie na grę w niedzielę)

Poważnie, to jedyna negatywna konsekwencja, jaka przychodzi mi do głowy – apokalipsą bym tego nie nazwał.

Poza tym trzeba było trochę się dostosować do nowej sytuacji, ale tego do negatywnych konsekwencji bym nie zaliczał. Załóżmy, że ktoś chce umówić ze mną rozmowę telefoniczną czy na Skypie, albo na osobiste spotkanie. Rozwiązanie: muszę po prostu zaplanować to z większym wyprzedzeniem, dając sobie dość czasu na wymianę maili związanych z tymi ustaleniami.

Może się zdarzyć, że przeoczę jakieś zaproszenia na ostatnią chwilę. Te wiadomości typu: „Hej, wiesz co? Jestem dziś w Vegas. Spotkajmy się!” mogą zostać zauważone już po fakcie. W stosunku do wszystkich korzyści nie jest to jednak jakaś wielka sprawa.

Pora dnia

Odkryłem, że najlepszą dla mnie porą dnia na zajmowanie się mailami i portalami społecznościowymi jest wieczór. Zauważyłem, że zająwszy się tym bliżej początku dnia, później odczuwałem zbyt dużą pokusę kolejnego sprawdzenia co nowego parę godzin później. Ściąganie poczty między piątą a ósmą wieczorem sprawdzało się to bardzo dobrze. Po pierwsze, w ciągu dnia skupiałem się na innych sprawach. Po drugie, znikał motyw do prokrastynowania poprzez spędzanie przy wiadomościach nadmiernych ilości czasu, bo w tym momencie, o ile był to dzień roboczy, pracę miałem już za sobą. Po trzecie, przy odpowiadaniu na prywatne wiadomości byłem bardziej zrelaksowany, bo nie czułem się zmuszony do odsuwania w czasie moich codziennych spraw; co najwyżej kolację zjadłem trochę później.

Które dni?

Wychodzi na to, że moim ulubionym układem było sprawdzanie poczty w niedziele, czwartki i piątki. Dzięki temu na początku każdego tygodnia miałem do dyspozycji solidny blok czasu (96 godzin) na zajmowanie się konkretną robotą. Od poniedziałku do czwartkowego wieczora mogłem pracować bez rozpraszania uwagi pocztą czy portalami społecznościowymi.

A co, jeżeli ktoś napisał do mnie w poniedziałek i nie dostał odpowiedzi aż do czwartku wieczorem? Mój biznes nie zależy w takim stopniu od szybkości reakcji, także nie będzie z tym wielkiego problemu.  Kto potrzebuje pilniejszego kontaktu, może zadzwonić czy napisać SMS. Rozpoczynając eksperyment uprzedziłem o nim takie osoby, wiedzą więc one czego powinny się spodziewać. Jak na razie działa to po prostu dobrze. Tak naprawdę niektórzy zaciekawili się na tyle, że w efekcie sami postanowili przemyśleć swoje nawyki związane w obecnością sieci.

Z początku czterodniowy okres bez maila wydawał się dość długi, ale zdążyłem naprawdę go polubić. Świetnie jest mieć takie poczucie masy czasu poza siecią, dostępnego na pracę i życie bez zawracania sobie głowy wydarzeniami w świecie online. Wiem, że zawsze mogę zająć się nim później.

Wyjątki

Sprawdzanie poczty i logowanie się na portale społecznościowe trzy razy w tygodniu staje się moim nowym domyślnym zwyczajem. Myślę, że robię to już dostatecznie długo (już czwarty tydzień), by stosunkowo łatwo utrzymać nawyk. Moim celem było przełamanie schematu nadmiernego, niepotrzebnego kontrolowania sytuacji w sieci i zastąpienie tego czymś bardziej produktywnym i sensownym, ale nie w niepraktycznie sztywny sposób. Jeżeli z jakichś powodów uznam to za konieczne, zawsze mogę zaplanować ekstra sprawdzenie. Kiedy na przykład publikuję nowy wpis na blogu, puszczenie aktualnego statusu z informacją o tym ma sens; w niektórych przypadkach mogę to zrobić właściwie bez wchodzenia na daną stronę.

Załóżmy, że zarejestrowałeś się na jakiejś stronie i potrzebujesz kliknąć link aktywacyjny wysyłany mailem, musisz więc zajrzeć na swoją pocztę. Pozwolisz sobie na zalogowanie do swojej skrzynki jedynie by kliknąć link, nie zajmując się przy tym niczym innym? Klikniesz link, ale też obrobisz wszystko inne, co pojawiło się w skrzynce mailowej? A może może zdecydujesz dokończyć proces rejestracji przy następnym planowanym sprawdzaniu poczty?

Decyzje takie możesz z początku podejmować dla poszczególnych przypadków na bieżąco, a kiedy dostrzeżesz pewne schematy, wypracujesz bardziej ogólną metodę. Sporadyczne sprawdzenie poczty od czasu do czasu nie zaszkodzi Twojej produktywności, o ile nowe podejście już się zakorzeniło. W kluczowych pierwszych dwóch-trzech tygodniach sporadyczne logowania mogą jednak wpłynąć negatywnie na sam proces ustanawiania nowego nawyku.

Najważniejsze lekcje

Oto podsumowanie najważniejszych wniosków z eksperymentu:

  1. Częstsza styczność ze środkami komunikacji internetowej sprawia, że wydaje się ona stosunkowo bardziej ważna na tle innych Twoich celów, przedsięwzięć i pragnień. Może to prowadzić do nierównowagi w określaniu priorytetów co do spędzania czasu, nie mówiąc już o uzależnieniu. I na odwrót – rzadsze sprawdzanie sprawia, że cała ta komunikacja wygląda na mniej ważną i pomaga przełamać dotychczasowe uzależnienie.
  2. Im częściej odpowiadasz na wiadomości czy wrzucasz aktualne statusy, tym więcej odpowiedzi i komentarzy otrzymujesz, masz więc jeszcze więcej czytania oraz, potencjalnie, odpowiadania (a potem więcej odpowiedzi na Twoje odpowiedzi, i tak dalej, i tak dalej). Im mniej natomiast sprawdzasz wiadomości i wysyłasz nowych statusów, tym mniej odpowiedzi dostajesz, co przekłada się na mniej rzeczy do czytania i odpowiadania; każdego tygodnia możesz oszczędzić całe godziny.
  3. Jeżeli zdrowe praktyki zarządzania czasem są dla Ciebie ważne, mądrze jest z góry racjonalnie zdecydować, kiedy właściwie i jak często potrzebujesz sprawdzać wiadomości. Następnie trzymaj się planu. Kiedy ciągnie Cię do częstszego sprawdzania, prawdopodobnie stare zwyczaje wciąż jeszcze trzymają się zbyt mocno. Aby je osłabić, na początek znacznie ogranicz częstotliwość logowań (cztery razy w tygodniu albo mniej). Inaczej będziesz tracić masę energii by siłą woli powstrzymywać się przed tak częstym sprawdzaniem.

Pamiętaj, że dobre nawyki działają jak na autopilocie, a ich utrzymanie nie wymaga dużej siły woli. Z neurologicznego punktu widzenia samodyscyplina jest ograniczonym zasobem. Jeżeli codziennie musisz odwoływać się do samodyscypliny żeby nie poddawać się pokusom, niepotrzebnie zużywasz ten zasób, aż zabraknie go kiedy naprawdę będzie potrzebny. Twój mózg jest w stanie wykorzystać tylko daną ilość samodyscypliny (zazwyczaj dość niewielką), używaj jej więc do ustanowienia sensownych nawyków, które później dbają już o siebie same – po pierwszych 2-3 tygodniach. Czasami trzeba na parę tygodni nabrać dystansu do starych zwyczajów, by te miały szansę osłabnąć.

Szlif i poler

Ja czuję się dobrze ze sprawdzaniem poczty i portali społecznościowych trzy razy w tygodniu, a krótkoterminowe korzyści są co najmniej obiecujące, póki co zamierzam więc przy tym pozostać. Dwa razy w tygodniu też powinno być w porządku (przypuszczalnie czwartki i niedziele), co być może przetestuję w grudniu. Zejdę może nawet do jednego razu w tygodniu, z tym, że to może się wiązać z dłuższymi opóźnieniami przy pewnych rzeczach, jak planowanie rozmów telefonicznych, myślę więc, że dwa-trzy razy w tygodniu będą optymalne.

A jak ze sprawdzaniem poczty na telefonie, kiedy jesteś poza domem – powiedzmy, w wolnych chwilach oczekiwania w kolejce? Doszedłem do wniosku, że generalnie jest to zły pomysł. Chociaż na pierwszy rzut oka metoda wydaje się efektywna, to wzmacnia ona też pewne złe mentalne nawyki, takie jak stałe myślenie o tym, co też może się dziać w sieci; potencjalnie utwierdzając też rozpraszające uzależnienie. Odkryłem, że sensowniej jest przeczytać parę kolejnych stron e-booka, czy po prostu pomyśleć o swoich celach albo decyzjach, które muszę wkrótce podjąć.

Przedstawiłem co funkcjonuje w moim przypadku, w oparciu o osobiste próby. Twoja sytuacja może być oczywiście inna. Sens opisywania tego wszystkiego leży w skłonieniu Cię do samodzielnego eksperymentowania i odkrycia, co działa najlepiej dla Ciebie – zwłaszcza gdy czujesz, że jesteś w sieci zdecydowanie za często.

Częstotliwość sprawdzania zależy wyłącznie od Ciebie. Nawet, jeżeli Twoja praca „wymaga” częstego sprawdzania poczty, to sam sobie tę pracę wybrałeś i jeżeli utrwala ona u Ciebie złe nawyki, to masz pełne prawo ją rzucić. Jeżeli sądzisz, że w pracy oczekuje się od Ciebie częstego sprawdzania poczty, możesz renegocjować te oczekiwania i zachęcać ludzi do korzystania z innych dróg komunikacji w przypadku naprawdę pilnych wiadomości. Możesz też założyć do pilnej komunikacji jedno konto mailowe, które będziesz sprawdzać często, a do pozostałych spraw używać innego, rzadziej sprawdzanego konta.

Jeżeli aktualnie sprawdzasz pocztę wielokrotnie w ciągu dnia, zachęcam Cię do wypróbowania układu ze sprawdzaniem inaczej niż codziennie, aby przekonać się jak to jest. Spróbuj na przykład co drugi dzień (a wtedy tylko raz dziennie, najlepiej wieczorem) i zobaczysz jak to jest. Z początku może być ciężko, ale przyzwyczaisz się. Jeśli to zrobisz, na nowo ułożysz swoje myślenie i pozwolisz, by podniósł się priorytet innych Twoich celów.

Tego typu eksperyment nadaje się również do zastosowania metody 30-dniowej próby.

Kiedy po raz ostatni miałeś przynajmniej trzydniową przerwę od sprawdzania poczty i portali społecznościowych? Jeżeli przypuszczasz, że było to rok temu czy więcej, albo tylko ze względu na ekstremalne okoliczności takie jak choroba, to rzucam Ci wyzwanie podjęcia takiej próby. Niech poczta poczeka na Twoje cele. Nie pozwól, by Twoje cele czekały, aż skończysz zajmować się pocztą.

Źródło: How Many Days Can You Go Without Checking Email or Social Media

Jak działać, żeby dostawać same piątki?

Zaczynając liceum postanowiłem zostać piątkowym uczniem, i to mimo, że nigdy wcześniej tego nie robiłem. Wydawało się to ciekawym celem dla czternastolatka. Ponieważ w tamtym czasie moje życie obracało się wokół szkoły, doszedłem do wniosku, że może mi się to udać

Za pierwsze wypracowanie z angielskiego zarobiłem tróję z plusem. Trochę się wkurzyłem. Byłem przekonany, że dałem z siebie wszystko.

Zamiast uznać, że ta trója z plusem oznacza porażkę w dążeniu do mojego celu, postawiłem pytanie: „Dlaczego nie dostałem piątki? Jak wyglądałoby wypracowanie na piątkę?”.

Kiedykolwiek za szkolne zadanie dostawałem ocenę niższą niż pięć, pytałem zawsze: „Co powinienem zrobić inaczej, żeby dostać piątkę?”.

Kiedy nie miałem pewności, pytałem nauczyciela i uważnie słuchałem odpowiedzi. Powiedziałem nauczycielom, że chcę mieć same piątki na świadectwie i zapytałem co muszę zrobić, żeby to osiągnąć. Chętnie mi odpowiadali. Brałem sobie do serca ich porady i stosowałem się do sugestii.

Szybko przestawiłem się na sposób myślenia oraz nawyki które były konieczne, by stale otrzymywać same piątki, i trzymałem się tego przez cztery lata. Liceum skończyłem z najwyższymi honorami, wzorowymi referencjami i garścią listów o przyjęciu na najlepsze informatyczne uczelnie naukowe jak UC, Berkeley, UCLA, Caltech, Carnegie Mellon i inne.

Niespodzianką jest to, że zarabianie samych piątek wymagało prawdopodobnie mniej pracy, niż jazda na niższych ocenach. W trybie piątkowego studenta materiał opanowujesz od razu, kiedy tylko jest wprowadzany. Nie robisz sobie zaległości. Przez cały czas dbasz, by być na bieżąco z zadaniami do zrobienia.  Nie grzęźniesz w bałaganie czy dezorientacji. Jeżeli czegoś nie rozumiesz, wiedzę uzupełniasz tak szybko, jak to możliwe. Jeżeli potrzebujesz pomocy, prosisz o tę pomoc od razu. NIE robisz zaległości.

Studenci uzyskujący niższe stopnie często pracują ciężej, podchodzą do tego bowiem niechlujnie. Ulegają złym nawykom, jak robienie zadań domowych na ostatnią chwilę, pod presją. Na egzamin przychodzą zmęczeni i zestresowani, zamiast zrelaksowani i przygotowani. Nie przyswajają informacji kiedy te są im przedstawiane; starają się wkuwać je później, kiedy mają mniej czasu, presja jest większa, a obycie z tematem mniejsze. Dostają czwórki czy trójki i myślą, że tak jest OK, zamiast zająć się opanowaniem tego, co jest potrzebne do uzyskania piątki.

Dla piątkowego studenta czwórka to wpadka. Tak samo czwórka z plusem. Tak samo piątka z minusem.

Kiedy za cokolwiek dostawałem piątkę z minusem, uznawałem to za błąd. Nie robiłem sobie za to wymówek. Po prostu wciąż pytałem: „Dlaczego nie piątka? Co muszę zrobić inaczej?”.

Kiedy schrzaniłem jakiś drobiazg, coś czego nie mogłem w rozsądny sposób uniknąć, po prostu zapominałem o błędzie i szedłem dalej. Ale jeżeli byłem w stanie określić przyczynę błędu której dałoby się zapobiec, notowałem to i szukałem sposobu na odpowiednią zmianę nawyków. Weźmy dla przykładu prosty błąd arytmetyczny na sprawdzianie z matmy – w większości przypadków mogłem wybronić się przed takimi wpadkami, zaraz po zrobieniu każdego zadania powtarzając wszystkie kroki działań arytmetycznych, nie przyglądając się swojej wcześniejszej pracy. Jeżeli uzyskiwałem inne wyniki, to oczywiście musiałem gdzieś popełnić błąd i mogłem cofnąć się by go poprawić przed oddaniem sprawdzianu, zakładając że jeszcze miałem czas. Nauczyłem się też powoli korygować teksty pod względem pisowni i błędów gramatycznych oraz sprawdzać w słowniku każde słowo, którego nie byłem pewien.

Jak się ostatecznie okazało, otrzymywanie samych piątek wiązało się z serią prostych nawyków. Prace domowe odrabiałem każdego wieczora przy biurku w sypialni, zanim zabrałem się do odpalenia jakiejkolwiek gry. Jeżeli była taka możliwość, zawsze brałem dodatkowe zadania. Chętnie pomagałem innym studentom, którzy chcieli pomocy przy swoich zadaniach – częściowo dlatego, że pomagało mi to lepiej opanować materiał, a częściowo dlatego, że wyrabiałem sobie lepszą pozycję w klasie.

Rozumiem, że w ocenianie bywa bardzo swobodne. Ocenianie często może wydawać się niesprawiedliwe. Pewne ciekawe badania wykazały, że im później po posiłku nauczyciel ocenia Twoją pracę domową czy sprawdzian, tym niższa jest ocena. Nauczyciele hojniej rozdają dobre oceny, kiedy mają wyższy poziom cukru we krwi. Najlepiej więc, kiedy nauczyciel ocenia Twoją pracę zaraz po jedzeniu. A ty prawdopodobnie w większości przypadków nie masz na to wpływu.

Ale możesz też obracać nauczycielskie skłonności na swoją korzyść. Jeżeli powiesz nauczycielowi, że chcesz być prawdziwym piątkowym uczniem, zakorzeni się to gdzieś w jego umyśle. Często będzie Ci pomagać w osiągnięciu tego celu, zwłaszcza kiedy prosisz o pomoc i porady. Może on nawet decydować na Twoją korzyść w niejednoznacznych sytuacjach, oceniając coś bardziej subiektywnie kiedy wie, że Twoim poważnym celem jest uzyskanie piątki. Zazwyczaj nie będzie tego robić bez przerwy, ale korzystne nagięcie subiektywnych aspektów dzięki przeciągnięciu nauczycieli na swoją stronę nie boli.

‎Zdobywanie samych piątek wiąże się oczywiście z Twoim podejściem i wydajnością, ale też z Twoim stosunkiem do nauczycieli. Jeżeli myślisz, że nauczyciel nie może czy nie zechce obniżyć Twoich ocen z powodu problemów z Twoim podejściem, pomyśl jeszcze raz. Nauczyciel też człowiek. Nawet jeżeli świadomie nie zdaje sobie sprawy ze swoich skłonności, to skłonności te ujawnią się na podświadomym poziomie. Wielokrotnie wykazywały to statystyczne analizy wzorców oceniania u nauczycieli.

Ze względu na subiektywną naturę oceniania, zwłaszcza przy niektórych nieścisłych przedmiotach, szybko zdałem sobie sprawę, że mógłbym wzorowo wykonać całą związaną z przedmiotem pracę, a i tak nie byłbym całkowicie pewien uzyskania solidnej piątki. Ale kiedy rozwijałem i utrzymywałem pozytywne relacje z nauczycielami, piątka była dość pewna, a silna relacja dawała mi też nieco swobody. Mogłem od czasu od czasu z czymś nawalić i mimo to dostać piątkę, jeżeli nauczyciel wierzył że zrobiłem dość (albo więcej niż dość) aby ją dostać. Nauczyciele często gotowi byli wybaczyć parę błędów jeżeli widzieli, że student stara się na poważnie.

Poświęcając się uzyskiwaniu samych piątek przebudowałem swoją tożsamość w taki sposób, która pasowała do piątkowego studenta. Nie minęło wiele czasu, nim przyswoiłem sobie inne zachowania, które uważałem za odpowiednie dla studenta z samymi piątkami.

W liceum pozytywne relacje z nauczycielami rozwijałem wykazując większe zainteresowanie przedmiotami, których uczyli, co w końcu było ich pracą. Nawet, jeżeli dostawałem już piątki, prosiłem o więcej informacji na najbardziej interesujące mnie tematy. Wykazywałem się ciekawością uczenia się więcej ponad to, czego uczono w klasie. Pytałem nauczycieli nad czym jeszcze pracowali i czy mogliby czymś z tego ze mną się podzielić. Kręciłem w okolicy się po zajęciach i wygłupiałem się. Czasami dołączałem do kół naukowych, w które zaangażowani byli nauczyciele. Nie robiłem tego z zamiarem manipulacji ani z każdym z nauczycieli. Robiłem tak tylko kiedy byłem autentycznie ciekaw.

W konsekwencji zaproszony zostałem do wzięcia udziału w paru innych wydarzeniach naukowych, o których innych studentów nie informowano. Bywałem na specjalnych wycieczkach w teren, jak na przykład do laboratoriów napędu odrzutowego w Pasadenie w Kalifornii. Dawano mi dostęp do dodatkowych źródeł jak książki i oprogramowanie. Zapraszano mnie do wzięcia udziału w kursie na poziomie uniwersyteckim na USC, kiedy byłem jeszcze w liceum, dzięki czemu uzyskałem zaliczenie przedmiotu akademickiego. Zaproponowano mi też rolę kapitana pierwszej akademickiej drużyny w dziesięcioboju.

Sami ustanawiamy swoje standardy. Jeżeli czwórki Ci wystarczają, to Twój wybór. Ale tak wiele najwyborniejszych okazji w życiu zarezerwowanych jest dla tych najskuteczniejszych osób, które stale dążą do doskonałości. Ludzie ci uzyskują niekończący się strumień pozytywnych zaproszeń.

Uzyskiwanie samych piątek wcale nie wymaga więcej pracy. Wymaga innego sposobu myślenia i innego zestawu nawyków, ale wiąże się to właściwie z mniejszą ilością pracy, zwłaszcza, kiedy spojrzeć w długoterminowej perspektywie. Jeżeli na wczesnym etapie życia będziesz uzyskiwać same piątki, zdobędziesz wiedzę i umiejętności, na których będziesz mógł oprzeć się później. Nie zawsze wiesz, jaką rolę odegrają te umiejętności.

Mogłem uznać, że nie potrzebuję być dobry w pisaniu czy gramatyce bo już w liceum wiedziałem, że celuję ku karierze technicznej. Nie mogłem przewidzieć, że ostatecznie będę wspaniale zarabiał na życie na pisaniu i przemawianiu. W czasach mojej edukacji nie istniało coś takiego jak blogowanie. Ale jestem głęboko wdzięczny, że wcześniejszy „ja” poświęcił się tak poważnie tym podstawowym umiejętnościom. Wyposażył mnie on w pewne cenne zwyczaje, które służą mi dobrze po dziś dzień. Gdyby poprzestał na trójach z plusem, położył by na mnie brzemię późniejszej konieczności ponownej nauki pisania lub zadowolenia się słabymi umiejętnościami w tym zakresie.

Nawet jeżeli w tej chwili nie jesteś w szkole, to życie samo w sobie jest szkołą. Wciąż jesteś oceniany. Twoimi ocenami są efekty, jakie uzyskujesz. Życie Cię ocenia.

Jesteś zadowolony ze swoich aktualnych ocen? A może czujesz, że nie wykorzystujesz w pełni swojego potencjału? Jakiego rodzaju wyzwanie na dziś byłoby odpowiednikiem samych piątek? Co będzie potrzebne by wybić się na czoło w swojej klasie, by stać się jednym z najskuteczniejszych wśród rówieśników i by rozwinąć pozytywne relacje z mentorami i by się od nich uczyć?

Jaka jest dziś Twoja wizja osobistej doskonałości?

Kiedy już określisz swój dzisiejszy standard „samych piątek”, poświęć się mu. Kiedykolwiek nie do końca Ci się coś uda, zawsze pytaj: „Co muszę zrobić, żeby dostać tu piątkę?”. Następnie zrób to, co konieczne, by tę piątkę mieć.

Ponadto stale myśl o sobie jako o piątkowym studencie. To nie jest ktoś inny. To Ty. To Tobie się powodzi, to Ty działasz, to Ty poświęcasz się osobistej doskonałości.

Źródło: How to Earn Straight A’s

30-dniowe Superpróby

Od lat polecam 30-dniowe próby jako sposób na wprowadzenie nowego nawyku czy zastąpienie złego. Wiele osób, wliczając w to mnie, skorzystało z tej metody i z powodzeniem dokonało zmian zachowania – na stałe.

Teraz nadszedł czas na wersję dla zaawansowanych: 30-dniowa Superpróba.

[fanfary w tle]

Krótki przegląd

Prowadząc 30-dniową próbę bierzesz pewien nawyk czy zachowanie, które chcesz zmienić, i poświęcasz się utrzymaniu go przez trzydzieści kolejnych dni. Jeżeli stracisz choć jeden dzień, zaczynasz od nowa.

Zmiana nawyku na całe życie może być bardzo trudna, ale jeżeli wykorzystasz psychologiczny trik, jakim jest powiedzenie sobie, że to tylko 30 dni, Twoje szanse na sukces wzrastają znacząco. No i oczywiście – kiedy już osiągniesz Dzień 30, nowy nawyk masz już zainstalowany, dzięki czemu o wiele łatwiej jest utrzymać go w Dniu 31 i później.

Parę przykładów: wstawaj codziennie o piątej rano. Zmień dietę na wegetariańską czy wegańską. Unikaj oglądania telewizji. Każdego dnia powiedz komuś „jesteś kochany”.

30-dniowa próba jest częściowo eksperymentem, a częściowo ćwiczeniem samodyscypliny. Jest to eksperyment, w którym sprawdzasz sobie, jak inaczej mogłoby wyglądać Twoje życie, gdybyś wprowadził pewną zmianę i się jej trzymał. Dobra trzydziestodniówka popchnie do przodu również rozwój Twojej samodyscypliny, pomagając Ci stawać się coraz silniejszym mentalnie i emocjonalnie. To trening Twojej siły woli.

Im więcej takich prób z powodzeniem przejdziesz, tym silniejsze stają się mięśnie Twojej samodyscypliny. Wyświadczy Ci to ogromne przysługi we wszelkich obszarach życia. Poza tym wszystkim uzyskujesz korzyści z nowowprowadzonych nawyków, jak na przykład wartość wiedzy z wielu nowych książek, które przeczytałeś, siła metabolicznego kopa, którego dają regularne ćwiczenia czy finansowe korzyści z codziennej pracy nad internetowym biznesem.

W większości przypadków, kiedy osiągamy dorosłość, mamy mnóstwo beznadziejnych nawyków które nam nie służą, a nasza samodyscyplina bywa bardzo słaba. Dla przykładu: około 50 milionów Amerykanów pali, chociaż większość z nich wolałaby tego nie robić. Taki jest koszmar warunkowania zachowania. Jakim zwyczajowym zachowaniom ulegasz, mimo, że wolałbyś tego nie robić?

Poziom Twojej samodyscypliny będzie miał silny wpływ na Twoje poczucie własnej wartości. Im bardziej jesteś zdyscyplinowany, tym więcej korzystnych nawyków możesz nabrać, pozbywając się tych o negatywnym wpływie. Dobre nawyki rodzą dobre efekty, a dobre efekty dają dobre samopoczucie. Dobre samopoczucie daje Ci więcej energii, a to przeradza się w więcej korzystnych zachowań, które stają się dobrymi nawykami.

Trzydziestodniowe próby bywają bardzo wymagające, ale są też bardzo skuteczne. To moje narzędzie numer jeden, jeśli chodzi o zmianę nawyków.

Otóż w przeszłości ostrzegałem ludzi, by tego nie nadużywali. Wiele osób, dla których pomysł trzydziestodniowych prób jest nowością, dostaje kręćka i próbuje wprowadzić 5 czy 10 nowych nawyków naraz… i praktycznie bez wyjątku ponoszą sromotną klęskę. Zazwyczaj nie dochodzą nawet dalej, niż do Dnia 3.

Przypomina to próbę żonglowania zbyt wieloma piłeczkami naraz. Kończysz upuszczając je wszystkie. Zero rezultatów.

Tak więc radziłem ludziom brać się za jedną próbę naraz. Jedna próba będzie dostatecznie wymagająca. I możesz przeprowadzić ich dwanaście w ciągu roku, jeśli masz ochotę. Nawet, jeżeli osiągniesz sukces tylko przy połowie z nich, to wciąż jest ogromny postęp w ciągu roku.

A teraz wyjaśnię, jak właściwie robić dokładnie coś odwrotnego.

Tak tak, doktorku, pod pewnymi warunkami możemy pójść pod prąd. Z pewnością istnieje naprawdę minimalna szansa, że to przetrwamy,

Kocham ten plan! Strasznie mnie kręci, że mogę być jego częścią! Zróbmy to!

Czym jest 30-dniowa Superpróba?

30-dniowa Superpróba ma miejsce, gdy podejmujesz próbę wprowadzenia kilku znaczących zmian zachowania w jednym 30-dniowym okresie.

Mógłbyś na przykład podjąć się wprowadzenia wszystkich tych nawyków naraz:

  1. Sprawdzasz maila raz dziennie, i za każdym razem czyścisz skrzynkę do zera.
  2. Każdego ranka ćwiczysz przez przynajmniej pół godziny, naprzemiennie treningi siłowe i ćwiczenia jogi.
  3. Czytasz pozytywne, inspirujące materiały przez godzinę przed snem.
  4. Idziesz spać najpóźniej o 10 każdego wieczora.
  5. Poświęcasz 10-20 minut dziennie na wizualizację swoich celów/intencji jako już osiągniętych.
  6. Unikasz spożywania nabiału.
  7. Pracujesz nad scenariuszem przez dwie godziny dziennie.

Na trzydzieści dni poświęcasz się wykonywaniu wszystkich tych czynności bez wyjątku.

Jeżeli jesteś jak większość ludzi, wymiękniesz. Prawdopodobnie nie dasz rady nawet przez pierwszy dzień, a szanse, że pokonasz pierwszy tydzień są mniejsze niż jeden do stu przeciwko Tobie.

Także jeśli chcesz mieć jakąkolwiek szansę na sukces w tym przedsięwzięciu, nie możesz być jak większość ludzi.

Raczej nie skorzystasz z mojej rady, ale pozwól mi mimo to poddać się iluzji i podzielić się paroma praktycznymi wskazówkami – jak zwiększyć Twoje szanse na sukces.

To jest możliwe, choć niemal wcale

Przede wszystkim: przejście Superpróby jest możliwe. Jest to tylko ekstremalnie trudne. Ale to jak z syrenim śpiewem – wielu z nas nie jest w stanie oprzeć się uwodzącej pokusie natychmiastowej nirwany w zachowaniu.

Tak, to jest możliwe. Da się wykręcić strita na flopie, mając na ręku 7 i 2 w różnych kolorach, ale prawdopodobieństwo jest przeciwko Tobie.

Zdając sobie jednak sprawę, jak jest to trudne, masz małą przewagę. Jeżeli utrzymasz zdrowy szacunek dla wyzwania, zmniejszasz szansę niedocenienia jego trudności, i przez to możesz przygotować się lepiej przed rozpoczęciem.

Superpróba ma pewien sens, ponieważ nasze zachowania łączą się w zawiły sposób. Jedno zachowanie wywołuje inne, które łączy się z kolejnym, i tak dalej.

Przesypianie poranków prowadzi do pomijania zaplanowanych treningów, co przekłada się na beznadziejne śniadanie i późne rozpoczęcia dnia, przez co czujesz się nieproduktywny i leniwy, z czego wynika niska wydajność w pracy i poczucie wyczerpania na koniec dnia.

Z drugiej strony, wczesna pobudka daje Ci dodatkowy czas na ćwiczenia, które podkręcają Twój metabolizm i budzą w Tobie więcej energii. Będziesz miał też większą skłonność do zdrowszego jedzenia po treningu, a ten pozytywny start da Ci kopa do produktywnego dnia pracy, który pozostawi Cię z wybornym uczuciem spełnienia wieczorem, kiedy będziesz miał jeszcze masę energii na pracę nad osobistymi celami.

Nawyki wzmacniają się wzajemnie. Nachodzą na siebie. Tak więc główną ideą, jaka przyświeca Superpróbie, jest zburzenie całego łańcucha złych nawyków i zastąpienie go nowym łańcuchem korzystnych. W pewien sposób może to być właściwie łatwiejsze niż próby zmiany nawyków pojedynczo, gdyż Superpróba daje Ci możliwość odcięcia całego łańcucha nieprzydatnych nawyków.

Przygotuj się dobrze

Przeczytaj artykuł „Zmiana nawyku jest jak szachy”, żeby zrozumieć trzy fazy zmiany nawyku. 30-dniowa próba ma miejsce w trzeciej i ostatniej fazie. Upewnij się, że poświęciłeś wystarczająco dużo wysiłku na zbudowanie odpowiedniego rusztowania i przygotowanie próby najlepiej jak potrafisz.

Na przykład jeżeli wprowadzasz zmiany żywieniowe, to wypełnij swoją kuchnię zdrową żywnością i upewnij się, że „niedozwolone” jedzenie opuściło Twój dom zanim w ogóle rozpoczniesz próbę.

Cokolwiek możesz ustawić, usunąć, czy przygotować z góry by ułatwić sobie życie podczas Superpróby – zrób to najpierw. Daj sobie kilka dni na poustawianie wszystkiego na odpowiednich miejscach zanim zaczniesz. Może Cię korcić by rozpocząć Dzień 1 tak szybko, jak to możliwe, ale ta inspiracja przeobrazi się tylko w rozczarowanie, jeśli nie poświęcisz dość czasu na przygotowania.

Im lepiej jesteś przygotowany do wystartowania z kopyta z Superpróbą, tym większe są Twoje szanse na sukces.

Najpierw się wytrenuj

Superpróba jest jak triatlon. Nie idziesz sobie po prostu na niego bez żadnego wcześniejszego treningu. Nie przejdziesz nawet przez etap pływacki, jeśli tak zrobisz.

To jest poziom, do którego musisz się przygotować. Kiedy masz za sobą 5-10 skutecznie przeprowadzonych 30-dniowych prób, możesz rozważyć Superpróbę. W innym razie marnujesz swój czas.

Superpróby to zaawansowana wersja prób trzydziestodniowych. Nawet zwykła trzydziestodniowa próba przekracza znacznie możliwości początkującego. Wersja dla początkujących to próba pięcio- czy dziesięciodniowa.

Musisz nauczyć się chodzić zanim pobiegniesz. Rozwijanie swojej samodyscypliny to proces trwający całe życie. Zacznij od tego, co jesteś w stanie osiągnąć, i stale zwiększaj poziom wyzwania wraz z tym, jak stajesz się silniejszy. Ale nie próbuj podnosić ciężarów, które zawsze upuszczasz. Weź coś lżejszego, dopóki nie przekonasz się, jakie są Twoje możliwości.

Bycie początkującym, który rozumie, że jest początkującym, to nie powód do wstydu. Dla niechętnych i niecierpliwych są lekcje pokory.

Eliminuj społeczny balast

Jeżeli w Twoim życiu są ludzie, którzy będą opierać się zmianom jakie wprowadzasz, zdystansuj się od nich na tyle, na ile to możliwe. W przeciwnym razie społeczny balast, który oni tworzą może ograniczyć Twoją motywację i powstrzymać Cię.

Jeśli na przykład częścią Twojej Superpróby jest praca nad nowym internetowym biznesem przez dwie godziny dziennie, i masz znajomego, który twierdzi, że jedynymi ludźmi, którzy zarabiają w sieci są naciągacze, nie jest on dobrą osobą do towarzystwa podczas Superpróby.

Ulotnij się z każdego towarzystwa, które by Cię ograniczało. Będziesz miał dość wyzwań bez niepotrzebnego oporu środowiska.

Nie ogłaszaj tego

Przy normalnej trzydziestodniowej próbie mówienie ludziom z góry o swoim postanowieniu może zwiększyć Twoje szanse, ponieważ będą oni pomocni w podtrzymaniu poczucia odpowiedzialności.

Ale w przypadku Superpróby radziłbym zachować się inaczej i zachować ją dla siebie.

Jeden z powodów jest taki, że będziesz podejmował się tak dużej jednorazowej zmiany, że większość ludzi nie uwierzy, że jesteś w stanie to zrobić. Tak więc kiedy powiesz komuś o tym, prawdopodobnie dołożysz sobie więcej tego negatywnego społecznego balastu. Ludzie będą obserwować Cię, spodziewając się porażki. Nie pomoże Ci to odnieść sukcesu.

Wyjątkowa sytuacja, kiedy w porządku jest podzielić się tym z innymi, ma miejsce gdy naprawdę możesz się po tych ludziach spodziewać zachęty i wsparcia. Jeśli możesz zabezpieczyć sobie więcej społecznego wsparcia, zrób to. To może z pewnością pomóc.

Do czasu, gdy zbudujesz już swoją samodyscyplinę do poziomu, gdzie Superpróba staje się potencjalnie wykonalna, będziesz tak daleko ponad przeciętnym poziomem skuteczności w społeczeństwie, że większość ludzi będzie niezainteresowana gdy zaczniesz o tym mówić. Tylko ich zdenerwujesz, a oni być może w sekrecie będą Ci życzyć porażki. Dlatego moje odczucie w tej kwestii jest takie, że lepiej dla Ciebie, jeśli pozostawisz ich w nieświadomości.

Wiele lat temu obrałem cel przejścia czteroletnich studiów w ciągu jedynie trzech semestrów, biorąc około trzy razy większego obciążenia niż jest w normalnym kursie (wyjaśniłem to w artykule „Zrób to teraz”). Zawczasu podzieliłem się tym celem z paroma osobami. Większość z nich śmiała się lub mówiła, że się łudzę. Ani jedna z tych osób nie popierała mnie. Nauczyłem się więc nie rzucać się w oczy – i nie wtajemniczałem innych ludzi. Później w czasie tego doświadczenia jeden z moich profesorów zainteresował się tym, co robiłem, więc podzieliłem się z nim szczegółami. Był w stanie odnieść się do tego, ponieważ miał córkę, która działała bardzo skutecznie. Miło było otrzymać trochę społecznego wsparcia.

Przejście Superpróby wymaga więcej niż tylko dyscypliny. Mogą wystąpić nieprzewidziane interakcje pomiędzy Twoimi zwyczajami, na które się nie przygotowałeś. Możesz zdać sobie sprawę, że nie przygotowałeś się właściwie – po dniu czy dwóch – i że musisz się cofnąć i przemyśleć swój plan. Tak wiele może pójść źle. Podczas Superpróby naprawdę nie potrzebujesz dodatkowej społecznej presji odpowiedzialności za innych.

Superpróba jest tak czy inaczej raczej wewnętrzną podróżą. Chodzi tu o zanurzenie się głęboko w siebie i danie życia całkowicie nowemu sobie. Potrzebujesz przestrzeni do skupienia się na robieniu tego, co zrobione być musi, bez martwienia się o reakcje innych ludzi.

Do czasu gdy będziesz gotowy do Superpróby, będziesz miał już samodyscyplinę wytrenowaną do wysokiego stopnia. Będziesz miał też pełniejsze zrozumienie, jakiego typu ciężary jesteś w stanie udźwignąć, a jakie są dla Ciebie zbyt ciężkie. W tym punkcie będziesz opierał się bardziej na swoich wewnętrznych wyborach; odpowiedzialność wobec innych nie będzie aż tak istotna. Jeżeli nie możesz utrzymać swojej odpowiedzialności, to tak czy inaczej nie jesteś gotów do podjęcia Superpróby.

Nie wyczerpuj się

Jednym z najpowszechniejszych błędów popełnianych przez ludzi, którzy podejmują wielokrotne 30-dniowe próby jest włączanie w nie czegoś, co wyczerpie ich w ciągu pierwszego tygodnia.

Najbardziej zwariowany przykład to sytuacja zdarzająca się przy próbach wprowadzenia snu polifazowego: jest on szalenie trudny sam w sobie, a ludzie dorzucają do tego jeszcze garść dodatkowych prób. Nie spotkałem się nigdy z osiągnięciem sukcesu w ten sposób. To tak, jakby pójść pierwszy raz w życiu na siłownię i wziąć się od razu za wyciskanie 150 kilo. Ładna próba, kotku… ale nie.

Niewiele mniej zwodnicze jest dołączenie do swojej próby czegoś, co spowoduje, że poziom energii będzie chwiejny w ciągu pierwszych kilku dni. Na przykład jeśli aktualnie wygrzebujesz się z łóżka każdego ranka około 8 rano, a wstawanie o 5 rano jest częścią Twojej Superpróby, możesz spodziewać się, że będziesz czuł się nieco wyzuty ze snu przez pierwszy tydzień, dopóki Twój organizm nie dostosuje się do nowego rytmu. Bycie zmęczonym BARDZO utrudni osiągnięcie sukcesu na innych polach Superpróby.

Innym przykładem byłoby podjęcie się przejścia ze Standardowej Amerykańskiej Diety (SAD) na całkowicie wegańską dietę złożoną z surowych produktów. Prawdopodobnie będziesz miał do czynienia z intensywną detoksykacją (symptomy podobne do przeziębienia) przez pierwszy tydzień czy dwa. Dorzucanie sobie w tej sytuacji jeszcze więcej wyzwań, sprawi, że to wszystko będzie zbyt ciężkie.

Kolejny przykład z brzegu – rzucanie się na nowy plan treningowy, po którym w pierwszym tygodniu jesteś bardzo obolały.

Jeżeli zamierzasz podjąć się Superpróby, zrób wszystko co możliwe, by uniknąć dokładania nowego nawyku, który mógłby wyczerpać Cię podczas pierwszego tygodnia. Wykonaj dla niego najpierw oddzielną 30-dniową próbę, usadź się na pozycji, i dopiero wtedy przeprowadź Superpróbę. Czyli najpierw przejdź na surowe produkty, naucz się najpierw wcześnie wstawać, czy najpierw zacznij trening siłowy. Usuń z drogi senność, etap detoksykacji czy zakwasy po pierwszych treningach. Wtedy będziesz mógł załadować więcej do swojej Superpróby. To uczyni Twoją Superpróbę mniej stresującą i w dużo większym stopniu wykonalną.

Pilnuj swojego snu podczas Superpróby. Nie zmuszaj się do siedzenia długo próbując upakować w ten dzień realizację wszystkiego naraz. Jeśli nie jesteś w stanie zrealizować wszystkich swoich zadań do zaplanowanego czasu na pójście spać – odetnij trochę zadań. Nie pozbawiaj się snu. Braki snu podniosą Ci poziom stresu, a także ryzyko choroby. Nie chcesz walczyć z własnym zmęczeniem, kiedy próbujesz wykonać Superpróbę. Superpróby są trudne nawet, gdy utrzymujesz kosmiczny poziom energii.

Zamieszaj dniami rozpoczęcia

Zamiast wprowadzać wszystkie nowe nawyki od pierwszego dnia, możesz trochę pomieszać w dniach rozpoczęcia. Da Ci to szansę skupienia się na dokładaniu jednego nowego nawyku co dzień czy dwa, tak, że Dzień Pierwszy nie będzie tak przytłaczający.

Czy chcesz tak zrobić – to Twoja własna decyzja. Nie jest to niezbędne, ale może pomóc, jeśli Twój Dzień Pierwszy jawi się cokolwiek onieśmielająco.

Za pierwszy dzień uznaj dzień, kiedy dołożyłeś ostatni nawyk, tak, że w końcu z każdym nawykiem robisz pełne 30 dni.

Miej pozycję do odwrotu

Określ priorytetowe nawyki swojej Superpróby, a gdyby zadanie okazało się zbyt ciężkie, będziesz mógł opuścić jeden czy parę z nich i wycofać się do mniejszej liczby tych nawyków, których wprowadzeni się poświęcasz.

Sugeruję podzielenie swojej Superpróby na 3 listy:

  1. Lista A = koniecznie chcę to wprowadzić, jeśli mi się uda to będzie dużo znaczyć
  2. Lista B = dobrze mieć, z pewnością ulepszą moje życie, ale niewarte poświęcenia rzeczy z listy A dla nich
  3. Lista C = fajnie mieć, ale to lukier na torcie, niewarte poświęcenia rzeczy z listy A czy B

Jeżeli poczujesz się zbyt przeciążony czy zestresowany i jesteś pod poważnym zagrożeniem nie podołania Superpróbie, najpierw odetnij rzeczy z Listy C. Jeśli nadal jesteś przeciążony, tnij z listy B. W najgorszym wypadku, wycofaj się do jednej, najważniejszej rzeczy z listy A.

Wiedząc z góry, które rzeczy ciąć w kryzysowej sytuacji, będziesz przynajmniej mógł wycofać się do zwykłej 30-dniowej próby i wciąż cokolwiek nowego sobie zainstalować. Jest to o wiele lepsze niż upuszczenie wszystkich piłeczek i nie osiągnięcie niczego.

Dawaj z siebie wszystko, ale nie ubijaj sam siebie, gdy nie jesteś w stanie wprowadzić wszystkiego naraz.

Projektuj dla równowagi

Być może najlepszym zastosowaniem dla Superpróby jest przeprowadzenie całościowego zrównoważenia swojego życia we wszystkich kluczowych obszarach.

Dobrze zrównoważona Superpróba zwiększy Twoje szanse na sukces. Próba bez równowagi wywoła wewnętrzny opór i sprawi, że będziesz chciał ją przerwać.

Zwróć szczególną uwagę na następujące obszary:

Ciało – dołącz coś, co zwiększy Twoją energię i dobre samopoczucie. Ćwiczenie rano jest świetne, bo podkręca metabolizm sprawiając, że w ciągu dnia czujesz się rześki i pełen energii. Dużo łatwiej jest przeprowadzić Superpróbę, gdy masz dużo energii.

Umysł – rozwijaj swój umysł w czasie Superpróby. Codzienne czytanie (niekoniecznie fikcji) to niezły zwyczaj. W ten sposób zyskasz podczas próby trochę wartości edukacyjnych. Czytanie na tematy związane z Twoją karierą jest szczególnie korzystne.

Kariera – dodaj zwyczaj, który wpłynie pozytywnie na Twoją karierę czy ogólną produktywność w pracy, jak na przykład sprawdzanie poczty tylko raz dziennie, czy mówienie współpracownikom czegoś zachęcającego każdego dnia.

Finanse – dodaj zwyczaj polepszający Twoje finanse, na przykład codzienne notowanie wydatków, czy dwugodzinna praca nad nowym internetowym biznesem.

Związki – włącz zwyczaj rozwijający Twoją odwagę społeczną czy umiejętności dotyczące związków. Postaraj się zainicjować rozmowę z jedną nową osobą każdego dnia. Albo codziennie spotykaj się na przerwie w pracy z innym współpracownikiem, żeby rozwijać swoją sieć kontaktów biznesowych.

Uczucia – uwzględnij zwyczaje wspomagające utrzymanie pozytywnego, zorientowanego na działanie podejścia. Ja, kiedy byłem na studiach, słuchałem inspirujących i edukacyjnych programów audio przez około dwie godziny dziennie, zazwyczaj idąc na czy z zajęć, a to utrzymywało poziom mojej motywacji bardzo wysoko.

Porządek – dodaj zwyczaj zmniejszania chaosu oraz zwiększania porządku i organizacji w swoim życiu, takiego typu jak poświęcanie pół godziny dziennie na porządkowanie bałaganu w domu czy biurze.

Rozwój duchowy – dodaj taki zwyczaj, jak na przykład codzienna medytacja czy prowadzenie pamiętnika, abyś mógł wzbogacić swoje życie wewnętrzne w równym tempie z rozwojem zewnętrznym.

Zabawa – dodajesz przynajmniej jedno rozrywkowe zadanie do swojej próby, na przykład granie w coś z rodziną. Zapewni Ci to codzienną nagrodę i coś, na co będziesz czekał. Pomaga to też uwarunkować swój umysł tak, by wierzył, że samodyscyplina to dobra zabawa. Im bardziej jesteś zdyscyplinowany, tym więcej czasu będziesz miał by cieszyć się życiem, i tym mniej stresujące ono będzie.

Może to wyglądać na zadanie nie do zrealizowania, ale tego typu mieszanka nawyków pomoże im wzajemnie się wzmacniać, w ten sposób zwiększając Twoje szanse na sukces. Przykładowo polepszenie finansów oznacza, że stać Cię na zakup zdrowszego jedzenia, opłacenie zajęć z jogi itd. Całościowe podejście pomoże Ci czynić postępy we wszelkich obszarach życia tak, że żaden z nich nie będzie wpływał na inne opóźniająco.

Używaj zwięzłych parametrów

Określ swoje zwyczaje w zwięzły sposób, opisując je rzeczownikami, czasownikami i przyimkami. Unikaj stosowania przymiotników takich jak „więcej” i „lepiej”, bo to jest oznaka myślenia życzeniowego (i jest to też głupie).

Oto przykłady iluzorycznych celów: Ćwiczyć więcej. Jeść zdrowiej. Czytać szybciej. Narzekać mniej. Być milszym. Pracować ciężej.

Nie masz szans powodzenia, kiedy obierasz iluzoryczne cele. Ponadto będzie Cię bolał policzek, jak Cię strzelę w łepetynę.

Oto zwięzły cel: ćwiczyć na bieżni, utrzymując 60-80% maksymalnej ilości uderzeń serca przez 30 minut dziennie.

Mając zwięzłe cele nie możesz się zwodzić. Jest jasne, czy zrobiłeś, co zamierzałeś – czy nie. Obiektywny obserwator oceniłby realizację zadania tak samo, jak oceniasz ją Ty. Nie ma miejsca na dywagacje.

Do najwyższego możliwego stopnia zdefiniuj każdy cel w zero-jedynkowy sposób. Albo wykonałeś zadanie, albo nie. Eliminuj pośrednią szarą strefę, o ile nie chcesz zrobić pozornej próby z pozornymi rezultatami.

Skup się na działaniach

Sens przeprowadzania Superpróby leży we uzyskaniu pewnych poważnych korzyści, które postawią Cię na drodze do dużego długoterminowego polepszenia Twoich osiągnięć. Podczas samej Superpróby bycie zbyt skupionym na efektach zazwyczaj przynosi jednak odwrotne skutki. Pamiętaj o ostatecznych rezultatach, ale zwróć uwagę na codzienne zadania, których musisz się podjąć, i zajmuj się jednym naraz tak, jak się pojawiają.

Na przykład „Pisać przez dwie godziny dziennie” to lepszy wybór na cel i nawyk niż „Pisać codziennie, aż ukończę pierwszy szkic książki w ciągu 30 dni”. Pierwszy kontrolujesz bardziej bezpośrednio i jest jasne, czy to zrobiłeś, czy nie.

Superpróby opierają się w całości na działaniu. Jakie są codzienne działania z których chcesz zbudować nawyki, które to, jeżeli utrzymasz je biernie poza czasem początkowej próby, będą Ci prawdopodobnie dobrze służyć przez wiele nadchodzących lat?

Jak różniłoby się Twoje życie, gdybyś codziennie… ćwiczył jogę przez 45 minut? Ograniczył surfowanie po sieci do co najwyżej pół godziny? Rozpoczynał rozmowę z kimś nowym? Czytał coś wartościowego przez pół godziny? Pracował nad biznesem internetowym przez godzinę czy dwie? Przytulał i pieścił swoją drugą połówkę przez 20 minut? Brał prysznic? Ogarniał dom przez 20 minut? Planował następny dzień przez 10 minut? Robił plany podróży przez pół godziny?

Zaplanuj to

Jeśli zamierzasz wykonać jakieś działanie każdego dnia, zadecyduj z góry o jakiej porze to zrobisz.

Jeżeli masz wiele zadań do rozplanowania, rozpisz plan typowego dnia, żeby zobaczyć, jak się to wszystko razem układa.

Daj sobie chwilę oddechu pomiędzy działaniami. Nie zakładaj na przykład, że jesteś w stanie skończyć trening i zacząć prysznic w dokładnie tej samej minucie.

Jeśli nie zarezerwowałeś na coś czasu, to znaczy, że nie jesteś jeszcze zdecydowany to zrobić.

Wyrównuj braki

Złe nawyki trzymają się mocno nie bez powodu. Zapewniają Ci pewne korzyści.

Zanim pozbędziesz się złego nawyku, zastanów się, jaka jest ta korzyść. Następnie upewnij się, że dodałeś do Superpróby coś, co zrekompensuje korzyści, które możesz stracić, wycinając te złe nawyki.

Przyjmijmy, że spędzasz o wiele za dużo czasu na sprawdzaniu Facebooka i innych forów online w czasie dnia pracy. Zabija to Twoją produktywność, co pociąga w dół Twoje poczucie własnej wartości oraz poziom energii, powstrzymując Cię od poczucia motywującego kopa, który może być zapewniony tylko przez prawdziwie produktywnie spędzony dzień. Gdzieś w głębi siebie zdajesz sobie sprawę, że musisz się pozbyć tego nawyku.

Ale za każdym razem, gdy próbujesz go rzucić, czujesz się odizolowany i odłączony. Brakuje Ci tych częstych kontaktów społecznych – i wkrótce do nich powracasz.

Zdajesz sobie sprawę, że nawet chociaż ten nawyk niszczy Twoją produktywność, to właściwie pomaga Ci w inny sposób. Pomaga Ci okresowo odnowić uczucie bycia połączonym z innymi. To wcale nie jest zła sprawa.

Co innego może dać Ci to poczucie łączności, nie burząc dnia pracy? Jest wiele możliwych rozwiązań.

Jednym z nich byłoby zapakowanie tych internetowych interakcji w ramy czasowe, przypisując na nie konkretny czas wieczorem tak, żeby nie kolidowały one z Twoją pracą. Możesz dać sobie swobodnie wybraną ilość czasu na kontaktowanie się z innymi ile tylko chcesz, ale nie w czasie, gdy masz pracować. Kiedy chcesz takich kontaktów częściej, możesz podzielić ten czas i zaplanować je w naturalnych przerwach swojego dnia, jak na przykład w przerwie śniadaniowej czy przy wieczornej przekąsce.

Innym rozwiązaniem będzie ograniczyć czy całkowicie wyeliminować kontakty internetowe i dodać w to miejsce silniejszy nawyk, który da Ci jeszcze więcej wspomnianych korzyści. Poświęcaj każdego dnia pół godziny czy godzinę, rozmawiając ze znajomymi przez telefon. Zorganizuj spotkanie u siebie w domu raz na miesiąc, przykładowo niech to będzie dwu-trzygodzinny wieczór z grami. Albo każdego wieczora zapraszaj innego znajomego czy współpracownika na kolację. Kontakty internetowe mogą być ciekawe, ale nic nie przebije kontaktów twarzą w twarz, zwłaszcza, gdy można razem się pośmiać.

Jeszcze inną alternatywą, która może mieścić się poza zakresem Superpróby, byłoby zmienić swoją karierę zawodową na taką, która daje Ci o wiele więcej kontaktów z ludźmi, tak, że nie czujesz się osamotniony w ciągu dnia pracy.

Zamień palenie na medytację i masaż. Zamień śmieciowe jedzenie na czas na pieszczoty. Zamień masturbację na seks (albo odwrotnie, zależnie od Twoich priorytetów).

Znajdź ukrytą korzyść kryjącą się za złym nawykiem. Zamiast całkowicie porzucać te nawyki, postaraj się zastępować je nowymi nawykami, które zapewniają nawet większe korzyści, ale bez ujemnych stron. Odkrycie, co działa dla Ciebie najlepiej, może wymagać trochę poeksperymentowania na zasadzie prób i błędów, ale z pewnością da się to zrobić.

Uwzględnij przestoje

Superpróby mogą być pobudzające, ale mogą być też fizycznie i emocjonalnie wyczerpujące, zwłaszcza na początku, gdy sprawa wymaga dużo świadomego myślenia.

Zalecam byś uwzględnił przynajmniej dwie godziny przestoju dziennie, przeznaczone na odpoczynek i relaks. Daj swojemu ciału i umysłowi kompletną przerwę od możliwego stresu związanego z Superpróbą.

Możesz wykorzystać ten czas aby się położyć, zdrzemnąć, skontaktować ze znajomymi i rodziną, cieszyć relaksującą kąpielą, grać na komputerze, przytulić ukochaną osobę, czy na cokolwiek innego co pomoże Ci się odświeżyć. Wyłącz się i zrelaksuj

Zaplanowanie tego w okolicach końca dnia, powiedzmy – zaraz po kolacji, daje Ci coś, na co oczekujesz. Niekoniecznie zawsze będzie Ci to potrzebne, ale w niektóre dni będziesz się cieszył wiedząc, że to czeka.

Trzymaj się codziennych nawyków

Dla Superpróby najlepsze jest trzymanie się nawyków każdego dnia, włączając w to weekendy. Utrzymanie spójnego codziennego rytmu bez dni przerwy jest ważne dla stworzenia poczucia ciągłości.

Tak więc jeżeli zamierzasz wstawać o piątej czy pisać przez dwie godziny dziennie, to rób to przez 7 dni w tygodniu.

Może się to wydawać trudniejsze i mniej elastyczne (jak to ona mówi), ale w rzeczywistości tak jest łatwiej. Często spotykane okoliczności porażki to takie, gdzie ludzie odpuszczają sobie na weekend, a następnie próbują odpalić wszystko na nowo od poniedziałku. To jest prawie jak rozpoczynanie Superpróby z każdym tygodniem na nowo.

Nawyk jest zapamiętanym rozwiązaniem. To zapamiętywanie zadziała szybciej, jeżeli konsekwentnie utrzymasz działanie codziennie, bez przerw. Kiedy już Twój mózg zapamięta rozwiązane (trzydzieści dni minęło i nawyk jest ustawiony), wtedy możesz dać trochę luzu z częstotliwością, na przykład pomijając weekendy – z mniejszym ryzykiem całkowitego popłynięcia. Ale lepiej jest trzymać się codziennych działań w czasie, gdy dopiero wprowadzasz sobie te nawyki. Pamiętaj – to tylko 30 dni!

Jeśli wciąż chcesz dołączyć do Superpróby nawyki nie realizowane codziennie, przeczytaj „Jak utrzymać nie-całkiem-codzienne nawyki”, żeby nauczyć się jak to robić.

Określ swoją podstawową wydajność

Aby ograniczyć poziom trudności, określ każdy nawyk w kategoriach podstawowej wydajności. Jaki jest jej minimalny poziom, który da Ci ciągle pewne wartościowe, pozytywne rezultaty?

Na przykład – zamiast czytania przez godzinę dziennie, możesz ustalić podstawowy cel czytania przez 15 minut dziennie. Jeżeli pojawiają się opóźnienia i nie jesteś w stanie wycisnąć tej godziny czytania nie tracąc snu, możesz po prostu robić to w takich dniach przez 15 minut. W niektóre dni możesz wydłużyć ten czas, ale 15 minut to Twoje minimum.

Kiedy już ukończysz próbę na podstawowym poziomie, masz już w kieszeni jakiś sukces. Masz też uruchomioną podstawową wersję nawyku. Teraz możesz wyjść poza ten podstawowy poziom, by osiągnąć poziom długoterminowo bardziej optymalny, robiąc na przykład kolejną 30-dniową próbę skupiającą się na ulepszeniu czy rozbudowaniu tego nawyku.

Lepiej jest zbudować sobie podstawowy poziom wydajności w każdym obszarze Superpróby, niż próbując osiągnąć maksimum nie dać sobie rady z wprowadzeniem któregokolwiek nawyku. Wyniki mogą nie być tak dobre, jak miałeś nadzieję, ale będą przynajmniej jakieś rezultaty o których można mówić.

O wiele mniej skomplikowane jest ćwiczyć przez 45 minut dziennie, jeśli już ustawiłeś sobie nawyk ćwiczenia przez 20 minut każdego dnia… w przeciwieństwie do wprowadzania 45-minutowego nawyku zupełnie od zera.

Dodanie sobie 5 czy 10 nowych nawyków na podstawowym poziomie (15-20 minut dziennie tu i tam) może być ogromnie wartościowym zastosowaniem Superpróby. Po wszystkim możesz utrzymać te podstawy i z tego punktu spróbować je rozbudować, czy to stosując nową Superpróbę, czy indywidualne 30-dniowe próby skupiające się na jednym nawyku naraz.

***

Jeżeli podejmujesz się Superpróby, życzę Ci jak najwięcej szczęścia. Musisz być naprawdę zdyscyplinowany, naprawdę zwariowany albo naprawdę naiwny – albo mieć w sobie jakąś kombinację tych cech.

Dziś jest właśnie mój Dzień Pierwszy nowej Superpróby, która obejmuje poważne zrównoważenie sposobu, w jaki każdego dnia inwestuję swój czas. Nie będę dzielił się szczegółami czy blogował na ten temat (jak wyjaśniłem w sekcji „Nie ogłaszaj tego” powyżej), ale jeżeli będziesz śledzić ten blog przez kolejne 30 dni, być może będziesz w stanie zgadnąć jeden czy dwa z nich…

…o ile każda komórka mojego ciała nie eksploduje z prędkością światła, oczywiście. 🙂

Źródło: 30-Day Supertrials

Nawyk osiągania celu

Kiedykolwiek ustanawiasz nowy cel, mało prawdopodobne jest, że go osiągniesz – o ile Twoje nawyki tego nie wspierają. Jeżeli obrany cel koliduje z Twoimi aktualnymi nawykami, będziesz musiał je zmienić, żeby osiągnąć wybrany cel.

Przyjmijmy, że postawiłeś sobie za cel napisać książkę – ale nie masz jeszcze nawyku regularnego pisania (idealnie – codziennie). Najprawdopodobniej nigdy nie ukończysz książki. Ten cel będzie po prostu latami tkwił na Twojej liście „rzeczy do zrobienia”.

Załóżmy, że przyjąłeś cel rzucenia pracy i uruchomienia własnego biznesu internetowego, ale nie masz zwyczaju rozwijania stron internetowych. Osiągnięcie tego celu również będzie mało prawdopodobne. Pozostanie po prostu fantazją, przesłonioną nawykiem pokazywania się w pracy każdego dnia.

Zidentyfikuj nawyki wspierające Twoje cele

Kiedy stawiasz sobie nowy cel, pomyśl o nawykach, które pozwoliłyby Ci wrzucić jego realizację na autopilota, co w efekcie właściwie załatwi sprawę.

Najlepiej jest myśleć w kategoriach codziennych nawyków, zwłaszcza kiedy chodzi o duże cele. Codzienne nawyki łatwiej jest wdrożyć niż te o mniejszej częstotliwości. (Aby dowiedzieć się więcej o skutecznym wprowadzaniu nieregularnych nawyków, zajrzyj do artykułu „Jak Utrzymać Nie-Całkiem-Codzienne Nawyki”.)

Mądrze jest też myśleć w kategoriach prostych nawyków, a nie tych niezwykle skomplikowanych. Proste nawyki łatwiej jest wprowadzić i utrzymać. Złożoności zawsze możesz dodać później, a najpierw skup się na skutecznym wprowadzeniu prostego nawyku.

Jeśli jednym z Twoich celów jest napisać książkę, prostym codziennym nawykiem byłoby pracować nad nią przynajmniej przez godzinę dziennie. Jeżeli jesteś w stanie wprowadzić i utrzymać taki nawyk, ukończenie książki jest praktycznie załatwioną sprawą. Nawet jeżeli piszesz tylko w dni robocze i dajesz sobie dwa tygodnie wolnego, to wciąż będzie 250 godzin rocznie które zainwestujesz w swoją książkę. Taka prosta dyscyplina wystarczy, by zbudować karierę profesjonalnego pisarza.

Zadaj sobie takie pytanie: jaki codzienny nawyk sprawiłby, że realizacja tego celu byłaby załatwioną sprawą? Odpowiedź na to pytanie pokaże Ci, jakie nawyki wprowadzić. Jeżeli możesz uwarunkować i utrzymać te nawyki, z dużą dozą prawdopodobieństwa osiągniesz swój cel. To tylko kwestia czasu.

Bądź konkretny

Uczyń swoje nawyki konkretnymi. Określ kiedy, gdzie i jak je wprowadzisz. Nie zostawiaj niczego przypadkowi.

Jeżeli zamierzasz ćwiczyć codziennie by wesprzeć swój cel zrzucenia wagi, określ kiedy będziesz ćwiczył i jak długo, gdzie zamierzasz ćwiczyć i jakiego typu ćwiczenia wykonasz. Ćwiczenie jogi w Twoim salonie od godziny 16 do 16:45 każdego dnia to konkretny nawyk. Dopisanie „pójść na siłownię” do jutrzejszej listy rzeczy do zrobienia nie jest konkretnym nawykiem.

Jedną z najbardziej podstawowych właściwości nawyku jest czas. Aby wprowadzić nowy nawyk, musisz poświęcić czas. Wykrój wyznaczony blok czasu który spędzisz nad swoim nowym nawykiem. Nawet, jeżeli nawyk nie wymaga żadnego dodatkowego czasu by go utrzymać, jak na przykład nawyk nieobgryzania paznokci, to i tak będziesz musiał poświęcić czas by ten nawyk uwarunkować.

Zacznij z 30-dniową próbą

Użyj metody 30-dniowej próby by ruszyć z kopyta z nowym nawykiem. Ta metoda ma wysoki współczynnik powodzenia i może być dostosowana do właściwie dowolnego nawyku, jaki chciałbyś sobie wyrobić. (Więcej na ten temat znajdziesz w artykule „30 dni do sukcesu”.)

Skup się na osiągnięciu perfekcyjnej realizacji Twojego nawyku przez 30 kolejnych dni. Nie martw się o Dzień 31. Jeżeli dasz radę realizować swój plan przez 30 dni, zazwyczaj możesz kontynuować z tego punktu, bo nawyk będzie już na autopilocie.

Nawet, jeżeli później wypadniesz z rytmu, będzie Ci też łatwiej ponownie wprowadzić nawyk, gdy wcześniej ukończyłeś już realizację 30 dni stosowania go bez przerwy. A na koniec – zaczynając od nowa, będziesz wiedział, że jesteś w stanie zrobić to przez 30 dni i więcej, bo zrobiłeś to już wcześniej.

Eliminuj zakłócenia

Niszcz wszelkie przeszkody, jakie mogą zakłócać działanie Twojego nowego nawyku. Usuń ze swojego planu dnia zadania których realizacja kolidowałaby z czasem, jaki przeznaczyłeś na swój nawyk.

Poinformuj innych ludzi, że ten czas jest święty i że NIE MAJĄ oni pozwolenia na przeszkadzanie Ci wtedy.

Upewnij się, że masz wszelkie wyposażenie i zasoby, jakich będziesz potrzebować do wprowadzenia nawyku. Nie chcesz rozpocząć Dnia 1 z górami entuzjazmu tylko po to, by odkryć że brakuje Ci czegoś ważnego i nie możesz kontynuować.

Daj sobie każdą przewagę, jaką możesz – zanim zaczniesz. Przeczytaj artykuł „Zmiana nawyku jest jak szachy”, aby upewnić się, że uwzględniasz otwarcie, grę środkową i końcową zmiany nawyku. Nie wpadnij w pułapkę strzelenia sobie szewskiego mata i postawienia siebie na niekorzystnej pozycji od Dnia 1.

Określ nawyki wspierające

Poświęć czas na określenie wszelkich wspierających nawyków, które pomogą Twojemu głównemu nawykowi, w ten sposób wspierając również Twój główny cel.

Na przykład – jeżeli chcesz zmienić codzienne nawyki żywieniowe, będziesz też potrzebował zmienić swoje nawyki robienia zakupów, by mieć pewność, że stale kupujesz odpowiednie jedzenie. Jest to szczególnie ważne, jeżeli do nowej diety chcesz wprowadzić wiele świeżych produktów.

Inny przykład: jeżeli chcesz zbudować popularny blog, pisanie jest ważnym codziennym nawykiem, ale dla optymalnych rezultatów mógłbyś też przyjąć, że każdego dnia poświęcisz czas na promowanie bloga. Jest to szczególnie ważne, gdy dopiero zaczynasz i praktycznie nikt nie wie o Twoim blogu.

Pracuj nad wprowadzeniem swojego głównego nawyku i wszelkich niezbędnych wspierających nawyków jednocześnie. Jeżeli to za dużo do opanowania, to najpierw wprowadź nawyki wspierające. Możesz rozprawić się z nimi jeden po drugim, korzystając kolejno z 30 dniowych prób, jeżeli tak zechcesz. Gdy wspierające nawyki są już na swoich miejscach, wtedy zaatakuj główny nawyk.

Mógłbyś na przykład wprowadzić sobie nawyk uzupełniania spiżarni zdrowym jedzeniem w każde wtorkowe popołudnie. Następnie mógłbyś wprowadzić nawyk przyrządzania posiłków codziennie (by ograniczyć chęć jedzenia na mieście). I ostatecznie, mógłbyś wprowadzić nawyk zmieniania swojej diety jakkolwiek chciałbyś, żeby wyglądała. Ten prosty postęp może przeobrazić się w zestaw wspierających nawyków, które pomogą Ci osiągnąć cel zrzucenia wagi i poprawienia ogólnego stanu zdrowia.

Zadeklaruj się publicznie

Jeżeli potrzebujesz dodatkowego bodźca by dać sobie radę z 30-dniową próbą, wciągnij do pomocy innych ludzi. Ogłoś publicznie swój nowy nawyk. Notuj swoje postępy, a będzie trudniej przerwać próbę.

Wiele osób ogłasza swoje najnowsze 30-dniowe próby na naszym forum dyskusyjnym. Niektórzy publikują również codzienne aktualizacje by dać innym znać o swoich postępach. To jest świetny pomysł, bo zwiększa poczucie odpowiedzialności. Masz mniejsze szanse by się poddać kiedy wiesz, że inni czekają na informacje o Twoich postępach.

Jeżeli to nie wystarczy, złóż obietnicę lub załóż się z kimś – ze znaczącymi konsekwencjami w przypadku przegranej. Dodaj do mikstury trochę bólu aby upewnić się, że dasz z siebie wszystko dla przejścia próby. Tego typu pozytywny stres może być bardzo motywujący, zwłaszcza gdy uważasz się za osobę w pewien sposób leniwą.

Cele w nawyki – osobisty przykład

Jednym z moich głównych zawodowych celów na ten rok jest zbudowanie i opublikowanie linii produktów informacyjnych do pobrania, na różne tematy związane z rozwojem osobistym.

Jest to duży cel, który będzie wymagał znacznej inwestycji czasu. Niestety – mój aktualny sposób pracy nie wspiera tego celu w najmniejszym stopniu.

Mam mnóstwo doświadczenia w internetowej sprzedaży produktów informacyjnych. Kiedyś przez kilka lat sprzedawałem gdy komputerowe do pobrania, tak więc mam już wiedzę jak tworzyć i publikować produkty informacyjne. Pamiętam codzienny rytm, którego doświadczałem podczas rozwijania i wypuszczania nowych gier: było to bardzo różne od mojej aktualnej listy zajęć w pracy, która koncentruje się na natychmiastowym publikowaniu treści o wiele mniejszej objętości.

Osiągnięcie tego celu wymaga ode mnie zainwestowania poważnej ilości czasu i energii w rozwijanie produktu. Ale do teraz nie byłem na odpowiedniej pozycji do wprowadzenia niezbędnych nawyków, których potrzebuję by ten cel stał się rzeczywistością. Udało mi się oczywiście napisać książkę, ale to była jednorazowa publikacja, a nie kompleta linia produktów.

Poczynając od tego tygodnia, zamierzam poświęcać w każdym dniu roboczym kilka godzin na rozwijanie nowych produktów informacyjnych. Na początek planuję stworzyć program audio do pobrania. Chciałbym też napisać więcej książek, ale zamierzam wypuścić najpierw przynajmniej jeden program audio.

Aby osiągnąć ten cel, muszę radykalnie zmienić moje codzienne nawyki. Oto kilka zmian, które wprowadzam:

nadal wstaję o piątej rano, ale zamiast iść najpierw na siłownię, idę prosto do swojego gabinetu żeby rozpocząć dzień pracy. Przeglądam moje cele i plany, i zabieram się do pracy nad zadaniami związanymi z rozwojem produktu najpóźniej o 5:30 każdego dnia roboczego.

Poświęcam każdy roboczy poranek na rozwój produktów, pracując aż do pory obiadowej. Zazwyczaj wypada ona u mnie około godziny 13, więc – wliczając kilka przerw – daje mi to 6-7 godzin solidnej codziennej pracy nad rozwojem produktów. Jeżeli poczuję się wypalony, mogę zawsze obciąć parę godzin z tej pracy czy wziąć parę dni wolnego w miarę potrzeby.

Poświęcam godzinę dziennie na pisanie i edycję nowych postów na blogu. Mogę pisać częściej krótkie posty, albo dłuższe rzadziej. Przystosowanie się do krótszych sesji pisania będzie poważną zmianą w moim rytmie blogowania.

Ograniczam czas, który spędzam na zwykłej komunikacji do maksymalnie 60 minut dziennie, włączając w to maile, fora, rozmowy telefoniczne itd. Zajmuję się tym popołudniami.

Ćwiczę wczesnym popołudniem, po pracy, a przed jedzeniem. Preferuję ćwiczenia, które mogę zrobić w domu, bez wychodzenia na siłownię. To oszczędza czas dojazdu.

Sprawy domowe załatwiam w tygodniu, wieczorami, około ósmej (zwłaszcza we wtorki). Sklepy są wtedy mniej zatłoczone, ponieważ ludzie są w domach i oglądają telewizję. Ten zwyczaj oszczędza mi na typowych zakupach około pół godziny – w porównaniu do robienia takich samych zakupów w weekend.

Wprowadzenie tych nowych nawyków wspierających osiągnięcie mojego celu może zająć mi trochę czasu, ale kiedy będą już wdrożone do działania, będę w stanie rozwijać nowe produkty w stałym rytmie, bardzo podobnym do rytmu blogowania, który pozwolił mi pisać setki nowych artykułów rok po roku.

Dzięki temu, że odzyskuję czas z mojego planu dnia, mam więcej tego czasu, a zwłaszcza więcej kreatywnej energii do zainwestowania w rozwój produktów informacyjnych. Mogę nadal publikować liczne darmowe treści, takie jak artykuły, podcasty i newslettery, ale zachowam bardziej złożony przekaz dla uporządkowanych produktów.

Blogowanie jest świetnym środkiem do wyrażania pewnych pomysłów, ale jest słabe jeśli chodzi o zajmowanie się tematami zbyt dużymi czy skomplikowanymi. To jest właśnie jedna z przyczyn, dla których zdecydowałem się napisać książkę „Rozwój osobisty człowieka rozumnego”. Napisanie książki pozwoliło mi wyjaśnić podstawy rozwoju osobistego o wiele głębiej niż mógłbym to zrobić przy pomocy garści artykułów czy podcastów. I ostatecznie – byłem w stanie podzielić się pełnym obrazem, zamiast skupiania się zawsze nad pojedynczymi fragmentami. Byłem zachwycony końcowym rezultatem, podobnie jak ogromna większość recenzentów książki, więc zachęciło mnie to do rozwinięcia większej ilości produktów.

Inne tematy, które w lepszy sposób da się przedstawić w pełnowartościowych produktach zamiast w artykułach na blogu czy podcastach, to między innymi: zarządzanie czasem, rzeczywistość subiektywna, biegunowość, Prawo Przyciągania, dieta oparta na surowych produktach, poliamoria i sen polifazowy. Te tematy są na tyle skomplikowane, że artykuł czy seria artykułów nigdy nie obejmie ich wystarczająco.

Erin też interesuje się stworzeniem i opublikowaniem własnych produktów informacyjnych. Prawdę mówiąc, w ubiegłym tygodniu założyliśmy się, które z nas pierwsze wyda nowy produkt. To jest sytuacja wygrana-wygrana, ponieważ nasi wspólni czytelnicy skorzystają z wydania nowego produktu od któregokolwiek z nas, i oczywiście nasza rodzina będzie się również cieszyć – z dodatkowego przychodu. Nie podzielę się dokładnymi szczegółami zakładu (jest dość pokręcony), ale dość powiedzieć, że jestem bardzo zmotywowany by wygrać.

Jakie nowe cele możesz osiągnąć, wprowadzając kilka prostych codziennych nawyków?

Źródło: Goals Into Habits

Co, jeżeli masz wiele różnych zainteresowań i nie możesz poświęcić się żadnemu z nich?

Jeżeli pociąga Cię wiele różnych pasji i nie możesz poświęcić się żadnej z nich ze względu na karierę, studia czy źródło dochodu – to bardzo dobrze dla Ciebie. Leonardo da Vinci jechał na tym samym wózku. Przez wielu uważany jest za największego geniusza wszech czasów.

Pogląd, że musisz poświęcić się jednej dziedzinie na całe życie (czy choćby dekadę albo dwie) ma sens, jeśli chcesz prowadzić życie zasuwającego fizycznie trutnia. Ale w ten sposób pełnisz jedynie rolę trybiku w wielkiej maszynie, całkiem jednorazowego i z łatwością wymienianego na podobne trybiki.

Niech zgadnę… ludzie, którzy mówią Ci (może nawet krzyczą na Ciebie), żebyś wybrał jedno i temu się poświęcił, sami też są na trutniowej ścieżce, prawda? Czy szczerze chcesz osiągnąć to, co oni? A może wolałbyś coś lepszego?

Wiesz, zupełnie w porządku jest odrzucić życiową drogę trutnia. Wiele osób tak robi, dzięki czemu są o wiele szczęśliwsi. Nie są to jednak ci sami ludzie, którzy powiedzą Ci: „Weź jedną rzecz i trzymaj się jej, albo niczego w życiu nie osiągniesz.”. Zamiast tego powiedzą prawdopodobnie: „Im więcej zainteresowań rozwijasz, tym zdolniejszy będziesz.”

Nie ma zasady mówiącej, że musisz poświęcić się byciu trutniem.

Ja nie chcę poświęcać się jakiejkolwiek jednej rzeczy w życiu. Nie lubię nawet poświęcać się jednej rzeczy choćby na miesiąc. Mam zbyt wiele zainteresowań. Gdybym wybrał jedną rzecz, a resztę zostawił – nie byłbym szczęśliwy. Poczułbym się tylko uwięziony w pułapce. Wybrałem więc odrzucenie tego kursu. Widzę, że nie jest on odpowiedni dla mnie. Hmmm… z jakiegoś powodu ludzie, którzy mówili, że powinienem się specjalizować znacznie przycichli, kiedy moje eklektyczne zainteresowania zaczęły procentować finansowo.

Aktualnie cieszę się pisaniem, blogowaniem, przemawianiem, publikowaniem podcastów, biznesem internetowym, studiowaniem samorozwoju, filozofią, humorem, disc-golfem, rozwojem psychicznym itd. Dlaczego miałbym wybierać tylko jedno? Jestem blogerem, pisarzem, mówcą, specjalistą od rozwoju osobistego, przedsiębiorcą internetowym? Cóż, życiorys mam chaotyczny. I kogo to obchodzi?

W przeszłości trenowałem sztuki walki (tae kwon do i kempo), dużo biegałem długodystansowo, włączając w to maraton, nauczyłem się liczenia kart w blackjacku, występowałem z zespołem improwizującym komedie, uczyłem się żonglowania i programowałem gry komputerowe, a także robiłem wiele innych rzeczy jakie dawały mi radość. Wieloma z tych rzeczy zajmowałem się w tygodniu między godziną 9 a 17. Ale zgadnij co… nikt nie przyszedł mnie za to aresztować. Ziemia nie wypadła z orbity bo ja nie dałem rady zająć się tylko jedną rzeczą.

Jeżeli masz wiele zainteresowań, ludzie będą narzekać. Pozwól im.

Może być ciężko to zauważyć dopóki nie spotkasz się ze mną osobiście, ale ja przez cały czas przeskakuję między różnymi zainteresowaniami. Czasami przez kilka dni z rzędu jestem naprawdę zaangażowany w pisanie czy blogowanie. Innym razem odkładam blog na później i poświęcam więcej czasu na przemówienia czy po prostu pracę nad rozwojem osobistym.

Czasami ludzie narzekają, kiedy odpuszczam blogowanie by zająć się innymi zainteresowaniami, ale ja pozostawiam sobie swobodę podejmowania takich wyborów, jeżeli wiem że to dla mnie dobre. Jako, że w archiwach są setki darmowych artykułów oraz 21 darmowych podcastów, i jako że fora są dostępne 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, nie wydaje mi się bym musiał publikować coś każdego dnia by utrzymać blog w ruchu. Jeżeli zaczynam czuć, że „wpadłem w szpony” blogowania, po prostu zostawiam to na jakiś czas. Potem znów się za to zabieram, kiedy poczuję inspirację do takiego powrotu.

Kiedykolwiek wycofuję się z jednego obszaru i kieruję ku innemu, słyszę pytania typu: „Co się z Tobą dzieje?”, „Gdzieś Ty był?”. Jeżeli dam sobie parę miesięcy przerwy w chodzeniu na spotkania Toastmasters (jak zrobiłem kiedy pisałem książkę), moi znajomi zastanawiają się, co się ze mną stało. Spadłem z tej planety? Czy ja wypisuję się z klubu? Jeżeli nie piszę przez tydzień, ktoś może rozpocząć na forum kolejną dyskusję pod tytułem: „Czy Steve nie żyje?”. Ja po prostu akceptuję, że tak się dzieje. Taka jest naturalna konsekwencja posiadania różnorodnych zainteresowań. Nie jestem martwy. Po prostu zmieniam tryby, W tym tygodniu jestem naprawdę zainspirowany do pisania czegoś na blogu. Wcześniej w ciągu tego roku byłem bardziej skupiony na pisaniu swojej książki. Później w tym roku będę miał mnóstwo pracy przy promowaniu książki.

Wiele zainteresowań = szybszy rozwój = stawanie się zdolniejszym

Korzyść z posiadania dużej ilości różnorodnych zainteresowań jest taka, że trenujesz swój mózg w uczeniu się wielu nowych ścieżek. Wzorce, jakich uczysz się na jednym polu mogą zostać później wykorzystane w zupełnie innych dziedzinach – by kreatywnie rozwiązywać problemy.

Wewnątrz pojedynczego obszaru wiedzy dominujący eksperci mają skłonność do rozwijania widzenia tunelowego. Przyzwyczajają się do pewnych wzorców. Często kontaktują się między sobą, więc wszyscy znają ulubione wzorce innych. To niewątpliwie ma miejsce na polu rozwoju osobistego.

A często ludzie, którzy wykonują najwięcej innowacyjnej roboty, to outsiderzy, którzy przychodzą ze świeżym spojrzeniem, z jakim obecni eksperci nie mieli do czynienia. To jest świetne, ponieważ ci outsiderzy są w stanie zainicjować mnóstwo wzrostu. Albert Einstein jest dobrym przykładem. Kiedy pracował jako urzędnik patentowy nie miał praktycznie żadnego kontaktu ze społecznością fizyków głównego nurtu.

Jednym z powodów takiego sukcesu, jaki udało mi się osiągnąć w blogowaniu na temat rozwoju osobistego jest to, że wszedłem na to pole z zewnątrz. Stopnie naukowe mam z informatyki i matematyki, a nie psychologii czy filozofii. Ze względu na to podłoże często zauważam wzorce, których ludzie z branży nie zauważają (lub po prostu lekceważą).

Co mnie wyróżnia spośród innych ekspertów to to, że mam skłonność do zero-jedynkowego myślenia w kategoriach algorytmów. Kiedy piszesz program komputerowy, to albo daje on oczekiwany rezultat, albo nie. Problem matematyczny jest albo rozwiązany, albo nie. Nie możesz stosować na tych polach jakiegoś niedorobionego czy nieprecyzyjnego podejścia i spodziewać się sukcesu. Albo masz rację, albo się mylisz. Albo masz działające rozwiązanie, albo nie masz. Nie ma nic pomiędzy, żeby jakoś się przeciskać. Jeżeli oczekujesz sukcesu w informatyce czy matematyce, musisz być dobry w rozwiązywaniu problemów. Twoje rozwiązania muszą rzeczywiście działać. Nie możesz naściemniać czy podlizywać się o specjalne względy i spodziewać się, że pozwoli to zignorować Twoje osobiste porażki. Kiedy się mylisz, nie masz żadnych rezultatów. Zły program zazwyczaj nie sypie się ładnie – po prostu w ogóle nie działa.

Kiedy zainteresowałem się rozwojem osobistym, jedną rzeczą, która naprawdę mnie irytowała było to, jak nijako i nieprecyzyjnie wszystko przedstawiano. Były całe półki wypełnione tym, co uważałem za kompletne bzdury. Książki obiecywały praktyczne rozwiązania prawdziwych problemów, ale wszystko, co znajdowałeś w środku, to nudne brednie i historie o przesadzonych osiągnięciach. Po przeczytaniu wielu książek o programowaniu i nauczeniu się precyzyjnych rozwiązań, które za każdym razem działały właściwie, to była dla mnie duża zmiana.

Jako że lubię wzorce, które są ścisłe, precyzyjne i skuteczne, to nie przepadam za rozwiązaniami, które nie są uniwersalne. Nie przepadam też za szarą strefą, ponieważ wolę myśleć raczej w kategoriach „czarne-białe”. Mam więc skłonność do mówienia rzeczy typu: „Albo robisz to, co kochasz, albo nie. Jak jest?”. Wiem, że moje podejście nie będzie podobać się każdemu, i więcej niż raz byłem oskarżany o zbyt ścisłe myślenie, ale wiem też, że na ten sposób myślenia jest miejsce na polu samorozwoju.

Podobnie – gdybyś był psychologiem wchodzącym na pole informatyki, mógłbyś mieć tendencję do wprowadzania metod rozwiązywania problemów, które pozwalają na większą płynność, wymagają mniej precyzji… jak logika rozmyta.

Kiedy napisałem swoją książkę, „Rozwój osobisty człowieka rozumnego”, rozwinąłem pseudomatematyczny model rozwoju osobistego, włączając w to kompletne, uporządkowane ramy działania, z jakimi nie spotkałem się nigdzie indziej na tym polu. Mógłbym dać mojej książce podtytuł „Ukryta geometria rozwoju osobistego”. (Jeżeli klikniesz ostatni link i przewiniesz trochę w dół, zobaczysz trójkąt reprezentujący sedno tego modelu.) Być może mając do czynienia ze świadomym wzrostem nie możemy osiągnąć matematycznej precyzji, ale myślę, że możemy zbliżyć się do niej o wiele bardziej, niż teraz.

Jeżeli lubisz myśleć o rozwoju osobistym dość liniowo – np. „powiedz mi jak załatwić to, co chcę, i osiągnąć rezultat” – prawdopodobnie moja książka bardzo Ci się spodoba. Ale jeżeli wolisz podejście bardziej w stylu Zen, „płyń z prądem”, „pozwól by życie się tobie przytrafiało”, prawdopodobnie książka będzie zbyt ścisła, jak na Twój gust. Tak czy inaczej, nie wątpię, że ta książka zdobędzie silną pozycję na swoim polu (tak jak stało się to z moim blogiem), ponieważ prezentowane w niej rozwiązania i wzorce pomogą ludziom rozwiązywać problemy nowymi sposobami.

A teraz wyobraźmy sobie, że znów przeskakuję do innej branży. Mógłbym wtedy zastosować wzorce, jakie poznałem we wszystkich innych dziedzinach które studiowałem, aby wytworzyć kreatywne, oryginalne prace w tej nowej branży. Wzorce pochodzące z rozwoju osobistego, matematyki, informatyki, blogowania, sztuk walki itp. z pewnością pozwoliłyby stworzyć nowe rozwiązania w pozornie niepowiązanych dziedzinach.

Nawet kiedy gram we frisbee-golfa ze znajomymi, to stosuję wzorce, których nauczyłem się gdzie indziej. Na przykład: moi golfowi znajomi co do jednego mają ulubione sposoby wyprowadzania rzutu – niemal zawsze wyprowadzają rzuty, używając tej samej techniki. Ale ja zastosuję różne sposoby rzucania by dostosować się do terenu. Czasem rzucam z forehandu, czasem backhandu, a czasem rzucam rollersy – wszystko podczas tej samej gry. Oznacza to, że nie mam tak wiele praktyki w jednym konkretnym stylu, ale mogę być bardziej elastyczny, jeśli chodzi o dostosowanie się do terenu.

To był bardzo prosty przykład, ale „dopasowywanie rozwiązań do terenu” było w zasadzie wzorcem, który przyswoiłem sobie z programowania komputerowego. Programiści często używają różnych algorytmów, by rozwiązać właściwie ten sam problem, dostosowując swoje rozwiązania do specyficznych okoliczności. Istnieje wiele różnorodnych algorytmów sortujących i wyszukujących, a optymalne rozwiązanie zależy od danego problemu, który chcesz rozwiązać. Kiedy gram we frisbee-golfa, zadaję sobie pytanie: „Jaka jest poprawna technika rzutu (algorytm), z której muszę teraz skorzystać, by zmniejszyć (zoptymalizować) liczbę rzutów, jakie będą konieczne aby trafić kosza (cel)?”.

Będziesz zaskoczony tym, jak wiele jest okazji do zastosowania spostrzeżeń, jakie poczyniłeś w jednej dziedzinie, by rozwiązać problemy na pozornie niepowiązanych polach. Długoterminowa korzyść z rozwijania wielu różnorodnych zainteresowań jest taka, że budujesz sobie potężny zestaw narzędzi – wzorców rozwiązywania problemów. Daje Ci to większą elastyczność w momencie zetknięcia się z pewnymi wyzwaniami. Ludzie czasem chwalą mnie za błyskotliwe spostrzeżenia, które pomogły im rozwiązać wymagający problem, podczas, gdy wszystko, co ja zrobiłem, to „zapylanie krzyżowe” – przeniesienie znanego rozwiązania z jednego pola na inne.

Zarabianie na swoich zróżnicowanych zainteresowaniach – rozwiązania kreatywne

Ważne jest by zauważyć, że nie musisz zarabiać na wszystkich swoich zainteresowaniach. Jeżeli po prostu zagłębisz się w coś co lubisz, i będziesz za tym podążać, możesz być zaskoczony odkrywaniem które zainteresowania pomagają Ci generować przychód, a które nie.

Większość z moich zainteresowań nie generuje mi przychodu bezpośrednio, i to jest zupełnie w porządku. Ale wiele z nich – owszem, włączając w to reklamę hostingu na tej stronie, pisanie książki, profesjonalne przemówienia czy recenzje i polecanie produktów.

Co w tej chwili zarabia dla mnie najwięcej pieniędzy? Mój dochód jest dosyć zróżnicowany, ale jednym, najbardziej lukratywnym zajęciem jest dla mnie w tej chwili recenzowanie i polecanie produktów – nie blog czy przemówienia. Mógłbyś pomyśleć, że większość pieniędzy zarabiam z całego mojego pisania, ale to nie tak działa. Może moje pisanie jest tym, co tworzy dla innych największą wartość, ale nie to tworzy największy przychód… a przynajmniej nie bezpośrednio.

Wydawcy często podsyłają mi produkty informacyjne do recenzji. W dowolnym momencie mam zazwyczaj w kolejce 50-100 książek i w sumie kilka dni nagrań. Programów audio słucham w siłowni czy na komputerze z prędkością odtwarzania 2x-4x, i czytam wiele książek techniką PhotoRead. (Przypadkiem Learning Strategies właśnie w tym miesiącu znów oferuje rabat na PhotoReading dla czytelników StevePavlina.com – coś, co robią tylko raz do roku. Przygotuję o tym oddzielny wpis na blogu zaraz po tym.)

Kiedy napotykam coś co naprawdę, naprawdę uwielbiam i czuję się dobrze polecając to, wypracowuję z wydawcą porozumienie o podziale zysków w zamian za polecanie i promocję produktu na mojej stronie. Działa to świetnie w przypadku produktów informacyjnych, ponieważ margines zysku sięga często 80% albo więcej, jako że wartością jest informacja, a nie opakowanie. Często udaje mi się też przekonać ich do zaoferowania moim czytelnikom lepszych warunków, niż gdyby kupowali bezpośrednio od nich. Taki układ to wygrana wydawcy, ponieważ uzyskuje wielu nowych klientów nie ponosząc kosztów marketingowych. Dobry produkt nakręci sprzedaż o wartości ponad 100 000 dolarów w ciągu pierwszych 30 dni, jeżeli go polecę. To wygrana dla mnie, ponieważ dostaję wszelkie darmowe produkty, o jakich mógłbym kiedykolwiek marzyć, i zarabiam rocznie sześciocyfrowe kwoty tylko z paru poleceń. Kiedy już opublikuję swoją rekomendację produktu, cieszę się trwałym pasywnym przychodem z ciągłej sprzedaży, otrzymując prowizję każdego miesiąca. Korzyść dla moich czytelników jest taka, że poznają najlepsze produkty, jakie mogę znaleźć – często z rabatem czy bonusem i zawsze z gwarancją zwrotu pieniędzy, dzięki czemu nie ma ryzyka. Ponadto wszelkie darmowe artykuły i podcasty są po prostu dotowane dzięki takim układom, więc mogę pozwolić sobie na poświęcenie wielu godzin by pisać nowe artykuły bez konieczności pobierania opłat za informację. Biorąc to wszystko pod uwagę uważam, że jest to wyjątkowo dobry układ dla wszystkich.

Szczera prawda jest jednak taka, że chociaż lubię od czasu do czasu recenzować i polecać produkty, to nie chcę zmienić tego pojedynczego zajęcia w pełnoetatową karierę. Nie chcę, by mój blog stał się tylko stroną z rekomendacjami produktów. Możesz nie zdawać sobie sprawy z tego, że decydując się na rozwijanie innych zainteresowań, pozostawiam na stole sporo potencjalnego przychodu. Jestem pewien, że gdybym naprawdę chciał, to mógłbym zarabiać na tej stronie 5-10 razy więcej… właściwie z dnia na dzień. Zrobienie tego nie wymaga wiele myślenia. Zamiast polecać kilka produktów rocznie, mógłbym polecać nowy produkt co tydzień czy dwa. Z pewnością nie zabraknie mi produktów do wyboru. Ale żeby to osiągnąć, musiałbym zrobić jedną z dwóch rzeczy.

Pierwszą możliwością byłoby promować więcej produktów, niezależnie od tego, czy uważałbym, że są pod jakimkolwiek względem dobre. Istnieje wiele produktów wyrosłych na gładkim marketingu, które dobrze sprzedają się w sieci, ale zawarta w nich informacja to bezwartościowe śmieci. Nie musiałbym nawet przeglądać tych produktów, co zaoszczędziłoby mi mnóstwo czasu. Niektórzy wydawcy właściwie proponują mi gotowe listy polecające, a wszystko, co miałbym zrobić, to dopisać moje nazwisko i przesłać je dalej. Spotkasz wielu specjalistów od marketingu internetowego, którzy dokładnie to robią, dumnie polecając produkty, których nigdy nie wypróbowali, po prostu dlatego że wiedzą, iż na tym zarobią. Widuję te same listy polecające, które mi zaoferowano, w newsletterach innych ludzi. Ale nie przejmuj się – nie zobaczysz mnie na tej ścieżce. Osobiście nie jestem w stanie strawić myśli o zrobieniu czegokolwiek w tym stylu. Nie idzie to w parze z prawdą oraz miłością i jak dla mnie ma nieodpowiednią polaryzację. Chcę po prostu podzielić się spostrzeżeniem, że gdyby zarabianie pieniędzy zajmując się tylko jedną rzeczą było moim celem numer jeden, mógłbym to z pewnością zrobić. Ale myślę, że póki co będę trzymał się swojej duszy.

Skoro w sumie mogę odrzucić pierwszą możliwość, to drugą będzie recenzować o wiele więcej produktów. Można mieć nadzieję, że recenzując więcej produktów w krótszym czasie będę w stanie wyszukać więcej perełek. Gdybym nie zajmował się niczym innym poza testowaniem i polecaniem produktów przez cały czas pracy, prawdopodobnie mógłbym w ciągu roku znaleźć 20-30 naprawdę dobrych pozycji, które szczerze mogę polecać. Tylko, że to oznaczałoby, iż musiałbym porzucić wiele innych moich zainteresowań, a tego po prostu nie chcę robić, nawet, jeżeli wiązałoby się to z zarabianiem 10 razy więcej pieniędzy. Jestem szczęśliwszy zarabiając mniej i utrzymując dobrą równowagę zajęć, które sprawiają mi radość. Tak więc muszę odrzucić i tę możliwość, gdyż nie idzie w parze z miłością.

Chodzi mi o to, że nie musisz wcale wybierać tej drogi, która pozwala Ci zarobić najwięcej pieniędzy. Możesz kultywować wiele różnych zainteresowań i nadal znajdować kreatywną mieszankę, która pozwala Ci zarabiać pieniądze ORAZ utrzymać urozmaicony, dostatni styl życia ORAZ być szczęśliwym ORAZ robić różnicę. Podążanie za pieniądzem za wszelką cenę jest dużym błędem, zwłaszcza, gdy musisz poświęcić wiele z rzeczy, które uwielbiasz robić. Rób to, co kochasz, a dodatkowe pieniądze pozostaw na stole.

Spotkałem paru specjalistów od marketingu internetowego, którzy zeszmacą się by wypromować każdy lukratywny produkt, na jaki natrafią, dojąc ze swoich list mailingowych tyle pieniędzy, ile są w stanie, nie wypróbowując nawet produktów, które polecają. Są dumni z umiejętności manipulowania emocjami ludzi by skłonić ich do zakupu. Szczycą się tym, jak wiele pieniędzy zarabiają na wciskaniu przepłaconych bubli ludziom, którzy są zbyt łatwowierni by poznać coś lepszego. (Mogę zaświadczyć prawdziwość metki „bubel”, bo toaleta w moim biurze jest stale upaprana od spuszczania wielu produktów, które oni mi przysyłają.) Po krótkiej rozmowie z takimi ludźmi czuję się, jakbym zanurzył się w szlamie brudnej roboty. Co mam im powiedzieć? „Przepraszam, ale nie mogę pomóc w promowaniu waszych produktów na mojej stronie, bo jesteście źli.” Nie wiem, jak by to przeszło.

Na szczęście znalazłem dobry sposób na odpowiadanie takim ludziom. Mówię po prostu: „Intuicja w tym przypadku podpowiada mi żeby w to nie wchodzić, więc muszę zrezygnować.”. Naprawdę uwielbiam to zdanie, bo nie mają na to żadnej obrony, a co najlepsze – to czysta prawda. Kiedy mówię cokolwiek innego, zazwyczaj wskakują w „tryb przeciwko obiekcjom” i próbują mnie przekabacić. Ale nie mają żadnego sposobu by kłócić się z moją intuicją, bo są tak daleko od kontaktu z własną. (Jeżeli jesteś jednym z tych ludzi, którym zdarzyło się otrzymać ode mnie taką odpowiedź, nie musi to zazwyczaj oznaczać, że uważam, iż jesteś zły. To po prostu jedna z moich gotowych odpowiedzi, jakie daję na propozycje biznesowe, które muszę odrzucić.)

Kiedy spróbuję rzucić takim ludziom wyzwanie skorygowania ich kursu w zgodzie z prawdą i miłością, to ma czasami taki efekt uboczny, że chcieliby potraktować mnie mieczem świetlnym. W końcu znajdę sposób, by odwrócić jeden z nich. Tacy ludzie żyją w niezłej zgodzie z mocą, ale o czym nie wiedzą to to, że gdyby potrafili przekonać się ku zgodzie również z prawdą i miłością, staliby się jeszcze potężniejsi. Byliby też o wiele szczęśliwsi i bardziej spełnieni. To może brzmieć dziwnie, ale myślę właśnie o oferowaniu takim ludziom konsultacji by pomóc im przywrócić równowagę w życiu. Są na pozycji, z której mogą wywierać pozytywny wpływ na wielu innych ludzi, jeśli zabiorą się do tego w dobry sposób, więc udzielenie pomocy choćby jednemu z nich może mieć duże przełożenie na efekty. Ale oczywiście nie mógłbym tego zrobić… bo to oznaczałoby rozwijanie jeszcze jednego zainteresowania. <- Tak, to jest sarkazm!

No i to była zabawna styczna. Uch… nie próbuj mieszać matmy i humoru.

* * *

Jeżeli Twoją aspiracją jest zostać gwiazdą jednego hitu, rób wszystko, by to osiągnąć. W przeciwnym razie, zwróć uwagę, że – patrząc z perspektywy historii – ludzie rozwijali różnorodne umiejętności by zaspokoić swoje potrzeby. Przerost specjalizacji może być dobry dla korporacji, ale nie jest niczym wspaniałym dla świadomych istot ludzkich. Nawet farmer z 1850 r. prawdopodobnie wyprzedza Cię w konkurencji różnorodności umiejętności. Czy potrafisz spojrzeć na pusty skrawek ziemi i zbudować na nim własną samowystarczalną farmę oraz dom dla swojej rodziny, przy pomocy paru prostych narzędzi ręcznych? (Jeżeli na to pytanie możesz odpowiedzieć „tak”, to wpadnij tego lata do Las Vegas i udowodnij to!)

Następnym razem, kiedy ktoś poradzi Ci uspokoić się i zająć się tylko jedną rzeczą w swojej karierze, studiach czy jako źródle dochodu, polecam Ci odpowiedzieć w ten sposób: „Doceniam Twoją troskę, ale jako że nie podzielam Twojego marzenia zostania cenionym pudlem, muszę odrzucić Twoją radę jako kompletną głupotę.”

A potem wyzwij go na rundkę frisbee-golfa.

Źródło: What If You Have Many Different Interests and Cannot Commit to Any of Them?

Najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dowolnego problemu

Uważam, że przy rozwiązywaniu najróżniejszych życiowych problemów bardzo pożyteczna jest taka metoda: określić  najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakie można sobie wyobrazić – nieważne jak miałbym się poczuć przy jego zastosowaniu. Jaka jest najbardziej oczywista, najbardziej bezpośrednia droga do mojego celu, albo najbardziej efektywny sposób na ominięcie przeszkody?

Wiele problemów będzie miało różnorodne bezpośrednie rozwiązania, ale często na pierwszy rzut oka będą one nieprzyjemne, ponieważ ich wdrożenie wymaga odwagi, samodyscypliny, kreatywności czy wytrwałości. Jednocześnie jest jasne że kiedy jakoś przez to przebrniemy, to rozwiązania okażą się skuteczne.

Przyjmijmy dla przykładu, że chcesz zrzucić parę kilo. I przyjmijmy, że bezpośrednim rozwiązaniem (jednym z wielu możliwych) jest jeść tyle samo ile teraz, ale zwiększyć wysiłek przy ćwiczeniach o 500 kalorii dziennie. Jeżeli wprowadzisz to, aż nadto uproszczone, rozwiązanie – stracisz na wadze. Może wymagać dyscypliny i wytrwałości, ale większość ludzi zgodziłaby się, że zadziała.

Inny przykład: przyjmijmy, że interesuje Cię nawiązanie relacji z kimś, ale nie wiesz, co ta osoba do Ciebie czuje. Bezpośrednim rozwiązaniem byłoby po prostu pójść, wyjaśnić swoje myśli i uczucia i zapytać czy on/a chce porozmawiać o ewentualnej bliższej znajomości. Zajmie to mniej niż minutę, a niezależnie od wyniku będziesz przynajmniej wiedzieć na czym stoisz. To rozwiązanie może oczywiście wymagać wiele odwagi żeby przezwyciężyć obawę przed odrzuceniem, ale jest bardzo proste i bezpośrednie.

Sprawdź czy potrafisz określić najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakichś swoich problemów. Jaka jest najprostsza i najszybsza droga do osiągnięcia Twoich celów, przyjmując, że masz nieograniczoną odwagę i dyscyplinę?

Zalety bezpośredniego podejścia

Istnieje wiele pozornie trudnych problemów, które mają bardzo proste, bezpośrednie rozwiązania. Prawdziwym wyzwaniem jest stać się taką osobą, która potrafi wprowadzać najbardziej bezpośrednie rozwiązania zamiast zmuszać się do wybierania okrężnej drogi z powodu lenistwa czy nieśmiałości. Oto dlaczego praca nad rozwojem osobistym, a zwłaszcza budowaniem odwagi i samodyscypliny, jest jedną z najlepszych technik rozwiązywania problemów. Problemy, które kiedyś wydawałyby się nie do przeskoczenia, stają się o wiele łatwiejsze do rozwiązania kiedy tylko weźmiesz się za pracę nad sobą. Coraz lepiej opanowujesz sztukę stosowania bezpośrednich rozwiązań zamiast uciekania się do pośrednich.

Jednym z najlepszych przypadków w których pomogła mi metoda bezpośredniego podejścia była zmiana w karierze, kiedy w 2004 r. przerzucałem się z produkcji gier komputerowych na tematy związane z rozwojem osobistym. Zadałem sobie pytanie: co bym robił, gdybym był już na emeryturze? Odpowiedź: najwięcej czasu spędzałbym czasu pracując nad rozwojem osobistym z innymi ludźmi zorientowanymi na rozwój. Właśnie tym zajmowałem się wtedy w czasie wolnym od pracy. Zrozumiałem, że prowadziłem biznes aby generować dochód tylko po to żeby opłacić rachunki, a następnie w wolnym czasie wziąć się do pracy nad rozwojem osobistym. Wyglądało mi to na niepotrzebnie okrężną drogę. Dlaczego nie miałbym po prostu wyeliminować pośrednika? Pomyślałem czy nie byłoby sprytniej pracować nad rozwojem osobistym na pełen etat i znaleźć sposób, żeby z tego opłacać swoje rachunki?

Zidentyfikowałem bardziej bezpośrednie rozwiązanie, ale  wymagało ono oczywiście odwagi, dyscypliny i kreatywności. Nie miałem wątpliwości, że to zadziała jeżeli tylko spróbuję. (Pomijam szczegóły, ale myślę że chwytasz o co chodzi.) Powstał więc nowy problem: jak wykrzesać wewnętrzne zasoby niezbędne do wprowadzenia tego w życie? Gdy spróbowałem poradzić sobie z tym problemem, rezultaty były dość nieoczekiwane. Okazało się, że nie było aż takiej potrzeby rozbudowywania wewnętrznych zasobów. Musiałem tylko zechcieć je zastosować.

Dlaczego opieramy się bezpośrednim rozwiązaniom

Jest w bezpośrednich rozwiązaniach coś pokrzepiającego – wiesz, że to zadziała; ale jest też coś niepokojącego. Gdy masz przed nosem jaskrawo oczywiste bezpośrednie rozwiązanie i nie wprowadzasz go chociaż wiesz że jest dobre, to musisz się zatrzymać i zadać sobie takie pytanie: „Dlaczego powstrzymuję się przed rozwiązaniem tego problemu, gdy rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki?” Jeżeli rzeczywiście poświęcisz temu pytaniu trochę uwagi, możesz dojść do ciekawych wniosków.

Jeśli o mnie chodzi, to musiałem zastanowić się czy jestem gotów ciężko pracować na pożądany rezultat. A może wolę pójść łatwiejszą drogą? Dostrzegłem że od osiągnięcia celu oddzielało mnie tylko określenie czy chcę zainwestować w jego realizację własny czas i wysiłek. Prowadzenie biznesu z grami szło mi już z łatwością i nie musiałem pracować zbyt ciężko by uzyskiwać z tego dochód. Trzeba było podjąć decyzję czy chcę wejść na nowy poziom działania. Kiedy już uczciwie stwierdziłem że chcę to zrobić, mogłem zabrać się do dzieła i wprowadzić bezpośrednie rozwiązanie. Ale dopóki myślałem: „Musi być prostszy sposób.” albo „Nie jestem pewien czy chcę wykonać tyle pracy.”, wszystkie rozwiązania (bezpośrednie i pośrednie) mi umykały.

Rozważ jakieś bezpośrednie rozwiązanie z własnego życia. Zatrzymaj się i zadaj sobie pytanie: „Czy chcę to zrobić? Czy chcę być osobą, która potrafi wprowadzić to rozwiązanie?”

Co by to oznaczało, gdybyś stwierdził, że nie chcesz być osobą która wprowadziłaby bezpośrednie rozwiązanie? Czy mówisz, że wolałbyś być osobą niekreatywną, niezdyscyplinowaną i nieśmiałą zamiast kreatywnej, zdyscyplinowanej i odważnej? Kiedy bierzesz się za te kwestie i rozważasz je świadomie, trudno stwierdzić że wolałeś pozostawać taką osobą która musi zadowalać się wolniejszymi, bardziej pośrednimi rozwiązaniami, a czasami brakiem jakiegokolwiek rozwiązania w ogóle. Ale tak to wygląda, gdy odrzucasz bezpośrednie rozwiązanie, prawda?

Musisz dokonać ważnego wyboru i zdecydować jakim człowiekiem chcesz być. Chcesz być odważny, zdyscyplinowany, kreatywny i wytrwały – czy nie? Uważasz, że to są dobre cechy do rozwijania w sobie? Jeżeli nie, to z braku lepszego wyboru zostaje Ci w sumie tylko przyjąć ich przeciwieństwa. Czy właśnie to chcesz zrobić?

Podejście bezpośrednie a Prawo Przyciągania

A co ze stosowaniem Prawa Przyciągania? Czy jest to częścią bezpośredniego rozwiązania? To zależy od problemu.

Rozważ taki prosty przykład. Prostym ćwiczeniem z manifestacji jest spróbować zamanifestować niebieskie pióro gdzieś w swojej rzeczywistości. Podtrzymujesz intencję zobaczenia w jakimś momencie niebieskiego pióra – w przeciągu najbliższej doby. Jakie jest najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dla tej intencji? Czy jest nim czekanie cierpliwie i pozwolenie wszechświatowi by w jakiś sposób Ci je przyniósł? Czemu nie skorzystać po prostu z wyszukiwarki obrazów Google? Znajdziesz niebieskie pióro w ciągu paru sekund. Problem rozwiązany. Następny proszę.

Wielokrotnie gdy ludzie próbują zastosować Prawo Przyciągania, jednocześnie opierają się przed wprowadzeniem najbardziej bezpośredniego rozwiązania swojego problemu. Jak dla mnie, to jest mieszana intencja. Jeżeli naprawdę pożądasz czegoś wystarczająco mocno, dlaczego u licha chciałbyś odrzucać najprostszą drogę do tego? Czy nie oznacza to, że tak naprawdę tego nie chcesz? A może nie chcesz stać się osobą, która mogłaby to dostać? Jeżeli masz już przed sobą bezpośrednie rozwiązanie, gapiące Ci się prosto w oczy, i nie wprowadzasz go, powiedziałbym, że stosujesz raczej Prawo Odrzucenia niż Prawo Przyciągania.

Sensem Prawa Przyciągania jest podtrzymać intencję by odkryć bezpośrednie rozwiązanie problemu. Gdy już znasz to rozwiązanie, Prawo Przyciągania wykonało swoją robotę. Twoją robotą jest wprowadzić rozwiązania, które przyciągnąłeś.

Kiedy trudno Ci rozwiązać jakiś problem mimo, że stosunkowo łatwo możesz określić bezpośrednie rozwiązanie, być może prawdziwy problem tkwi zupełnie w czym innym niż Ci się wydaje.

Źródło: The Most Direct Solution to Any Problem

Skończyć studia w 3 semestry – 10 porad dla studentów

Po napisaniu artykułu o zarządzaniu czasem pt. „Zrób to teraz”, który oparty był na moich doświadczeniach z ukończenia dwóch fakultetów w trzy semestry, otrzymałem wiele dodatkowych pytań od studentów. Oto 10 rad przygotowanych, żeby pomóc Ci stworzyć produktywną i niezapomnianą studencką przygodę… a przede wszystkim, żebyś intensywnie wykorzystał ten okres Twojego życia.

1. Odpowiedz sobie na pytanie: „Dlaczego idę na studia?”

Wielu studentów naprawdę nie ma jasnego powodu by tam być, poza tym, że lepszego pomysłu nie mają. Zapożyczają od rodziny i rówieśników takie cele, ale nie są to ich własne marzenia.  Właśnie w ten sposób ja zacząłem studia. Ty też?

Jak już wcześniej wspominałem tu na blogu, sprawa z „trzema semestrami” to nie był mój pierwszy raz na studiach. Wcześniej poszedłem na uniwersytet bez odpowiedniego podejścia do zjawienia się tam. W szkole średniej byłem uczniem jadącym na samych piątkach, przewodniczącym klubu matematycznego i kapitanem akademickiej drużyny dziesięcioboistów. Siła rozpędu ciągnęła mnie do przodu – i choć nigdy naprawdę nie zastanowiłem się czy tego właśnie chcę, znalazłem się w sytuacji, gdzie przede mną były kolejne cztery lata szkoły. Wtedy wyglądało to na dobry pomysł, ale po prostu wkładałem w to serca. Konsekwentnie sabotowałem siebie na wielką skalę. Porzuciłem zajęcia i zacząłem „kształcić się” w zakresie imprez i alkoholu. Najwidoczniej ktoś w dziekanacie był uprzedzony wobec studentów ze średnią w okolicach zera, bo wkrótce wyleciałem.

Tamto doświadczenie nieźle mnie zdezorientowało. Byłem zupełnie zdołowany przez jakieś pół roku, kiedy to głównie grałem na komputerze. Ostatecznie, w próbie powrotu na ziemię, zacząłem pracować w sprzedaży detalicznej i starałem się usunąć się w cień, w tym czasie próbując „odnaleźć siebie”. To właśnie wtedy zaczęło się budzić moje zainteresowanie rozwojem osobistym, co konkretnie się opłaciło. Rok później byłem gotów do powrotu na studia i zacząłem od nowa. Tyle, że tym razem wiedziałem, po co tam jestem. Chciałem być programistą, i chciałem uzyskać tytuł z informatyki (później dodałem jeszcze matematykę). Ale to nie było wszystko. Wiedziałem, że jestem w stanie osiągnąć o wiele więcej i chciałem się wybić. Chciałem stworzyć najbogatsze doświadczenie, na jakie było mnie stać. W moim przypadku oznaczało to naprawdę napięty harmonogram.

Twoje cele związane ze studiami będą prawdopodobnie inne niż moje. Jakie to cele? Dlaczego tam jesteś? Jeżeli nie wiesz – przez „wiesz” rozumiem, że naprawdę to czujesz – to nie masz centralnego punktu Twojego doświadczenia. Równie dobrze wcale mogłoby Cię tam nie być. Co jest doświadczeniem, które brzmi prawdziwie dla Ciebie? Czego chcesz się tam nauczyć? Czego chcesz doświadczyć?

2. Wyobraź sobie swoje idealne studenckie przeżycie

Kiedy już określisz konkretnie po co idziesz na studia, wyobraź sobie idealny tego rezultat. Pozwól, by wynikało to z przyczyny Twojego tam pobytu. Czy już zacząłeś studia, czy nie, zatrzymaj się i po prostu zapisz parę cech swojego idealnego przeżycia. Opisz to tak dokładnie, jak potrafisz.

Zanim ja wróciłem do szkoły, spędziłem całe godziny wyobrażając sobie przeżycie, jakiego chciałem doświadczyć. Widziałem siebie poddanego wyzwaniom, ale radzącego sobie z tym łatwo i bez nerwów. Widziałem siebie zdobywającego nowych przyjaciół. Widziałem siebie naprawdę świetnie się bawiącego. Przede wszystkim wyobrażałem sobie bardzo zrównoważone doznania – mieszaninę studiów, aktywności, towarzystwa i zabawy. Słowem, którego używałem, było „bogactwo”.

To był naprawdę ważny krok. Wtedy nie rozumiałem mechanizmu, ale wstępnie programowałem siebie na powodzenie. Kiedykolwiek napotykałem przeszkody, moja idealna wizja była tak bardzo pociągająca, że zawsze byłem w stanie znaleźć sposób, by dostać to czego chciałem. Stałem się współtwórcą swojego przeżycia zamiast być jego bierną ofiarą.

Wizualizacja pozwala Ci popełniać błędy „z góry”. Jeżeli nie możesz stworzyć jasnej wizualizacji, Twoje przeżycia będą równie niewyraźne. Ulepszaj swoją wizualizację dopóki nie zacznie Cię inspirować.

W prawdziwym życiu oczywiście ziści się to inaczej niż sobie wyobrażasz. Sensem wizualizacji nie jest przewidywanie przyszłości czy ograniczenie swojej wolności wyboru później. Sensem jest zapewnienie Ci większej jasności co do decyzji podejmowanych w tej chwili. Twoja idealne, dopracowane wyobrażenie służy za mapę, która poprowadzi Cię przez zatrzęsienie możliwości.

3. Uczęszczaj na co najmniej jedne dodatkowe zajęcia w każdym semestrze

Studenci uczeni są, że 12-15 godzin tygodniowo to „pełny” plan, ale tak lekki plan na pewno nie jest pełny. Osoba pracująca na pełnym etacie poświęca na pracę 40 i więcej godzin tygodniowo, a studenci cieszą się wszelkimi możliwymi wolnymi dniami (plus przerwa wiosenna, ferie zimowe i letnie wakacje). Jeżeli zamierzasz spędzić na studiach cztery czy więcej lat, weź dodatkowe kierunki albo pracuj na boku. Nie daj się przekonać, że masz poruszać się w ślimaczym tempie ot, bo wszyscy tak robią.

Możesz pomyśleć, że 12-15 godzin tygodniowo ma odpowiadać czterdziestu godzinom pracy ze wszelkimi pracami domowymi i studiowaniem poza szkołą, ale to funkcjonuje w ten sposób tylko kiedy funkcjonujesz bardzo niewydajnie (co niestety tyczy się większości ludzi). Jeżeli zastosujesz parę porad na oszczędzanie czasu przedstawionych poniżej, to 15 godzin powinno wymagać jedyni paru dodatkowych godzin poza szkołą, by wypełnić wszelkie zobowiązania. Oczywiście nie mógłbym wziąć 31-39 godzin tygodniowo gdybym zamierzał poświęcać dwa razy tyle czasu na prace domowe. Nie osiągnąłem sukcesu przez przepracowywanie się.

Jeśli jesteś ponadprzeciętnym studentem, możesz z pewnością dać sobie radę z ponadprzeciętnym planem. Czasem nie wiemy na ile nas stać, dopóki trochę się nie przyciśniemy. Jeśli uważasz, że jesteś w stanie poradzić sobie z 15 godzinami zajęć tygodniowo, weź 18 czy 21. Z łatwością możesz w swoim planie uzbierać cały rok oszczędności. Albo możesz dorzucić przedmiot dodatkowy czy dwa razy szybciej zrobić główny.

A co z warunkami zaliczeń? W większości przypadków po prostu je ignorowałem, i szczęśliwie w mojej szkole nie byłem do tego specjalnie zmuszany. Odkryłem, że w większości przypadków gdy podane są warunki, skierowane są one do studentów poniżej przeciętnej. Nie pozwól, by bezsensowna biurokracja spowolniła Cię, jeśli chcesz skończyć studia szybciej. Zawsze jest na to jakiś sposób – zazwyczaj jest to kwestia zdobycia jakiegoś przypadkowego formularza z podpisem osoby zbyt znudzonej, by zastanawiać się czy nie powinno być inaczej. Uśmiech i komplement pozwalają daleko zajść.

Zgodnie z prawem wymuszonej skuteczności, jeśli weźmiesz na siebie więcej, będziesz w stanie znaleźć sposób na zrobienie tego wszystkiego przy wykorzystaniu czasu, który masz do dyspozycji. Tak więc jeśli nie będziesz rzucał sobie małych wyzwań, ten dodatkowy czas przepłynie Ci przez palce.

Myślę, że prawdziwą korzyścią z napiętego planu nie jest to, że skończysz studia wcześniej. Prawdziwą korzyścią jest to, że cieszyć się będziesz bogatszymi przeżyciami. Wzięcie pięciu przedmiotów zamiast czterech oznacza więcej nauki, więcej osiągnięć – i więcej znajomych. A który pracodawca nie byłby zainteresowany studentem, który skończył studia wcześniej, niż jego rówieśnicy? Tego typu rzeczy wyglądają świetnie w CV.

4. Ustanawiaj jasne cele dla każdego przedmiotu

Decyduj, co chcesz wynieść z każdego konkretnego przedmiotu. Czy jest to zagadnienie, którego bardzo chcesz się uczyć? Czy chcesz skierować się do tego nauczyciela po referencje? Czy jest to wymagany przedmiot, który musisz wziąć, ale który poza tym Cię nie interesuje?

Moje cele dla poszczególnych przedmiotów określały, jak często się na nich pojawiałem, czy siadałem z przodu czy z tyłu, jak aktywnie brałem udział w zajęciach, i jakiego rodzaju relację starałem się nawiązać z nauczycielem.

Na niektórych przedmiotach chciałem opanować materiał. Na innych po prostu chciałem mieć piątkę. A po jeszcze innych chciałem ustawić się w kolejce po lśniące listy referencyjne od entuzjastycznie nastawionych wykładowców, których językiem ojczystym był angielski (by listy były bardzo interesujące i przekonujące).

Moja mama przez dekady była akademickim nauczycielem matematyki. W domu opowiadała o studentach których ledwie znała, a którzy prosili ją o listy referencyjne. Wielokrotnie zmuszona była im odmawiać, bo po prostu nie miała o nich nic przekonującego do powiedzenia. Z drugiej strony, cieszyła się mogąc wesprzeć tych studentów, którzy wkładali w naukę poważny wysiłek. Większość nauczycieli chce Ci pomóc, ale musisz pozwolić im ujrzeć Twoje silne strony. Nawet jeśli nie będziesz miał piątki z danego przedmiotu, wciąż możesz dać wykładowcy masę materiału na świetny list polecający, jeśli aktywnie bierzesz udział w zajęciach i okazujesz szacunek nauczycielowi.

Nie ma to nic wspólnego z próbami zmanipulowania swoich wykładowców by kłamali na Twoją korzyść. Prosta prawda jest taka, że jakość listu polecającego ostatecznie sprowadza się do tego, jak bardzo wykładowca Cię szanuje. Nie stawiaj się w desperackiej sytuacji gdzie musisz prosić o referencje nauczyciela, który nawet Cię nie pamięta – albo gorzej, takiego, który ma o Tobie nie najlepsze zdanie. Przygotuj się zawczasu na sukces.

Jeden z profesorów dowiedział się o moim napakowanym planie zajęć i zainteresowało go w jaki sposób sobie z tym radzę. Odbyliśmy bardzo miłą rozmowę o technikach zarządzania czasem. Miałem z tym profesorem trochę zajęć z programowania i na wszystkich błyszczałem. Doszedłem do wniosku, że był wspaniałym nauczycielem, miałem do niego wielki szacunek, i całkiem lubiłem jego zajęcia. Gdy przyszło do poproszenia go o referencje, napisał jeden z najbardziej pochlebnych listów jakie można sobie wyobrazić („najlepszy student, jakiego spotkałem w mojej karierze” itd.).

Z drugiej strony, miałem pewnych wykładowców, którzy byli otwarcie podli. Nie chodziłem na ich zajęcia, a materiału uczyłem się z podręcznika. Oczywiście później nie szukałem ich wsparcia.

Czasem osiągniesz swoje cele, czasem nie. Nawet jeżeli dasz z siebie wszystko, wciąż może Cię spotkać niepowodzenie. Możesz spotkać wykładowców, którzy będą niesprawiedliwi, leniwi, seksistowscy, rasistowscy czy w inny sposób niekompetentni. Moja żona miała otwarcie seksistowskiego profesora, który nigdy nie dawał studentkom oceny wyższej niż cztery, nieważne jak dobrze by sobie radziła. Mówił rzeczy w stylu: „Jeśli jesteś mężczyzną, musisz ciężko pracować na tych zajęciach. Jeśli jesteś kobietą, po prostu wpadnij po godzinach do mojego biura.” W końcu wysunięto przeciw niemu zarzuty o molestowanie seksualne. Musisz wybierać swoje bitwy. W niektórych warto walczyć, inne najlepiej zignorować. Posiadanie jasnych celów pomoże Ci odróżnić która jest która.

5. Eliminuj bezlitośnie

Nie potrzebujesz wkładać takiego samego wysiłku w każdy przedmiot. Dorzuć extra staranie, gdy jest to dla Ciebie ważne, ale spokojnie dawaj sobie nieco luzu na przedmiotach którym – na podstawie swoich konkretnych celów – przypisujesz niski priorytet. Dla mnie był to ważny sposób na zachowanie energii. Nie mogłem ciągnąć wszystkich zajęć na pełnym gazie, bo inaczej wypaliłbym się, więc inwestowałem moją energię tam, gdzie miało to największe znaczenie.

W planie każdego studenta niektóre zajęcia są kluczowe, podczas gdy inne błahe. W ciągu typowego tygodnia opuszczałem około 40% moich zajęć bo po prostu nie musiałem tam być. Na niektórych zajęciach obecność była konieczna, ale na innych nie robiła większej różnicy. W razie potrzeby mogłem po prostu wziąć notatki od innego studenta, czy też nauczyć się materiału z podręcznika. Jeśli chodzenie na dane zajęcia nie było dla mnie konieczne (zależnie od moich celów dla tego przedmiotu), zazwyczaj opuszczałem je. Oszczędziło mi to wiele czasu i powstrzymało przed siedzeniem w klasie przez cały dzień. Czasem po prostu wyskakiwaliśmy ze znajomymi coś zjeść, żeby dać sobie dodatkową przerwę.

Eliminowałem też pojedyncze zadania. Kiedy czułem, że zadanie było kiepskie, bezcelowe czy niepotrzebnie nudne, i gdy nie miało to zbyt negatywnego wpływu na moją ocenę, zazwyczaj je sobie darowałem. Pewnego razu zadano mi nudny referat, który przekładał się na 10% mojej oceny. Naprawdę nie chciałem go robić, a wymagało to o poświęcenia wiele więcej godzin niż według mnie było warte. Z tego przedmiotu wychodziła mi piątka, a gdybym nie wykonał tego zadania, spadłbym na pięć minus. Tak więc z szacunkiem powiedziałem profesorowi, że rezygnuję z zadania i że uważam, iż otrzymać 5- by móc zainwestować te godziny w co innego to uczciwa wymiana. On mnie już znał i rozumiał moje pobudki. Wystawił mi 5-, a dla mnie to było w porządku. To rzeczywiście była uczciwa wymiana. Tak naprawdę to spoglądając wstecz żałuję że nie postępowałem w ten sposób częściej.

Czasem nauczyciele robią się trochę zbyt radośni jeśli chodzi o prace domowe i serwują zadania które naprawdę nie uzasadniają wysiłku. Jednak to Ty jesteś odpowiedzialny za swoje akademickie przeżycie, nie Twoi nauczyciele. Nie przyjmuj, że musisz wykonać każde zadanie tylko dlatego, że nauczyciel uważa to za dobry pomysł. Ty bądź sędzią w zgodzie ze swoimi własnymi powodami do studiowania. Upewnij się tylko, że dobrze rozważyłeś konsekwencje swojej decyzji.

Podkradając czas z zadań o niskim priorytecie byłem w stanie zainwestować go więcej w prawdziwe klejnoty. Niektóre twórcze zadania nauczyły mnie wiele. Zazwyczaj pasjami nie znosiłem projektów grupowych, ale była jedna szczególna grupa gdzie zespół naprawdę dawał radę. Ogromnie to lubiłem i dużo się tam nauczyłem.

Fajną techniką eliminowania niepotrzebnych spraw był „timeboxing”. Oceniałem jaka ilość czasu była uzasadniona na dane zadanie, a potem wykonywałem najlepszą robotę jaką byłem w stanie, mieszcząc się w przydzielonym czasie. Tak więc kiedy miałem do napisania dziesięciostronicową pracę na temat europejskiej historii, mogłem poświęcić na to w sumie 8 godzin. Rozdzielałem tych 8 godzin na wybór tematu, planowanie, pracę w bibliotece, przygotowanie szkicu, pisanie i korektę, a później starałem się jak umiałem by zmieścić się w tym czasie. Był to świetny sposób by powstrzymać się od przedobrzenia z projektem który tego nie wymagał.

W pewnym sensie była to moja własna metoda na równoważenie obciążenia. Niektóre z Twoich zadań nie będą zrównoważone w sensie, że wydają się wymagać niedorzecznej ilości wysiłku w porównaniu z tym, jak przekładają się na Twoją ocenę czy jak wiele Ty spodziewasz się na nich skorzystać. Czasem dochodziłem do wniosku, że po prostu nie ma uzasadnienia dla wysiłku pisania pracy na piątkę. Być może oceniałem, że wykonanie pracy na piątkę zajęłoby mi 20 godzin, a tylko 10 godzin wykonanie pracy na czwórkę. I jeżeli zadanie przekładało się na jedynie 10% mojej oceny, ewentualnie mogłem zaakceptować tu czwórkę. W tamtym czasie często myślałem w ten makiaweliczny sposób, i często ku swojemu zaskoczeniu odkrywałem, że moje czwórkowej jakości prace i tak wracały z piątką.

6. Rozpoczynaj wcześnie każdy dzień

Pisałem wcześniej o korzyściach płynących z wyrobienia sobie nawyku wczesnego wstawania. Będąc na studiach nie wstawałem o piątej rano, ale zazwyczaj wstawałem około szóstej-siódmej. Odkryłem, że wczesne rozpoczynanie każdego dnia pomagało mi doprowadzać więcej zadań do końca, nie tylko z rana, ale też w ciągu dnia. Zaczynałem każdy dzień 25-minutową przebieżką, po której brałem prysznic i jadłem śniadanie. Ta prosta poranna rutyna sprawiała, że wychodziłem z domu rześki i pełen energii.

Skłamałbym mówiąc, że wstawałem rano, bo tego chciałem. To naprawdę wynikało z konieczności. Miałem wiele porannych zajęć, włączając w to wykłady o 7:30 przez jeden semestr. Ale cieszę się, że tak robiłem, ponieważ gdybym nie miał tamtych porannych zajęć, po prostu spałbym więcej niż potrzebowałem. Nawet jeżeli nienawidzisz porannych zajęć, możesz odkryć tak jak ja, że jesteś o wiele bardziej produktywny jeżeli mimo wszystko uwzględnisz je w swoim planie.

7. Odzyskuj czas tracony podczas zajęć

Powiedzmy to sobie szczerze. Nie każde zajęcia będą wymagały od Ciebie najwyższej koncentracji. Czasem wykład to zwykła paplanina nauczyciela. Czasem powtarzają w kółko to, co już wiesz. Jaki procent czasu zajęć wymaga Twojej pełnej, skupionej uwagi? Na niektórych zajęciach będzie to 90%. Na innych to 20%. Jeśli nie uczysz się aktywnie podczas zajęć, marnujesz czas. Jeżeli wykład jest rzeczywiście wymagający, usiądź z przodu i pochłaniaj każde słowo. Ale jeżeli wykład nie stanowi dla Ciebie wyzwania, to siądź z tyłu, zrób pracę domową na inny przedmiot, i spójrz tylko od czasu do czasu czy pojawiło się cokolwiek wartego zanotowania. Miej zawsze otwartą książkę, wtedy gdy twój radosny profesor odpłynie z kolejnymi wspominkami o latach ’60, Ty będziesz miał coś pożytecznego do roboty.

To jest zaskakująco dobry lek na nudę. Jeśli profesor mówił jednostajnym głosem, wszystkich usypiając, ja pracowałem nad zadaniami z programowania. Zazwyczaj rozpisywałem je na kartce, a następnie szedłem do sali komputerowej między zajęciami i przepisywałem. W ten sposób nie miałem potrzeby spędzania wiele czasu na laboratoriach, czasem wystarczyło 10-15 minut, jeśli mój program za pierwszym razem zadziałał dobrze.

Będziesz zachwycony tym, jak wiele czasu możesz uwolnić, stosując tę metodę. Byłem w stanie zrobić masę moich zadań na zajęciach (ale zazwyczaj nie na zajęciach, z których były te zadania). Jeżeli właśnie teraz jesteś w szkole, rzucam Ci wyzwanie: przekonaj się, jak wiele prac domowych możesz zrobić dziś w czasie swoich zwykłych zajęć. Następnie oceń, ile godzin oszczędzisz każdego tygodnia dzięki takiemu zwyczajowi. To się naprawdę zbiera do kupy.

Nie możesz bez przerwy koncentrować się maksymalnie, nie zapominaj więc o przerwach. Kiedy jednak potrzebujesz przerwy, niech będzie to prawdziwa chwila wytchnienia. Ja zazwyczaj pomiędzy wykładami medytowałem czy ucinałem sobie drzemkę na trawie aby podładować baterie. Używałem budzika w zegarku by dać sobie sygnał do wstania i dalszego działania. Te przerwy były bardzo wzmacniające i mogłem po nich iść na kolejne zajęcia znów w pełnej gotowości. Nigdy nie pracowałem jednostajnie przez cały dzień. Pracowałem falami od pełnej koncentracji po pełen relaks, każdego dnia wielokrotnie powtarzając takie cykle.

8. Opanowuj materiał od razu, gdy jest wprowadzany

Jeden z największych marnotrawców czasu w szkole to konieczność ponownego uczenia się czegoś, czego nie opanowałeś odpowiednio za pierwszym razem. Gdy studenci mówią, że studiują, w większości przypadków nadrabiają wcześniejsze niepowodzenia w opanowywaniu materiału.

W produkcji oprogramowania powszechnie wiadomo, że błędy należy usuwać jak najszybciej po ich ujawnieniu się. Czekanie z poprawkami do końca projektu może oznaczać 50 razy większy wysiłek niż byłby konieczny do usunięcia błędu gdy został zauważony po raz pierwszy. Nieopanowywanie tego, czego niby jesteś uczony każdego dnia jest poważnym błędem. Nie próbuj układać stosów nowej wiedzy na niestabilnych podstawach, gdyż jeszcze więcej czasu zabierze uporządkowanie tego później.

Jeżeli nie zrozumiałeś czegoś, co było na dzisiejszych zajęciach, potraktuj to jako błąd, który musi zostać naprawiony tak szybko, jak to możliwe. Nie odkładaj tego. Nie ładuj na to kolejnego materiału. Jeżeli nie rozumiesz słowa, pojęcia czy lekcji, rzuć wszystko i zrób to, co konieczne, by uzupełnić wiedzę zanim pójdziesz dalej. Zadawaj pytania na zajęciach, poproś innego studenta by Ci to wytłumaczył, czytaj i jeszcze raz czytaj podręcznik, i/lub odwiedź profesora na konsultacjach, ale naucz się tego choćbyś miał stanąć na głowie.

Normalnie z matematyki byłem asem, może dlatego, że moja mama jest uniwersyteckim nauczycielem matematyki która na wykłady z analizy matematycznej chodziła będąc ze mną w ciąży. Ponadto mój tata był inżynierem lotniczym, więc pewnie mam do tego geny. Ale było parę tematów, które okazały się dla mnie niezrozumiałe, gdy wprowadzono je po raz pierwszy: wartości własne i wektory własne macierzy. Jeśli chodzi o naukę, to zdecydowanie jestem wzrokowcem, co normalnie na studiach jest zaletą, ale te abstrakcyjne pojęcia były dla mnie trudne do zwizualizowania. Wiele innych osób na tych zajęciach również miała z nimi trudności. Zainwestowałem dodatkowy wysiłek niezbędny do załapania tych pojęć i dostałem z wykładu piątkę, ponieważ potraktowałem problem, jaki mi to sprawiało, jako błąd, który musiał być naprawiony natychmiast. Studenci, którzy pozwolili by ich niepewność trwała, stawali się coraz bardziej i bardziej zagubieni, gdy kurs postępował, a zakuwanie pod koniec nie było w stanie zapewnić pełnego zrozumienia. Zupełnie tak, jak błędy programistyczne, niepewność wiedzy mnoży się pozostawiona sama sobie, więc kończ z nią tak szybko, jak to możliwe. Jeżeli nie jesteś pewien co do jakiegokolwiek materiału, którego Cię uczą, masz przed sobą błąd wymagający naprawienia. Nie ruszaj dalej, dopóki nie będziesz mógł powiedzieć sobie uczciwie: „Tak, rozumiem to… co dalej?”.

W idealnej sytuacji nie powinno być potrzeby nauki poza zajęciami, przynajmniej w sensie ponownego uczenia się materiału, którego nie opanowałeś za pierwszym razem. Możesz powtarzać wcześniejszy materiał by odświeżyć sobie pamięć, ale nie powinieneś być zmuszony do poświęcenia choćby minuty swojego czasu na ponowną naukę czegoś, czego uczono miesiąc czy dwa wcześniej.

W czasie sesji byłem prawdopodobnie najmniej zestresowanym studentem ze wszystkich. Nie musiałem się uczyć, bo gdy nadchodził egzamin końcowy, w moim umyśle kurs był już zakończony. Test był tylko formalnością. Gdy wszyscy inni zakuwali, ja byłem w galerii handlowej i grałem w gry wideo. Już wcześniej opanowałem materiał i wykonałem wszystkie zadania (przynajmniej te, które miałem zamiar zrobić). Co najwyżej wieczorem przed testem spędzałem trochę czasu na przeglądaniu swoich notatek by odświeżyć sobie materiał. Czyż nie tak studiowanie powinno działać? W przeciwnym razie, jaki jest sens chodzenia na zajęcia przez cały semestr?

Podczas każdego semestru zadawaj sobie to pytanie: czy jestem w tej chwili gotów do odpowiedzi ze wszystkiego, czego dotychczas mnie uczyli? Jeżeli Twoja odpowiedź kiedykolwiek będzie brzmiała „nie”, to znaczy, że masz zaległości i musisz nadgonić je natychmiast. W idealnej sytuacji powinieneś być w stanie odpowiedzieć na to pytanie „tak” przynajmniej raz w tygodniu, dla każdego przedmiotu.

Nawet niewielkie zaległości są bardzo stresujące w ogromnym stopniu przyczyniają się do marnowania czasu. Po pierwsze, musisz cofać się i ponownie uczyć się starego materiału, gdy reszta grupy poszła już do przodu. Po drugie, nie możesz nauczyć się nowego materiału tak dobrze, gdy opiera się on na starym materiale, gdyż brakuje Ci solidnej bazy, więc w efekcie zbierasz jeszcze większe i większe zaległości. Potem, gdy nadchodzi koniec semestru, kończysz z koniecznością uczenia się wszystkiego od nowa. Ale ponieważ wkuwasz w ostatniej chwili, po sesji tak czy inaczej wszystkiego zapominasz. Jaki jest sens takiej głupoty? To jak nadużywanie karty kredytowej, za którą naliczają Ci 25% odsetek. W końcu będziesz musiał to spłacić, i to na dłuższą metę będzie Cię kosztować o wiele więcej czasu.

Włóż ten wysiłek w opanowanie materiału wystarczająco dobrze, by ze wszystkich swoich przedmiotów móc dostać piątkę. To się zwróci. Wiele materiału, którego się uczysz, będzie opierać się na wcześniejszym. Jeśli dostaniesz piątki na początkowych kursach, będziesz dobrze przygotowany do dokładania sobie nowej wiedzy na drugim roku. Ale jeżeli na pierwszym roku będziesz jechał na trójach, już zaczynając drugi rok opierasz się na niestabilnej podstawie, utrudniając sobie znacznie podciągnięcie ocen i prawdziwe opanowanie materiału. Uczyń solidne piątki swoim celem dla każdego semestru. Na dłuższa metę jest to o wiele łatwiejsze. Odkryłem, że trójkowi studenci musieli pracować o wiele ciężej niż ja, zwłaszcza na wcześniejszych i późniejszych latach, ponieważ oni zawsze bawili się w nadrabianie. Pomimo, że mój plan był przepełniony, nie był dla mnie stresujący bo z każdym przedmiotem trzymałem się na czele. Konsekwentnie, miałem masę czasu na zabawę, gdy inni studenci doświadczali wiele stresu, ponieważ stale czuli się nieprzygotowani.

9. Opanuj zaawansowane techniki pamięciowe

Jednym z kluczy do uczenia się materiału gdy jest on wprowadzany po raz pierwszy jest wyćwiczenie się w zaawansowanych technikach pamięciowych. Często z nich korzystałem na zajęciach, które wymagały po prostu wkucia pewnych faktów, włączając w to nazwiska, daty czy wzory matematyczne. Jeżeli nauczyciel pisał na tablicy coś, co miało być zapamiętane w dosłownej formie na nadchodzący egzamin, zapamiętywałem to tu i teraz. Dzięki temu nie musiałem się cofać i studiować tego później.

Z pewnością spotkałeś się z prostymi technikami zapamiętywania, takimi jak użycie zdania „Czemu Patrzysz Żabo Zielona Na Głupiego Fanfarona” by zapamiętać kolejność kolorów tęczy. Sztuczki tego typu działają dobrze w pewnych sytuacjach, ale są bardzo w stylu szkoły podstawowej. Istnieją o wiele bardziej wydajne techniki wizualne. Dwie, na których w szkole opierałem się najbardziej, to metoda łańcuchowa i szufladkowanie.

Szczegółowe wytłumaczenie tych technik wykracza poza zakres tego artykułu, ale możesz znaleźć wiele książek na temat poprawiania pamięci, jak na przykład „Sekrety Superpamięci” Harry’ego Lorrayne’a. Zalecam uczenie się z książki, ponieważ w ten sposób krok po kroku budujesz sobie solidną podstawę.

Te techniki pozwolą Ci zapamiętywać informacje bardzo szybko. Na przykład przy użyciu szufladkowania jestem zazwyczaj w stanie zapamiętać listę 20 przedmiotów w około 90 sekund i przypominać ją sobie doskonale nawet tygodnie później. Specjaliści od tej techniki są jeszcze szybsi. Może to robić każdy – to tylko kwestia treningu.

Dziś wciąż korzystam z tych technik. Metoda łańcuchowa pozwala mi zapamiętywać wizualnie moje przemówienia. Kiedy przemawiam, moja przez moją wyobraźnię przewija się „film”, który sobie stworzyłem podczas gdy ja w locie dobieram słowa pasujące do obrazów. To jak narracja do filmu. Moje przemówienie nie jest zapamiętane słowo po słowie, więc brzmi naturalnie i spontanicznie i może być w locie zaadaptowane do sytuacji. Zapamiętywanie wizualne jest o wiele szybsze i solidniejsze niż próby zapamiętywania słowo po słowie. Jeżeli zapamiętasz przemówienie słowo po słowie i zapomnisz jednego zdania, może Cię to naprawdę wytrącić z rytmu. Ale mając serię obrazów łatwiej jest przeskoczyć do następnej klatki, jeżeli popełnisz błąd. Nasze mózgi są dostosowane lepiej do zapamiętywania wzrokowego niż do fonetycznego.

Nie polecam zapamiętywania przez powtarzanie, bo jest to o wiele zbyt wolne. Metoda szufladkowa i łańcuchowa nie wymagają powtarzania – pozwalają Ci one na solidne zapamiętanie informacji za jednym podejściem, zazwyczaj w ciągu sekund. Wada jest taka, że opanowanie tych dwóch metod wymaga wiele wcześniejszego ćwiczenia, ale gdy już się ich nauczysz, są one cennymi umiejętnościami które zostają Ci na całe życie. Odkryłem też, że opanowanie tych technik zdawało się usprawnić moją pamięć jako całość, nawet gdy nie starałem się aktywnie zapamiętać informacji. Myślę, że to ćwiczenie wytrenowało moją podświadomość do zbierania i przywoływania informacji bardziej efektywnie.

Szkoda, że tych technik nie uczy się w szkołach. Zaoszczędziłyby studentom ogromnych ilości czasu. Zrób sobie przysługę i opanuj je, gdy jesteś młody. Mają wiele praktycznych zastosowań, włączając w to zapamiętywanie imion ludzi.

10. Baw się naprawdę dobrze!

Podejmij wyzwanie, jeśli chodzi o studia, ale daj sobie również wiele czasu na zabawę. Nie trwoń swojego czasu dla przyjemności na kręcenie się w kółko nic nie robiąc. Wyjdź i zrób coś aktywnie, coś, co pozwoli Ci się wyładować i zwiększy Twoją energię.

Jedną z moich ulubionych aktywnych rozrywek na studiach był frisbee-golf (zwany też disc-golfem). Wieczorami często godzinami grałem z kilkoma znajomymi, czasem dopóki na moich palcach nie pojawiły się pęcherze… albo póki ochrona kampusu nie wykopała nas za trafienie zbyt wielu nie grających z nami studentów. 🙂

Grając we frisbee-golfa często buszowaliśmy po krzakach, brodziliśmy w fontannach i wspinaliśmy się w różne ryzykowne miejsca by odzyskać pogubione frisbee. Było w tym zawsze mnóstwo frajdy, a my zazwyczaj graliśmy bawiliśmy się tymi utrudnieniami. Kilka godzin frisbee-golfa służyło za wyśmienitą nagrodę na koniec wymagającego tygodnia. Wciąż pamiętam bezpośredni strzał, jakim z balkonu na drugim piętrze trafiłem słup lampy na skraju boiska piłkarskiego.

Jeśli chodzi o czas studiów, najbardziej żałuję, że nie miałem w tamtym czasie dziewczyny. Gdybym miał to wszystko powtórzyć, prawdopodobnie wziąłbym jeden dodatkowy semestr i mniej zajęć, by mieć czas dla tej wyjątkowej osoby. Miałem okazję, ale przepuściłem ją ponieważ mój plan był zbyt wypchany. Dziewczyny mogą dać mnóstwo frajdy, ale większość nie jest w tym zbyt skuteczna. 😉

Rady z tego artykułu mają na celu sprawić, by Twoje doświadczenia ze studiów były tak bogate i godne zapamiętania, jak to możliwe. Wykonuj swoje szkolne zadania szybko i wydajnie, abyś miał wiele czasu na korzystanie z różnorodnych możliwości, jakie mogą dać studia. Zapisuj się do klubów. Graj we frisbee. Znajdź sobie chłopaka albo dziewczynę. Najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić, to spędzać swój czas opuszczając się w nauce z powodu złych nawyków, ciągłego poczucia nieprzygotowania i stresu by następnie zajmować się nadrabianiem zaległości. Wyciśnij ze studiów tak wiele, jak się da, i pozwól by służyło Ci to za odskocznię do całego życia w spełnieniu.

Ludzie często zakładają, że mój agresywnie skonstruowany plan musiał być stresujący i wyczerpujący, ale – o ironio! – było dokładnie odwrotnie. Wyglądało na to, że mam łatwiej i dużo przyjemniej niż moi rówieśnicy. Studenci z lżejszymi planami zwalniali tempo i zostawali w tyle bo przekonywali siebie, że będą mogli uzupełnić braki później. Ale ja nie mogłem sobie na to pozwolić, bo byłoby dla mnie niemożliwym gonić na dwunastu różnych przedmiotach… i o wiele zbyt stresujące było w ogóle o tym pomyśleć. Gdybym opuścił się chociaż o tydzień, byłbym w poważnych kłopotach. Byłem więc zafascynowany rozwijaniem dobrych nawyków, które sprawiały że stale byłem zrelaksowany, skupiony i pełen energii. Wiele z nawyków omówionych powyżej wynikło po prostu z postawienia sobie celu skończenia studiów w trzy semestry. Ten cel wyznaczał konkretny proces. Jestem bardzo wdzięczny za to doświadczenie, ponieważ pokazało mi ono jak wiele bardziej efektywni możemy być, gdy tylko zmusimy się do wyjścia poza swoją strefę komfortu. To nauczyło mnie stawiać sobie cele daleko bardziej ambitne niż to, co czułem, że jestem w stanie osiągnąć. Często to, co uważamy za niemożliwe, po prostu takie nie jest. My tylko myślimy, że jest.

Źródło: 10 Tips For College Students

Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?

Czy kiedy Twój budzik dzwoni rano, ciężko jest Ci natychmiast wstać? Czy w tej sytuacji szukasz przycisku drzemki i wracasz do spania?

Mój codzienny poranny rytuał wyglądał podobnie. Kiedy mój budzik rozbrzmiewał swoim piekielnym hałasem, natychmiast wyłączałem cholerstwo. Wtedy pod wpływem porannego zamroczenia z wolna rozmyślałem czy właściwie to powinienem wstać, czy nie:

Pod kołdrą jest tak miło i ciepło. Jeżeli wstanę, to będzie mi zimno. To nie będzie przyjemne.

Och, naprawdę powinienem już wstać. Hej, nogi… ruszcie się. Jazda, nogi, jazda. Hmmm…. nie tak wprawia się w ruch własne nogi, co nie? Wygląda na to, że mnie nie słuchają.

Powinienem pójść na siłownię. Taaa. Hmmm… ale naprawdę nie mam teraz ochoty na ćwiczenia. Nie zjadłem nawet śniadania. Może najpierw powinienem zjeść mufinkę. Z nutellą i bananem. O, i to jest dobra mufinka.

Może próbuję wstawać zbyt wcześnie. Wciąż jestem senny, no nie? Może budzenie się na budzik jest nienaturalne. Czyż sypiając więcej nie będę lepiej funkcjonować?

Nie muszę wstawać właśnie w tej minucie, prawda? Z pewnością mogę się zrelaksować jeszcze na pięć minut czy coś. Świat się nie skończy, jeśli nie wstanę właśnie teraz.

Założę się, że moja żona jest teraz smakowicie cieplutka. Mówiła, że nienawidzi kiedy próbuję się do niej przytulać o 6 rano, no ale co… chyba kocha mnie dość mocno, by mi wybaczyć, nie? Już wiem… najpierw zacznę masować jej plecy i ramiona. Ona nie może oprzeć się dobremu masażowi, nawet tak wcześnie rano. Potem przejdę do drapania po głowie. Tak, to się uda. A potem prześliznę się prosto do pozycji na łyżeczkę. Czyż nie będzie to przyjemny sposób na rozpoczęcie dnia?

[ Szur… szur… Zzzzzzzz ]

Dwie godziny później…

Ja: Która godzina? Nie przypominam sobie nawet kiedy dzwonił budzik. No, ale przytulanki były niezłe. Dobra, wygląda na to, że dziś będę musiał darować sobie ćwiczenia.

Żona: Po co ciągle ustawiasz budzik, skoro nie wstajesz jak zadzwoni?

Ja: Och, myślałaś, że to mój budzik na pobudkę? Tak naprawdę to jest budzik na przytulanie.

OK, więc tak naprawdę nie miałem zamiaru, by to był budzik na przytulanie. Zamierzałem wstać kiedy zadzwoni, ale mój zamglony umysł nie przestawał nakłaniać mnie do powrotu do spania.

Przewijamy do dnia dzisiejszego…

Budzik dzwoni gdzieś między czwartą a piątą rano… nigdy później, niż o piątej. Nawet w weekendy i dni wolne. Wyłączam budzik w ciągu paru sekund. Płuca wypełnia głęboki wdech powietrza, przez jakieś dwie sekundy rozciągam się na wszystkie strony. Wkrótce stopy trafiają na ziemię – i już się ubieram, kiedy moja żona nadal drzemie. Schodzę na dół, biorę jakiś owoc, zaglądam do gabinetu żeby przejrzeć parę maili i o 5:15 pora wyjść na siłownię.

Ale tym razem w mojej głowie nie ma głosu zastanawiającego się, co powinienem zrobić. Nie jest to tym razem nawet pozytywny głos – po prostu go nie ma. Wszystko odbywa się na autopilocie, nawet zanim umysł całkowicie się obudzi. Nie powiem by taka codzienna rutyna jakiejkolwiek samodyscypliny. Jest to w zupełności odruch warunkowy. Tak jakby mój świadomy umysł był sobie na przejażdżce, podczas której podświadomość kontroluje ciało. Co rano, kiedy dzwoni budzik, reaguję zupełnie jak pies Pawłowa. Właściwie to trudniej byłoby mi nie wstać, kiedy dzwoni budzik.

Jak więc przejść od pierwszego scenariusza do drugiego?

Najpierw rozważmy sposób, w jaki większość ludzi próbuje poradzić sobie z tym problemem – który ja uważam za nieodpowiedni.

Nieodpowiedni sposób jest taki, że co rano do wywleczenia się z łóżka próbujesz zaprząc siłę woli – opartą na świadomości. Może raz na jakiś czas się uda, ale powiedzmy sobie szczerze: nie zawsze będziesz jasno myślał akurat w momencie, gdy zadzwoni budzik. Możesz doświadczyć tego, co ja nazywam umysłową mgłą. Decyzje podejmowane w tym stanie niekoniecznie będą takie same, jak podejmowane w całkowitej świadomości i wybudzeniu. Ani nie możesz, ani nie powinieneś w pełni sobie ufać.

Kiedy przyjmujesz takie podejście, istnieje spora szansa że wpadniesz w pułapkę. Z góry decydujesz się wstać o jakieś godzinie, a potem decyzję odwołujesz jak tylko zadzwoni budzik. O dziesiątej wieczorem stwierdzasz, że dobrze będzie wstać o piątej rano. Ale o piątej decydujesz, że lepiej wstać o ósmej. Spójrzmy prawdzie w oczy – dobrze wiesz, w rzeczywistości chciałeś zrealizować plan z dziesiątej… gdybyś tylko potrafił przymusić do tego swoje poranne alter ego.

A teraz tak – niektórzy ludzie natrafiając na taką łamigłówkę dojdą do wniosku, że potrzeba im po prostu więcej dyscypliny. Jest w tym w sumie ziarno prawdy, tylko nie takie jakiego byś oczekiwał. Jeżeli chcesz wstawać o piątej, nie potrzebujesz zwiększonej dyscypliny o piątej. Nie potrzebujesz lepszej wewnętrznej gadki. Nie potrzebujesz dwóch czy trzech budzików rozrzuconych po pokoju. I nie potrzebujesz zaawansowanego budzika z technologią rodem z kosmicznej toalety skonstruowanej przez NASA.

W rzeczywistości potrzeba Ci więcej dyscypliny kiedy jesteś całkiem przytomny i świadomy. Potrzebujesz dyscypliny by zaakceptować fakt, że nie możesz sobie w pełni zaufać i spodziewać się po sobie podejmowania inteligentnych, świadomych decyzji chwilę po przebudzeniu. Potrzebujesz dyscypliny by uzmysłowić sobie, że o piątej rano nie będziesz podejmować najlepszych możliwych decyzji. Twój trener o piątej rano jest do niczego, więc musisz go wylać.

Jakie w takim razie jest realne rozwiązanie? Polega ono na delegowaniu problemu. Przerzuć wszystko na swoją podświadomość. Wyłącz ze sprawy świadomy umysł.

A jak to zrobić? W ten sam sposób, jak opanowałeś dowolną inną powtarzalną czynność. Ćwiczysz, aż stanie się to rutyną. W końcu Twoja podświadomość przejmie kontrolę i wykona program na autopilocie.

To może brzmieć naprawdę głupio, ale działa. Ćwicz wstawanie w momencie, gdy dzwoni budzik. Właśnie tak – ćwicz. Ale nie rób tego rano. Rób to w ciągu dnia, kiedy jesteś całkiem przytomny.

Idź do sypialni i przygotuj pokój tak, by jak najlepiej przypominał warunki, w których zamierzasz wstawać. Zaciemnij pomieszczenie albo ćwicz wieczorem, po zachodzie słońca, kiedy już jest ciemno. Jeżeli sypiasz w piżamie – załóż piżamę. Jeżeli przed snem myjesz zęby, to umyj zęby. Jeżeli przed snem zdejmujesz okulary czy soczewki kontaktowe, teraz też to zrób.

Ustaw budzik na kilka minut później. Połóż się do łóżka tak, jak gdybyś spał i zamknij oczy. Ułóż się w swojej ulubionej pozycji. Wyobraź sobie, że jest wcześnie rano… kilka minut przed godziną, o której chcesz wstać. Udawaj, że rzeczywiście śpisz. Wyobraź sobie miejsce ze snu, czy po prostu najlepiej jak potrafisz odpłyń myślami.

A kiedy budzik zadzwoni, wyłącz go tak szybko, jak potrafisz. Następnie weź głęboki oddech, który całkowicie wypełni Twoje płuca i przeciągnij we wszystkie strony na parę sekund… tak, jak przeciągasz się ziewając. Potem usiądź, stopy postaw na podłodze i wstań. Uśmiechnij się szeroko. Potem przejdź do następnej czynności, jaką chciałbyś robić zaraz po przebudzeniu. Ja się w tym momencie ubieram.

Teraz otrząśnij się, przywróć warunki sprzed przebudzenia, wróć do łóżka, ponownie ustaw budzik i powtórz wszystko. Powtarzaj to i powtarzaj, dopóki nie stanie się tak automatyczne, że przez cały rytuał przechodzisz w ogóle o nim nie myśląc. Jeżeli powtarzasz sobie w myśli którykolwiek z kroków (np. słyszysz w głowie głos, który mówi Ci co masz robić) to jeszcze nie osiągnąłeś celu.

Nie krępuj się, w ciągu kilku dni poświęć czas na parę sesji takich ćwiczeń. Myśl o tym jak o robieniu zestawu ćwiczeń i powtórzeń na siłowni. Rób jeden czy dwa zestawy dziennie o różnych porach… i może 3-10 powtórzeń za każdym razem.

Tak, to będzie wymagało nieco czasu, ale to nic w porównaniu z tym, co na dłuższą metę zaoszczędzisz. Kilka godzin ćwiczeń dziś pozwoli Ci zaoszczędzić setki godzin w każdym kolejnym roku.

Odpowiednia ilość ćwiczeń – nie jestem w stanie dokładnie określić, ile Ci to zajmie, bo u każdego jest inaczej – doprowadzi do uwarunkowania fizjologicznej reakcji na dźwięk budzika. Kiedy budzik zadzwoni, wstaniesz automatycznie, nawet o tym nie myśląc. Im więcej razy powtórzysz ten schemat, tym odruch będzie silniejszy. W pewnym momencie nie wstanie po usłyszeniu budzika zacznie się wiązać z dyskomfortem. Odczucie będzie podobne jak przy zakładaniu spodni zaczynając od drugiej nogi niż zwykle.

Możesz też ćwiczyć w myślach, pod warunkiem że potrafisz dobrze wizualizować. Ćwiczenie w myślach zabiera mniej czasu, ale według mnie najlepiej jest przejść wszystko fizycznie. Są drobne detale, które mogą Ci umknąć przy przeprowadzaniu ćwiczenia tylko w myślach – a chcesz, by podświadomość poczuła prawdziwy smak tego doświadczenia. Więc jeśli wolisz ćwiczyć w myślach, to i tak zrób to fizycznie przynajmniej przez pierwszych parę razy.

Im więcej ćwiczysz swój pobudkowy rytuał, tym głębiej zakorzeni się on w Twojej podświadomości. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj. Dzwoni budzik -> natychmiast wstawaj.

Kiedy stanie się to już codziennym nawykiem, nie będziesz potrzebował więcej ćwiczenia w ciągu dnia. Tego typu nawyk wzmacnia się sam. Etap warunkowania musisz przejść tylko raz. Potem jesteś w zasadzie ustawiony na całe życie, o ile nie zdecydujesz tego zmienić. Nawet, jeżeli z jakiegoś powodu wypadniesz z rytmu (np. długie wakacje w innej strefie czasowej), łatwo będzie Ci do niego powrócić. Pomyśl o tym jak o pamięci motorycznej. Kiedy raz wydepczesz ścieżkę, będzie ona na swoim miejscu nawet, jeśli nieco zarośnie chwastami.

Każda Twoja reakcja na dźwięk budzika będzie utrwalać się sama, o ile z początku powtórzysz schemat wystarczającą ilość razy. Możliwe, że już teraz posiadasz dobrze zakorzeniony rytuał pobudki. Może tylko nie taki, jakiego Ci potrzeba. Im więcej powtarzasz istniejący schemat, tym silniej warunkujesz go w swojej podświadomości. Za każdym razem, gdy nie udaje Ci się wstać na dźwięk budzika, staje się to w coraz większym stopniu domyślną reakcją fizjologiczną. Jeżeli chcesz zmienić to zachowanie, musisz świadomie podjąć ponowne warunkowanie programu, jak na przykład to opisane powyżej.

Obwinianie się o swoje złe nawyki budzenia nie zadziała – w rzeczywistości uwarunkujesz tylko te mentalne cięgi jako integralną część zwyczaju, który próbujesz zmienić. Nie tylko nie będziesz wstawał, kiedy budzik zadzwoni, ale też automatycznie będziesz robił sobie za to wyrzuty. Jak chore to jest? Czy naprawdę chcesz dalej odtwarzać ten głupi schemat przez resztę swojego życia? Właśnie tak się stanie, jeżeli nie uwarunkujesz poważniejszego zachowania. Czy Ci się to podoba czy nie, Twoje nawyki będą Cię budować albo niszczyć.

Kiedy już zastosujesz pożądany rytuał pobudki, sugeruję, żebyś trzymał się go każdego kolejnego dnia – 7 dni w tygodniu , 365 dni w roku. A przez pierwszych 30 dni ustawiaj budzik codziennie na tę samą godzinę. Po ustabilizowaniu nowego nawyku będziesz mógł zmieniać porę pobudki czy od czasu do czasu nie nastawiać budzika, jeżeli chcesz sobie pospać, ale do tego momentu najlepiej jest trzymać się bardzo ścisłego schematu. W ten sposób wypracujesz sobie standardowe zachowanie, od którego od czasu do czasu będziesz mógł odejść bez ryzyka rozregulowania rytmu.

Jestem pewien, że kiedy wyrobisz sobie ten zwyczaj, pokochasz go w pełni. Uważam go za jeden z moich najbardziej produktywnych nawyków. Oszczędza dla mnie setki godzin rocznie i wypłaca dywidendę dzień po dniu. Podczas eksperymentu ze snem polifazowym okazał się też szalenie pożyteczny.

Pomyśl o tym: jeżeli przesypiasz dziennie tylko pół godziny więcej, to w ciągu roku jest to ponad 180 godzin. A jeżeli jest to u Ciebie godzina dziennie, to w ciągu roku masz 365 godzin – odpowiednik dziewięciu czterdziestogodzinnych tygodni pracy. To mnóstwo czasu! I nie wiem jak u Ciebie, ale ja mogę wyobrazić sobie o wiele więcej kreatywnych sposobów na spożytkowanie czasu, niż leżenie w łóżku dłużej niż potrzebuję.

Zachęcam Cię do wypróbowania tej metody. Wiem, że ćwiczenie wstawania z łóżka wygląda głupio, ale hej, co, jeżeli działa? Co by było, gdybyś wiedział, z całkowitą pewnością, że jeżeli ustawisz budzik na jakąś godzinę, to bezwarunkowo o tej porze wstaniesz, nieważne co by się działo? Nie ma powodu dla którego nie mógłbyś zbudować sobie tego w ciągu paru najbliższych dni. Ćwiczenie daje trwałość.

A jeżeli interesuje Cię trochę wskazówek na temat ustanawiania zwyczaju wczesnego wstawania, zachęcam Cię do przeczytania dwóch artykułów:

„Jak nauczyć się wcześnie wstawać.”

„Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga.”

Zajmij się tym. Nie pożałujesz!

Źródło: How to Get Up Right Away When Your Alarm Goes Off

Sen polifazowy

Kilka dni temu na stronie LifeHack.org zauważyłem post na temat snu polifazowego. Od tamtego czasu pisano też do mnie na ten temat, prawdopodobnie dlatego, że wcześniej napisałem o nauce wczesnego wstawania.

Sen polifazowy polega na robieniu wielokrotnych drzemek w ciągu dnia zamiast uzyskiwania całego potrzebnego snu w jednym długim kawałku. Popularny sposób na sen polifazowy, plan snu Uberman, zaleca by spać 20-30 minut sześć razy dziennie, rozkładając drzemki równomiernie, co cztery godziny przez całą dobę. Oznacza to, że śpisz 2-3 godziny dziennie. Słyszałem już wcześniej o śnie polifazowym, ale jak dotychczas nie spotkałem się z praktycznymi planami, dzięki którym ludzie osiągaliby i opisywali ciekawe rezultaty.

W tym planie snu mógłbyś sypiać o godzinie drugiej, szóstej, dziesiątej, czternastej, osiemnastej i dwudziestej drugiej. I za każdym spałbyś tylko 20-30 minut. To jest niezłe, bo śpisz o tych samych godzinach przed i po południu, i są one stałe dzień po dniu, dzięki czemu możesz utrzymać regularny, aczkolwiek bardzo nietypowy, plan dnia.

Jak działa ten plan snu? Prawdopodobnie na przyzwyczajenie się do niego potrzeba około tygodnia. Normalny cykl snu ma 90 minut, a faza REM występuje w późniejszej części tego cyklu. REM to najważniejsza faza snu; ta, w której masz sny – a kiedy będziesz zbyt długo pozbawiany fazy REM, odczujesz poważne negatywne konsekwencje. Sen polifazowy warunkuje Twoje ciało do nauki przechodzenia w fazę REM natychmiast po tym, jak zaczniesz spać, zamiast dużo później w trackie cyklu snu. Tak więc w pierwszym tygodniu doświadczysz braku snu, podczas gdy Twoje ciało adaptować się będzie do krótszych cyklów snu, ale po tej adaptacji będziesz się czuć lepiej, może nawet lepiej niż przedtem.

Przejście z powodzeniem do takiego cyklu wymaga nieco dyscypliny, jak również elastycznego planu dnia, który na to pozwoli. Podczas, gdy spać będziesz o wiele mniej, to jak się okazuje, bardzo ważne jest by spać o określonej porze i nie pomijać drzemek.

Bardzo ciekawe było dla mnie czytanie niektórych postów ludzi, którzy wypróbowali ten cykl snu. Opisywali większą czujność i więcej energii, jaskrawsze sny i więcej snów świadomych, i oczywiście duże ilości dodatkowego wolnego czasu. Czytałem również o porażkach, ale w każdym z tych przypadków dana osoba nie trzymała się ściśle planu i przysypiała nadmiernie od czasu do czasu. Efekt uboczny tego planu snu jest taki, że jesz więcej, bo więcej czasu spędzasz w ruchu. Wygląda na to, że długoterminowe efekty zdrowotne tego schematu snu nie są dobrze znane. Nie ma to jednak dla mnie znaczenia, ponieważ uważam, że będąc od dawna weganinem, i tak nie mogę opierać się za bardzo na długoterminowych badaniach robionych na nie-weganach. Mówi się, że hormony zawarte w produktach zwierzęcych źle wpływają na schematy snu, a bardziej regenerujący sen jest często opisywany po samym wprowadzeniu ulepszeń diety. Tak więc długoterminowe badania osób na przeciętnej diecie nie będą specjalnie przydatne dla mnie osobiście.

Wadą tego planu snu jest to, że może on być nieelastyczny. Czytałem, że w razie potrzeby możesz opóźnić drzemkę do godziny, ale pominięcie drzemki może spowodować szybkie załamanie formy, z którego wyjście na prostą wymaga nieco czasu. Oznacza to, że masz do dyspozycji tylko ok. 3,5 godziny czasu na nogach pomiędzy drzemkami, 4,5 godziny, jeżeli to przeciągniesz. Więc to ogranicza trochę Twoje możliwości. Musisz oczywiście mieć na uwadze, że poświęcenie to kompensuje wiele dodatkowych godzin dziennie, każdego dnia. Interesująca wymiana… Przypomina mi to coś, co napotkałbyś w Księdze Pytań.

Do tego jest to po zwyczajnie dziwne. Więc naturalnie chcę tego spróbować. 😀

Jako, że pracuję z domu i kontroluję swój plan, zdecydowałem się przetestować sen polifazowy by zobaczyć, jak to z nim jest. Jestem już dobry w szybkim zasypianiu (w przeciągu paru minut) i często miewam sny w czasie 15-20-minutowych drzemek, więc tak sobie myślę, że częściowo jestem przygotowany do szybkiego przechodzenia w fazę REM. Ten test wymaga oczywiście nieco dostosowania się, ale udało mi się tak ustalić sprawy z żoną, żeby było to wystarczająco praktyczne. Ponieważ czytałem, że energia i czujność w pierwszym tygodniu znacznie spadają, zaplanowałem przyszły tydzień delikatnie pod względem prac umysłowych (żadnych spotkań, przemówień i większych projektów). Zależnie od tego, w jakim stopniu będę do rzeczy i na chodzie w okresie dostrajania się, będę się zajmował głównie pracami domowymi, jak ogarnięcie garażu – nic, co wymagałoby używania narzędzi elektrycznych. 😀

Rozpoczynam ten polifazowy plan snu dziś, tak więc poprzednia noc była moją ostatnią nocą „normalnego” snu na jakiś czas. Jak zwykle wstałem dziś o piątej rano, a teraz zacznę robienie drzemek co cztery godziny, poczynając od tego popołudnia. Będę używał odliczającego czas alarmu ustawionego na 30 minut, także nie będę przesypiał. Zdecydowałem, że moje godziny spania to pierwsza, piąta, dziewiąta, trzynasta, siedemnasta i dwudziesta pierwsza. Zamierzam kontynuować przynajmniej do Halloween… albo do śmierci, cokolwiek nadejdzie pierwsze. Jeżeli wyjdzie na to, że idzie mi dobrze i będę utrzymywał podstawową funkcjonalność, to zdecyduję, czy będę chciał kontynuować ten schemat.

Moją główną motywacją do wypróbowania tego jest ciekawość, wygląda też na to, że będzie to zabawny test samodyscypliny. Do tego wpisuje się to ładnie w moją własną ogólną dziwaczność. Czy eksperyment zakończy się sukcesem, czy porażką, będzie to ciekawe i pouczające doświadczenie.

Oczywiście będę na pewno pisał o tym doświadczeniu, ale jeżeli zacznę pisać posty o spotykaniu martwych ludzi, to będziecie wiedzieli, że dostałem urojeń wywołanych deficytem snu. 🙂

Co zrobiłbyś z dodatkowymi 30-40 godzinami wolnego czasu tygodniowo?

Przeczytaj więcej o śnie polifazowym na Wikipedii. (Angielski.)

Edycja z 14 kwietnia 2006 r.: Dla Twojej wygody – oto linki do wszystkich moich wpisów związanych ze snem polifazowym, po kolei (każdy link otwiera się w nowej zakładce). To skarb pełen darmowych informacji dla każdego, kto chce dowiedzieć się więcej o moim teście snu polifazowego. Z tego, co mi wiadomo, to najbardziej szczegółowe zapisy snu polifazowego, jakie znajdziesz w całej sieci.

Śpij dobrze!

Źródło: Polyphasic Sleep

Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga

Wpis z ostatniego poniedziałku – „Jak nauczyć się wcześnie wstawać” – najwyraźniej trafił w czuły punkt wielu osób. Wygenerował on więcej linków, niż jestem w stanie zliczyć i większy ruch niż którykolwiek inny napisany przeze mnie post czy artykuł. Ponadto statystyki oglądalności wskazują, że ta fala była rozproszona (nie wywołała jej pojedyncza wzmianka na jakiejś popularnej stronie).

Wpływ tego wpisu na ruch na StevePavlina.com widać wyraźnie w rankingu „Alexa” (duży skok pod koniec maja 2005 r.). Alexa nie jest specjalnie dokładna, ale jest wystarczająco dobra, by wskazać ogólne trendy.

W zeszły poniedziałek puściłem w Google zapytanie „jak nauczyć się wcześnie wstawać” (w cudzysłowie). Nie było żadnych wyników. A teraz są ich tysiące.

Okay, to było tsunami. Ale dlaczego? Wczesne wstawanie to względnie niegroźny temat, no nie? W każdym razie – ja tak sądziłem kiedy publikowałem wpis.

Wygląda na to, że zagadnienie budzi duże zainteresowanie. Nie do końca rozumiem dlaczego tak jest, ale i tak postanowiłem pociągnąć temat i dodać trochę więcej szczegółów.

Po pierwsze – w kwestii chodzenia spać, kiedy jesteś senny… poprawne podejście wymaga połączenia świadomości i zdrowego rozsądku.

Jeżeli przed snem zajmujesz się pobudzającymi czynnościami, będziesz w stanie zostać na nogach dłużej i na jakiś czas odsunąć od siebie senność. Na studiach brałem udział w rozgrywkach pokerowych trwających do świtu, po których szliśmy często prosto na śniadanie. Kiedy pracuję, jestem ze znajomymi czy zajmuję się innymi pobudzającymi rzeczami, mogę bez problemu siedzieć do późna dłużej niż normalnie.

Ale nie to miałem na myśli, mówiąc o uświadomieniu sobie kiedy robisz się senny. Wspomniałem o teście wskazującym ten moment – kiedy  nie jesteś w stanie przeczytać paru stron tekstu bez utraty koncentracji. Nie znaczy to, że masz czekać z ułożeniem się do snu aż zaczniesz padać z wyczerpania.

Nadejście senności, do którego się odnoszę, ma miejsce gdy Twój mózg zaczyna wydzielać hormony snu. To co innego, niż po prostu zmęczenie. Tu czujesz, jak naprawdę stajesz się senny. Ale żeby do tego doszło, musisz zapewnić sobie odpowiednie warunki – trzeba dać sobie przed snem pewien luz. Uważam, że czytanie to świetny sposób na wyhamowanie przed snem. Niektórzy twierdzą, że czytanie w łóżku to zły pomysł… że w łóżku powinieneś jedynie spać. Ja jednak nigdy nie miałem z tym problemu, bo kiedy jestem zbyt senny, by dalej czytać, po prostu odkładam książkę i idę spać. Ale jeśli wolisz – czytaj w fotelu.

Inny test, z którego możesz skorzystać, jest taki: zadaj sobie pytanie – „Gdybym miał teraz pójść do łóżka, jak szybko bym zasnął?”. Jeżeli sądzisz, że zajęłoby to więcej niż kwadrans, to według mnie powinieneś jeszcze zaczekać.

Kiedy już określisz sobie stałą porę pobudki, do właściwego określania pory na sen możesz potrzebować trochę praktyki. Z początku możesz zaobserwować spore rozbieżności, jednej nocy siedząc do późna, a innej kładąc się do łóżka zbyt wcześnie. Ale w końcu wyczujesz kiedy najlepiej kłaść się do łóżka, by zasnąć natychmiast, a następnego dnia obudzić się rześkim.

Na wszelki wypadek określ sobie ostateczną porę na położenie się do łóżka, i nawet gdy nie jesteś zupełnie senny, to kładź się wtedy spać. Ja nieźle się orientuję ile minimalnie snu mi potrzeba. 6,5 godziny to na dłuższą metę wystarczająca ilość, ale dam radę i sypiając po pięć godzin, o ile tylko nie robię tego każdej nocy. Maksymalnie sypiam 7,5 godziny. Zanim zacząłem wstawać codziennie o tej samej porze, często sypiałem po 8-9 godzin, a czasami nawet 10 – kiedy byłem naprawdę zmęczony.

Jeżeli w ciągu dnia spożywasz kofeinę, prawdopodobnie namiesza ona w Twoich cyklach snu. Pierwszy artykuł zakłada, że nie szprycujesz się by pozostać na chodzie. Jeżeli jesteś uzależniony od kofeiny, pozbądź się najpierw tego uzależnienia. Kiedy majstrujesz coś przy chemii mózgu, nie spodziewaj się, że naturalna senność nadejdzie o odpowiedniej porze.

Ideą poprzedniego artykułu było wyjaśnienie, jak rozwija się zwyczaj wczesnego wstawania. Tak więc porady dobrane są pod kątem budowania nawyku. Raz wypracowany nawyk pracuje bardziej na poziomie podświadomości. Możesz zajmować się pobudzającymi rzeczami, jak gra na komputerze, i będziesz po prostu wiedział, kiedy jest pora na pójście do łóżka. Nawet, jeżeli za każdym razem będzie to inna pora. Test na senność jest ważny dla rozwijania nawyku, ale później wystarczą subtelniejsze sygnały.

Wciąż możesz sobie od czasu do czasu pospać, jeśli masz taką potrzebę. Jeżeli jestem na nogach do trzeciej nad ranem, to następnego ranka nie wstaję o piątej. Ale następnego dnia wrócę do mojego zwyczajnego schematu.

Zalecam wstawanie o tej samej porze przez trzydzieści kolejnych dni aby zakorzenić nawyk. Potem będziesz do tego stopnia uwarunkowany do wstawania o tej samej porze, że ciężko będzie Ci zaspać. Pewnej niedzieli postanowiłem pospać dłużej i nie nastawiłem budzika, ale automatycznie obudziłem się o 4:58. Próbowałem potem jeszcze spać, ale byłem całkiem rozbudzony i nie byłem w stanie znów zasnąć. No, fajnie. Gdy nawyk jest ustalony, nie jest wcale ciężko wstać, zakładając, że kładziesz się na sygnał senności.

Jeżeli masz dzieci, dostosuj się wedle potrzeb. Moje dzieci są w wieku pięciu i jednego roku. Czasem budzą mnie w środku nocy – córka ma ostatnio taki zwyczaj: wpada do sypialni by opowiedzieć mojej żonie i mi o swoich snach, a czasami po prostu żeby porozmawiać. I wiem jak to jest, kiedy niemowlak budzi się co kilka godzin, więc jeżeli jesteś w takiej sytuacji, powiedziałbym że zasadą jest spać kiedy możesz. Niemowlaki nie są za dobre w trzymaniu się planów.

Jeżeli nie możesz wygrzebać się z łóżka, kiedy dzwoni budzik, wynika to prawdopodobnie z braku samodyscypliny. Jeżeli masz dostatecznie silną samodyscyplinę, wyjdziesz z łóżka, cokolwiek by się nie działo. Motywacja może też pomóc, ale motywacja ma krótkie życie i może trwać przez jedynie parę dni. Dyscyplina jest jak mięsień. Im więcej ją budujesz, tym bardziej możesz na niej polegać. Każdy posiada jakąś dyscyplinę (możesz wstrzymać oddech?), ale nie każdy ją rozwija. Istnieje wiele sposobów na budowanie dyscypliny – możesz przeczytać całą sześcioczęściową serię o samodyscyplinie, by dowiedzieć się jak to robić. Zasadniczo sprowadza się to do podejmowania małych wyzwań którym sprostasz, i stopniowego przechodzenia do poważniejszych. Przypomina to progresywny trening siłowy. Wraz ze wzrostem Twojej samodyscypliny wyzwanie wyjścia z łóżka o określonej porze będzie coraz prostsze, ostatecznie – trywialnie proste. Ale jeżeli Twoja samodyscyplina padła ofiarą atrofii, może sprawiać wrażenie nieprzezwyciężonej przeszkody.

Dlaczego wstawać wcześnie?

Powiedziałbym, że głównym powodem jest znacznie większa ilość czasu na rzeczy ciekawsze od spania.

Powtórzę – ja zyskałem w ten sposób 10-15 godzin tygodniowo. Ten dodatkowy czas naprawdę daje się zauważyć. O 6:30 jestem już po ćwiczeniach, prysznicu, zjadłem śniadanie i siedzę przy biurku gotów do pracy. Każdego dnia mogę poświęcić wiele godzin na produktywną pracę, i zazwyczaj do 17 pracę mam z głowy (włączając w to „osobistą” pracę, jak przejrzenie poczty, opłacenie rachunków, odebranie córki z przedszkola itp.) To daje mi 5-6 godzin dziennie, które mogę dowolnie poświęcić rodzinie, rozrywce, klubowi Toastmasters, czytaniu, pisaniu pamiętnika itp. – a co najlepsze, w tym czasie ciągle jestem pełen sił. Mieć czas na wszystko, co dla mnie ważne – to sprawia, że czuję się bardzo zrównoważony, zrelaksowany i optymistyczny.

Pomyśl o tym, co mógłbyś zrobić z tym dodatkowym czasem. Nawet dodatkowe pół godziny codziennie to dość czasu, by regularnie ćwiczyć, przeczytać w każdym miesiącu przeczytać jedną czy dwie książki, utrzymać bloga, codziennie medytować, przygotowywać zdrowe jedzenie, nauczyć się gry na instrumencie itd. W skali roku nawet niewielkie ilości dodatkowego czasu sumują się w pokaźną liczbę godzin. Pół godziny dziennie to 182,5 godziny rocznie. To więcej, niż miesiąc pracy na pełnym etacie (40 godzin tygodniowo). Podwój to, jeżeli oszczędzasz godzinę dziennie, albo pomnóż przez trzy, jeżeli oszczędzasz półtorej godziny. W moim przypadku oszczędność wynosiła właśnie około półtorej godziny dziennie. To jak dostać za darmo dodatkowy rok w każdej dekadzie. Wykorzystuję ten czas na robienie rzeczy, do jakich wcześniej nie zabierałem się z braku czasu i sił. To cudowne.

Przeczytaj oryginalne „Jak nauczyć się wcześnie wstawać?”.

Żeby nauczyć się wstawać z budzikiem, przeczytaj „Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?”.

A jeżeli naprawdę chcesz przenieść swoje spanie na wyższy poziom (poniżej 3 godzin dziennie), przeczytaj „Sen polifazowy”.

Źródło: How to Become an Early Riser – Part II

Older posts