Steve Pavlina: rozwój osobisty człowieka rozumnego - po polsku!

Trochę do poczytania o rozwoju osobistym i świadomym życiu. Ze szczególnym uwzględnieniem odkrywania sensu swojego życia i budzenia odwagi by podążać jego drogą. Za darmo.

Tag: rev1510

Funkcjonowanie człowieka sukcesu

Człowiekiem sukcesu stajesz się kiedy z powodzeniem realizujesz swoje plany. Jeżeli osiągasz swoje cele, to osiągasz sukces. Nie osiągasz celów, nie osiągasz sukcesu.

Sposób myślenia o sukcesie jest prosty: albo – albo. Osiągać – dosięgać, uzyskiwać, dokonywać, spełniać. Czego będziesz dosięgać, dokonywać czy co uzyskiwać to już zależy od Ciebie.

Różnica między człowiekiem sukcesu i takim, co z sukcesem niewiele ma do czynienia polega głównie na sposobie poświęcania uwagi. Ludzie nie osiągający sukcesu niewiele uwagi poświęcają swoim celom, o ile w ogóle zawracają sobie głowę ich ustalaniem. Ludzie sukcesu natomiast celom poświęcają dość uwagi, by je osiągać, realizować, spełniać.

Ludzie nie osiągający sukcesu osiągają, realizują, uzyskują w tym czasie coś innego niż swoje cele. Dość często osiągają oni, uzyskują i realizują cele ustalone przez kogoś innego, nie przyjmując ich świadomie jako własnych.

Aby być człowiekiem sukcesu musisz poświęcać swoim celom dość uwagi, by je realizować, osiągać, spełniać. Oznacza to, że dużo uwagi musisz uwolnić i odwrócić od czynności które nie zbliżają Cię do Twoich celów.

Czemu poświęcasz uwagę w przeciągu przykładowego tygodnia? Jeżeli nie jesteś notorycznie opętany myślą o swoich celach, to o czym myślisz?

Co zazwyczaj stawiasz przed swoimi celami?

Udaje Ci się pooglądać trochę telewizji czy filmów?

Jesteś na bieżąco z mailem, portalami społecznościowymi i SMS-ami?

Wywiązujesz się ze społecznych zobowiązań zgodnie z oczekiwaniami rodziny, przyjaciół czy współpracowników?

Co konkretnie osiągasz, realizujesz, spełniasz w ciągu typowego tygodnia? Czy przez wiele godzin poświęcasz uwagę swoim celom i notujesz postępy w ich realizacji – czy może kierujesz ją gdzie indziej?

Ludzie sukcesu mają świadomość, że aby osiągać swoje cele muszą zrezygnować z poświęcania uwagi innym sprawom. Zdają sobie oni również sprawę że niekoniecznie łatwo odstawia się te inne sprawy na boczny tor. Firma od kablówki może Cię przekonywać żebyś nie rezygnował z abonamentu. Możesz dostać maila od Starbucksa jeżeli długo się u nich nie pokażesz. Mama może zrzędzić o jakichś banałach. Ludzie sukcesu uczą się automatycznego odrzucania takich żądań o uwagę. Wciąż kierują ją z powrotem ku swoim celom.

Musisz być szczególnie wyczulony na nowe propozycje i okazje pojawiające się kiedy pracujesz nad swoimi celami. Te ukryte przeszkody mogą z łatwością wybić Cię z rytmu. Jeżeli nadarzająca się okazja idzie w parze z Twoimi celami to miodzio… korzystaj ile wlezie. Ale kiedy wygląda na to, że będzie z nią nie po drodze, trzymaj się swojego planu, a odwracającym uwagę zdarzeniom mów „nie”. Ogólnie rzecz biorąc mądrze jest mniej pozwalać sobie na oportunizm, co pozwala na bardziej świadome tworzenie. Często będziesz robić większe postępy dzięki samodzielnemu tworzeniu okazji zamiast chaotycznego stawiania na możliwości podsuwane Ci przez innych.

Uwaga: braki w zaopatrzeniu

Uwaga jest ograniczonym zasobem. Każdego dnia masz do dyspozycji mniej czasu, niż byłoby potrzebne do świadomego zapewnienia uwagi i dobrej energii wszystkim rzeczom które o nie zabiegają.

Znajomi, rodzina, współpracownicy, przypadkowi przechodnie, korporacje, organizacje, rząd, media itd. – wciąż będą żądać Twojej uwagi, a w dzisiejszych czasach mają wiele różnych sposobów na dotarcie do Ciebie.

Również i wewnątrz Ciebie trwa rywalizacja: potrzeby fizjologiczne, emocje, pragnienia, zwyczaje itd. Musisz jeść, spać, wypróżniać, kąpać się i tak dalej. Te czynności też wymagają trochę uwagi.

Gdzieś spośród rywalizujących zainteresowań jeszcze jeden głos domagaj się uwagi. To Twój charakter zorientowany na cele, Twoja wyższa inteligencja, Twoje pragnienie by życie miało znaczenie i sens. Ta część Ciebie pragnie osiągnięć i tylko one ją usatysfakcjonują. Chce ona ustanawiać własne cele i je realizować, zdobywać, osiągać.

Ile uwagi poświęcasz tej właśnie zorientowanej na osiągnięcia części swojej osobowości?

Jeżeli zagłodzisz ją odmawiając uwagi, zemści się na Tobie poprzez obniżoną motywację, niskie poczucie własnej wartości i ogólne wrażenie niedostatku. Ale jeżeli zapewnisz jej uwagę której pragnie, zostaniesz nagrodzony bogactwem energii, pędu, pasji, dostatku oraz świadomości wyższego celu i własnego wkładu w rzeczywistość.

Kierowanie uwagi

Na szczęście posiadasz moc świadomego kierowania uwagi. Możesz pozwolić jej na bezcelowe skakanie z tematu na temat. Możesz ją skupić na czymś innym niż Twoje cele, na przykład na celach jakie przygotowali dla Ciebie inni. A możesz skupić uwagę na tym co sam dla siebie zaplanowałeś.

Dokonanie poważnych postępów w życiu wymaga poważnego zaangażowania uwagi. Jeżeli chcesz poprawić stan swoich finansów, musisz skupić się na tworzeniu czegoś wartościowego dla ludzi, dzieleniu się tą wartością i wymyśleniu jak mądrze ją spieniężyć. Jeżeli chcesz zmienić na lepsze swoje relacje, no to temu aspektowi poświęć solidną porcję uwagi.

Mamy niestety skłonność do odwracania wzroku od tych aspektów życia, w których nie radzimy sobie najlepiej. Na krótko ma to sens, gdyż chwilowe odwrócenie uwagi kiedy czujemy się przytłoczeni pomaga trochę się odstresować. Ale jeżeli ma zajść głębsza zmiana, musimy poświęcić wiele uwagi właśnie tym obszarom które wołają o poprawę.

Określanie celów wymaga skupionej uwagi. Planowanie konkretnych działań które mają nas do nich doprowadzić wymaga jej nawet więcej. A jeszcze trochę potrzeba żeby te zaplanowane działania wykonać. Ludzie sukcesu, w przeciwieństwie do tych, co sukcesów nie osiągają, takim czynnościom przypisują wysoki priorytet.

W miarę upływu czasu powinieneś podnosić standardy określania co zasługuje na Twoją uwagę. Wyrzucaj i odrzucaj niepotrzebne drobiazgi i zobowiązania które mogą odciągać Cię od Twoich wyższych celów. Uwolnisz w ten sposób zasoby uwagi którą możesz na nich skupić.

Zauważyłeś już, że kiedy obsesyjnie wręcz skupiasz całą uwagę na celu, możesz posuwać się do przodu naprawdę sprawnie, i że w końcu go osiągasz? A kiedy pozwalasz by uwaga rozpływała się na zbyt wielu konkurujących ze sobą sprawach, to i postępy w osiąganiu celu idą w ślimaczym tempie, a w końcu w ogóle przestajesz o nim myśleć. Cele wymagają solidnej i długotrwałej pielęgnacji dopóki nie zostaną osiągnięte, w przeciwnym razie giną.

Prawie wszystkiemu mów „nie”

Różnica między zwykłym „człowiekiem sukcesu” a prawdziwym człowiekiem sukcesu jest taka, że ten drugi prawie na wszystko odpowiada „nie”. – Warren Buffet

O co chodzi z tym mówieniem „nie”?

Dla mnie oznacza to zdolność do pracy nad moimi celami na pełnych obrotach, kiedy nic nie wchodzi mi w paradę. Oznacza to, że w moim planie dnia nie ma drobnych elementów rozpraszających uwagę. Oznacza to, że nawet kiedy pracuję nad celami, które podrzucił mi kto inny, muszę albo zaakceptować je jako własne (i powiedzieć im „tak”), albo je odrzucić i nie poświęcać im żadnej uwagi. Jeżeli nie mogę uczynić celu w ten czy inny sposób „moim”, to znaczy że nie zasługuje on na moją uwagę.

Nawet cel taki jak rozliczenie podatków może być „Twój”. Możesz zobowiązać się do utrzymywania porządku w swoich finansach. Możesz postanowić płacić podatkowe składki z dowolnego odpowiadającego Ci powodu. Ale jeżeli nie sprawisz by dany cel był „Twój” i mimo to nad nim pracujesz, to podejmujesz walkę z samym sobą, a postępy będą minimalne i nietrwałe. Jest to ogromne marnotrawstwo cennej uwagi.

Uważaj żeby nie utknąć w krainie połowicznego zaangażowania. Poświęcaj uwagę celom własnym i tym, które uznałeś za własne. Jeżeli pracujesz na etacie, to albo bierz się za pracę na tym stanowisku najlepiej jak potrafisz, albo zwolnij je dla kogoś kto zrobi to lepiej.

Stawiaj swoje cele na pierwszym miejscu

Wielu ludzi sukcesu pracuje na etacie. Wielu ludzi sukcesu ma rodziny. Wielu ludzi sukcesu ma najróżniejsze, kolidujące ze sobą, zobowiązania. Tylko że oni nie wykorzystują pracy, dzieci czy innych zobowiązań w charakterze wymówki do niedostatecznego poświęcania uwagi swoim celom. Na każdego kto stosuje takie wymówki dla swojej niezdolności do ustanawiania i osiągania celów znajdzie się prawdziwy człowiek sukcesu który startował z bardziej wymagającej pozycji, a te same elementy wykorzystał by zmotywować się do osiągnięcia swoich celów. Tam gdzie ludzie nie osiągający sukcesów znajdują wymówki, ludzie sukcesu widzą powody do działania.

Jest dobra metoda pomagająca trzymać cele na pierwszym miejscu: przede wszystkim ustanawiać je całościowo, dbając o ich wysoką jakość. Nie trwoń uwagi na płytkie gonienie na przykład za pieniędzmi po prostu „bo tak”. Określ cele które pomogą Ci się rozwijać, budować umiejętności, tworzyć wartość dla innych i robić coś dobrego na świecie. Zastanów się czy kiedy wyobrazisz sobie siebie dwadzieścia lat po osiągnięciu tego celu, to nadal będzie on wyglądał na sensowny i inteligentny?

Rozmyślnie kieruj uwagę na swoje cele. Kiedy akurat stoisz w kolejce – rozmyślaj nad swoimi celami. Wizualizuj sobie podejmowanie kolejnych działań. Spraw by to było Twoje standardowe zachowanie zamiast wyciągania telefonu i zajmowania się czymś błahym.

Starannie planuj kolejne działania prowadzące do osiągnięcia celu. Jeżeli otrzymałeś mój ostatni newsletter, znajdziesz tam obszerny artykuł o tym jak planować osiąganie celów.

Oczyść czas przeznaczony na pracę nad celami, niech ten czas będzie święty i nienaruszalny. Jeżeli jesteś w stanie wykroić tylko odrobinę czasu dla swoich celów, to rozważ ustanowienie takiego dodatkowego celu: uzyskać pełną swobodę pracy nad swoimi celami przez tyle godzin, na ile tylko masz siły. Jakie szczegółowe cele musiałbyś przyjąć i osiągnąć by stało się to rzeczywistością? Wyobraź sobie, że w każdym tygodniu możesz poświęcać większość czasu na pracę nad swoimi najważniejszymi celami – i nic nie wchodzi Ci w drogę. Wielu ludzi żyje w ten sposób i kochają to. Czemu i Ty nie miałbyś tak żyć?

Cel: wolność

Jednym z moich wcześniejszych celów było uwolnić się od finansowego niedostatku (który mógł stanowić powód rozpraszania uwagi) tak żebym mógł cały tydzień pracować nad swoimi celami niezależnie od tego czy przynoszą pieniądze czy nie. Chcę by moje życie obracało się wokół poszukiwań związanych z rozwojem osobistym i aby moja spuścizna dla innych polegała na podzieleniu się tym co odkryłem. Na przestrzeni lat wiele uwagi poświęcałem temu celowi – póki go nie osiągnąłem. Od tego czasu jestem w stanie utrzymywać ten styl życia względnie łatwo. Wiem, że niektórym ludziom dziwne wydaje się oddawanie się celom niezwiązanym z zarabianiem pieniędzy czy pracą na etacie, jak na przykład podróżowanie przez miesiąc po Europie, przejście na weganizm czy odkrywanie otwartych związków, ale tego typu wolność jest dla mnie na tyle ważna, że osiągnięcie tego celu było moim priorytetem przez lata, i trzymałem się go póki go nie osiągnąłem. Było to duże wyzwanie, ale zdecydowanie warte wysiłku.

Znam wielu ludzi który osiągnęli podobne cele. Ogólnie rzecz biorąc, zazwyczaj są to najszczęśliwsi ludzie jakich znam. Zamiast dzień po dniu wykonywać czyjeś polecenia, poświęcają uwagę swoim celom, pragnieniom i zainteresowaniom. Priorytetem jest dla nich utrzymanie tej wolności. Nie robią wymówki ze swojej pracy, dzieci czy braku pieniędzy – wręcz przeciwnie. Nieraz słyszę od takich ludzi historie o porażkach wspominane ze śmiechem i w dobrym nastroju, a nie ze strachem i żalem… na przykład para znajomych musiała kiedyś przespać się w parku bo nie mieli pieniędzy na nocleg. To samo co ludziom nie osiągającym sukcesów jawi się jako przeszkoda, dla ludzi sukcesu jest pretekstem do kroku naprzód (a w przyszłości tematem ciekawych opowieści!).

Jeżeli wolność co do stylu życia jest dla Ciebie ważna, niech stanie się Twoim głównym dążeniem. Osiągnięcie celu postaw na pierwszym miejscu w swoim życiu. Praca nad nim musi stać się dla Ciebie ważniejsza niż stałe sprawdzanie portali społecznościowych, zadowalanie rodziców, oglądanie ulubionego serialu i inne takie sprawy rozpraszające uwagę. Jeżeli cokolwiek innego naprawdę wchodzi Ci w drogę, to albo usuń to ze swojego życia, albo znajdź sposób by działało korzystnie, dając Ci napęd i motywację.

Łatwo jest mi odróżnić człowieka poświęconego zdobywaniu życiowej wolności od tego któremu poświęcenia brak. Ten co się poświęcił ma obsesję na punkcie swojego celu, mało o czym innym myśli. Nie można takiego skłonić by przestał o tym gadać. Ciągle próbuje wykombinować jak sprawić by cel stał się rzeczywistością. Ciężko na to pracuje. Potyka się i rusza dalej naprzód. Zazwyczaj jego cel wymaga więcej czasu niżby chciał. Często chce, by sprawa była załatwiona w czasie krótszym niż rok. Zazwyczaj na zdobycie finansowej stabilności potrzeba dwóch do pięciu lat. Dla ludzi sukcesu oczywiste jest, że ją osiągną – nieważne ile czasu miałoby to zająć. Dla nich ten cel jest obowiązkowy, nie opcjonalny.

Ludzie nie osiągający sukcesów o takim celu myślą jak o odległej fantazji. Jest to życzenie, marzenie, możliwość… coś, co fajnie byłoby mieć jeżeli planety ułożą się odpowiednio. W ich planie działania znajduje się głównie czytanie książek o Prawie Przyciągania i słuchanie nagrań Abrahama-Hicksa. Traktują ten cel jak przypadkowe pragnienie, a nie jako poważne zobowiązanie. Nie szanują ogromnej siły woli jaka jest niezbędna by go osiągnąć. Prawie nigdy tam nie docierają.

Jeżeli cel życiowej wolności ma dla Ciebie znaczenie, to odrzucaj, tnij, pal wszystko co Cię od niego odciąga. Kieruj uwagę prosto na cel, miej na jego punkcie obsesję póki do niego nie dojdziesz. Jeżeli potrzebujesz więcej czasu na pracę, zrezygnuj z abonamentu TV, usuń konta w mediach społecznościowych, a telefon wyłączaj na cały dzień. Rób przerwy kiedy Ci potrzeba, ale potem stale wracaj do pracy nad tym celem. Jeżeli to zrobisz, można spokojnie stawiać że dojdziesz do celu.

Na drodze do życiowej wolności znajdziesz się kiedy przestaniesz stawiać inne sprawy przed tym zobowiązaniem.

Źródło: Being an Achiever

Najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dowolnego problemu

Uważam, że przy rozwiązywaniu najróżniejszych życiowych problemów bardzo pożyteczna jest taka metoda: określić  najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakie można sobie wyobrazić – nieważne jak miałbym się poczuć przy jego zastosowaniu. Jaka jest najbardziej oczywista, najbardziej bezpośrednia droga do mojego celu, albo najbardziej efektywny sposób na ominięcie przeszkody?

Wiele problemów będzie miało różnorodne bezpośrednie rozwiązania, ale często na pierwszy rzut oka będą one nieprzyjemne, ponieważ ich wdrożenie wymaga odwagi, samodyscypliny, kreatywności czy wytrwałości. Jednocześnie jest jasne że kiedy jakoś przez to przebrniemy, to rozwiązania okażą się skuteczne.

Przyjmijmy dla przykładu, że chcesz zrzucić parę kilo. I przyjmijmy, że bezpośrednim rozwiązaniem (jednym z wielu możliwych) jest jeść tyle samo ile teraz, ale zwiększyć wysiłek przy ćwiczeniach o 500 kalorii dziennie. Jeżeli wprowadzisz to, aż nadto uproszczone, rozwiązanie – stracisz na wadze. Może wymagać dyscypliny i wytrwałości, ale większość ludzi zgodziłaby się, że zadziała.

Inny przykład: przyjmijmy, że interesuje Cię nawiązanie relacji z kimś, ale nie wiesz, co ta osoba do Ciebie czuje. Bezpośrednim rozwiązaniem byłoby po prostu pójść, wyjaśnić swoje myśli i uczucia i zapytać czy on/a chce porozmawiać o ewentualnej bliższej znajomości. Zajmie to mniej niż minutę, a niezależnie od wyniku będziesz przynajmniej wiedzieć na czym stoisz. To rozwiązanie może oczywiście wymagać wiele odwagi żeby przezwyciężyć obawę przed odrzuceniem, ale jest bardzo proste i bezpośrednie.

Sprawdź czy potrafisz określić najbardziej bezpośrednie rozwiązanie jakichś swoich problemów. Jaka jest najprostsza i najszybsza droga do osiągnięcia Twoich celów, przyjmując, że masz nieograniczoną odwagę i dyscyplinę?

Zalety bezpośredniego podejścia

Istnieje wiele pozornie trudnych problemów, które mają bardzo proste, bezpośrednie rozwiązania. Prawdziwym wyzwaniem jest stać się taką osobą, która potrafi wprowadzać najbardziej bezpośrednie rozwiązania zamiast zmuszać się do wybierania okrężnej drogi z powodu lenistwa czy nieśmiałości. Oto dlaczego praca nad rozwojem osobistym, a zwłaszcza budowaniem odwagi i samodyscypliny, jest jedną z najlepszych technik rozwiązywania problemów. Problemy, które kiedyś wydawałyby się nie do przeskoczenia, stają się o wiele łatwiejsze do rozwiązania kiedy tylko weźmiesz się za pracę nad sobą. Coraz lepiej opanowujesz sztukę stosowania bezpośrednich rozwiązań zamiast uciekania się do pośrednich.

Jednym z najlepszych przypadków w których pomogła mi metoda bezpośredniego podejścia była zmiana w karierze, kiedy w 2004 r. przerzucałem się z produkcji gier komputerowych na tematy związane z rozwojem osobistym. Zadałem sobie pytanie: co bym robił, gdybym był już na emeryturze? Odpowiedź: najwięcej czasu spędzałbym czasu pracując nad rozwojem osobistym z innymi ludźmi zorientowanymi na rozwój. Właśnie tym zajmowałem się wtedy w czasie wolnym od pracy. Zrozumiałem, że prowadziłem biznes aby generować dochód tylko po to żeby opłacić rachunki, a następnie w wolnym czasie wziąć się do pracy nad rozwojem osobistym. Wyglądało mi to na niepotrzebnie okrężną drogę. Dlaczego nie miałbym po prostu wyeliminować pośrednika? Pomyślałem czy nie byłoby sprytniej pracować nad rozwojem osobistym na pełen etat i znaleźć sposób, żeby z tego opłacać swoje rachunki?

Zidentyfikowałem bardziej bezpośrednie rozwiązanie, ale  wymagało ono oczywiście odwagi, dyscypliny i kreatywności. Nie miałem wątpliwości, że to zadziała jeżeli tylko spróbuję. (Pomijam szczegóły, ale myślę że chwytasz o co chodzi.) Powstał więc nowy problem: jak wykrzesać wewnętrzne zasoby niezbędne do wprowadzenia tego w życie? Gdy spróbowałem poradzić sobie z tym problemem, rezultaty były dość nieoczekiwane. Okazało się, że nie było aż takiej potrzeby rozbudowywania wewnętrznych zasobów. Musiałem tylko zechcieć je zastosować.

Dlaczego opieramy się bezpośrednim rozwiązaniom

Jest w bezpośrednich rozwiązaniach coś pokrzepiającego – wiesz, że to zadziała; ale jest też coś niepokojącego. Gdy masz przed nosem jaskrawo oczywiste bezpośrednie rozwiązanie i nie wprowadzasz go chociaż wiesz że jest dobre, to musisz się zatrzymać i zadać sobie takie pytanie: „Dlaczego powstrzymuję się przed rozwiązaniem tego problemu, gdy rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki?” Jeżeli rzeczywiście poświęcisz temu pytaniu trochę uwagi, możesz dojść do ciekawych wniosków.

Jeśli o mnie chodzi, to musiałem zastanowić się czy jestem gotów ciężko pracować na pożądany rezultat. A może wolę pójść łatwiejszą drogą? Dostrzegłem że od osiągnięcia celu oddzielało mnie tylko określenie czy chcę zainwestować w jego realizację własny czas i wysiłek. Prowadzenie biznesu z grami szło mi już z łatwością i nie musiałem pracować zbyt ciężko by uzyskiwać z tego dochód. Trzeba było podjąć decyzję czy chcę wejść na nowy poziom działania. Kiedy już uczciwie stwierdziłem że chcę to zrobić, mogłem zabrać się do dzieła i wprowadzić bezpośrednie rozwiązanie. Ale dopóki myślałem: „Musi być prostszy sposób.” albo „Nie jestem pewien czy chcę wykonać tyle pracy.”, wszystkie rozwiązania (bezpośrednie i pośrednie) mi umykały.

Rozważ jakieś bezpośrednie rozwiązanie z własnego życia. Zatrzymaj się i zadaj sobie pytanie: „Czy chcę to zrobić? Czy chcę być osobą, która potrafi wprowadzić to rozwiązanie?”

Co by to oznaczało, gdybyś stwierdził, że nie chcesz być osobą która wprowadziłaby bezpośrednie rozwiązanie? Czy mówisz, że wolałbyś być osobą niekreatywną, niezdyscyplinowaną i nieśmiałą zamiast kreatywnej, zdyscyplinowanej i odważnej? Kiedy bierzesz się za te kwestie i rozważasz je świadomie, trudno stwierdzić że wolałeś pozostawać taką osobą która musi zadowalać się wolniejszymi, bardziej pośrednimi rozwiązaniami, a czasami brakiem jakiegokolwiek rozwiązania w ogóle. Ale tak to wygląda, gdy odrzucasz bezpośrednie rozwiązanie, prawda?

Musisz dokonać ważnego wyboru i zdecydować jakim człowiekiem chcesz być. Chcesz być odważny, zdyscyplinowany, kreatywny i wytrwały – czy nie? Uważasz, że to są dobre cechy do rozwijania w sobie? Jeżeli nie, to z braku lepszego wyboru zostaje Ci w sumie tylko przyjąć ich przeciwieństwa. Czy właśnie to chcesz zrobić?

Podejście bezpośrednie a Prawo Przyciągania

A co ze stosowaniem Prawa Przyciągania? Czy jest to częścią bezpośredniego rozwiązania? To zależy od problemu.

Rozważ taki prosty przykład. Prostym ćwiczeniem z manifestacji jest spróbować zamanifestować niebieskie pióro gdzieś w swojej rzeczywistości. Podtrzymujesz intencję zobaczenia w jakimś momencie niebieskiego pióra – w przeciągu najbliższej doby. Jakie jest najbardziej bezpośrednie rozwiązanie dla tej intencji? Czy jest nim czekanie cierpliwie i pozwolenie wszechświatowi by w jakiś sposób Ci je przyniósł? Czemu nie skorzystać po prostu z wyszukiwarki obrazów Google? Znajdziesz niebieskie pióro w ciągu paru sekund. Problem rozwiązany. Następny proszę.

Wielokrotnie gdy ludzie próbują zastosować Prawo Przyciągania, jednocześnie opierają się przed wprowadzeniem najbardziej bezpośredniego rozwiązania swojego problemu. Jak dla mnie, to jest mieszana intencja. Jeżeli naprawdę pożądasz czegoś wystarczająco mocno, dlaczego u licha chciałbyś odrzucać najprostszą drogę do tego? Czy nie oznacza to, że tak naprawdę tego nie chcesz? A może nie chcesz stać się osobą, która mogłaby to dostać? Jeżeli masz już przed sobą bezpośrednie rozwiązanie, gapiące Ci się prosto w oczy, i nie wprowadzasz go, powiedziałbym, że stosujesz raczej Prawo Odrzucenia niż Prawo Przyciągania.

Sensem Prawa Przyciągania jest podtrzymać intencję by odkryć bezpośrednie rozwiązanie problemu. Gdy już znasz to rozwiązanie, Prawo Przyciągania wykonało swoją robotę. Twoją robotą jest wprowadzić rozwiązania, które przyciągnąłeś.

Kiedy trudno Ci rozwiązać jakiś problem mimo, że stosunkowo łatwo możesz określić bezpośrednie rozwiązanie, być może prawdziwy problem tkwi zupełnie w czym innym niż Ci się wydaje.

Źródło: The Most Direct Solution to Any Problem

Skończyć studia w 3 semestry – 10 porad dla studentów

Po napisaniu artykułu o zarządzaniu czasem pt. „Zrób to teraz”, który oparty był na moich doświadczeniach z ukończenia dwóch fakultetów w trzy semestry, otrzymałem wiele dodatkowych pytań od studentów. Oto 10 rad przygotowanych, żeby pomóc Ci stworzyć produktywną i niezapomnianą studencką przygodę… a przede wszystkim, żebyś intensywnie wykorzystał ten okres Twojego życia.

1. Odpowiedz sobie na pytanie: „Dlaczego idę na studia?”

Wielu studentów naprawdę nie ma jasnego powodu by tam być, poza tym, że lepszego pomysłu nie mają. Zapożyczają od rodziny i rówieśników takie cele, ale nie są to ich własne marzenia.  Właśnie w ten sposób ja zacząłem studia. Ty też?

Jak już wcześniej wspominałem tu na blogu, sprawa z „trzema semestrami” to nie był mój pierwszy raz na studiach. Wcześniej poszedłem na uniwersytet bez odpowiedniego podejścia do zjawienia się tam. W szkole średniej byłem uczniem jadącym na samych piątkach, przewodniczącym klubu matematycznego i kapitanem akademickiej drużyny dziesięcioboistów. Siła rozpędu ciągnęła mnie do przodu – i choć nigdy naprawdę nie zastanowiłem się czy tego właśnie chcę, znalazłem się w sytuacji, gdzie przede mną były kolejne cztery lata szkoły. Wtedy wyglądało to na dobry pomysł, ale po prostu wkładałem w to serca. Konsekwentnie sabotowałem siebie na wielką skalę. Porzuciłem zajęcia i zacząłem „kształcić się” w zakresie imprez i alkoholu. Najwidoczniej ktoś w dziekanacie był uprzedzony wobec studentów ze średnią w okolicach zera, bo wkrótce wyleciałem.

Tamto doświadczenie nieźle mnie zdezorientowało. Byłem zupełnie zdołowany przez jakieś pół roku, kiedy to głównie grałem na komputerze. Ostatecznie, w próbie powrotu na ziemię, zacząłem pracować w sprzedaży detalicznej i starałem się usunąć się w cień, w tym czasie próbując „odnaleźć siebie”. To właśnie wtedy zaczęło się budzić moje zainteresowanie rozwojem osobistym, co konkretnie się opłaciło. Rok później byłem gotów do powrotu na studia i zacząłem od nowa. Tyle, że tym razem wiedziałem, po co tam jestem. Chciałem być programistą, i chciałem uzyskać tytuł z informatyki (później dodałem jeszcze matematykę). Ale to nie było wszystko. Wiedziałem, że jestem w stanie osiągnąć o wiele więcej i chciałem się wybić. Chciałem stworzyć najbogatsze doświadczenie, na jakie było mnie stać. W moim przypadku oznaczało to naprawdę napięty harmonogram.

Twoje cele związane ze studiami będą prawdopodobnie inne niż moje. Jakie to cele? Dlaczego tam jesteś? Jeżeli nie wiesz – przez „wiesz” rozumiem, że naprawdę to czujesz – to nie masz centralnego punktu Twojego doświadczenia. Równie dobrze wcale mogłoby Cię tam nie być. Co jest doświadczeniem, które brzmi prawdziwie dla Ciebie? Czego chcesz się tam nauczyć? Czego chcesz doświadczyć?

2. Wyobraź sobie swoje idealne studenckie przeżycie

Kiedy już określisz konkretnie po co idziesz na studia, wyobraź sobie idealny tego rezultat. Pozwól, by wynikało to z przyczyny Twojego tam pobytu. Czy już zacząłeś studia, czy nie, zatrzymaj się i po prostu zapisz parę cech swojego idealnego przeżycia. Opisz to tak dokładnie, jak potrafisz.

Zanim ja wróciłem do szkoły, spędziłem całe godziny wyobrażając sobie przeżycie, jakiego chciałem doświadczyć. Widziałem siebie poddanego wyzwaniom, ale radzącego sobie z tym łatwo i bez nerwów. Widziałem siebie zdobywającego nowych przyjaciół. Widziałem siebie naprawdę świetnie się bawiącego. Przede wszystkim wyobrażałem sobie bardzo zrównoważone doznania – mieszaninę studiów, aktywności, towarzystwa i zabawy. Słowem, którego używałem, było „bogactwo”.

To był naprawdę ważny krok. Wtedy nie rozumiałem mechanizmu, ale wstępnie programowałem siebie na powodzenie. Kiedykolwiek napotykałem przeszkody, moja idealna wizja była tak bardzo pociągająca, że zawsze byłem w stanie znaleźć sposób, by dostać to czego chciałem. Stałem się współtwórcą swojego przeżycia zamiast być jego bierną ofiarą.

Wizualizacja pozwala Ci popełniać błędy „z góry”. Jeżeli nie możesz stworzyć jasnej wizualizacji, Twoje przeżycia będą równie niewyraźne. Ulepszaj swoją wizualizację dopóki nie zacznie Cię inspirować.

W prawdziwym życiu oczywiście ziści się to inaczej niż sobie wyobrażasz. Sensem wizualizacji nie jest przewidywanie przyszłości czy ograniczenie swojej wolności wyboru później. Sensem jest zapewnienie Ci większej jasności co do decyzji podejmowanych w tej chwili. Twoja idealne, dopracowane wyobrażenie służy za mapę, która poprowadzi Cię przez zatrzęsienie możliwości.

3. Uczęszczaj na co najmniej jedne dodatkowe zajęcia w każdym semestrze

Studenci uczeni są, że 12-15 godzin tygodniowo to „pełny” plan, ale tak lekki plan na pewno nie jest pełny. Osoba pracująca na pełnym etacie poświęca na pracę 40 i więcej godzin tygodniowo, a studenci cieszą się wszelkimi możliwymi wolnymi dniami (plus przerwa wiosenna, ferie zimowe i letnie wakacje). Jeżeli zamierzasz spędzić na studiach cztery czy więcej lat, weź dodatkowe kierunki albo pracuj na boku. Nie daj się przekonać, że masz poruszać się w ślimaczym tempie ot, bo wszyscy tak robią.

Możesz pomyśleć, że 12-15 godzin tygodniowo ma odpowiadać czterdziestu godzinom pracy ze wszelkimi pracami domowymi i studiowaniem poza szkołą, ale to funkcjonuje w ten sposób tylko kiedy funkcjonujesz bardzo niewydajnie (co niestety tyczy się większości ludzi). Jeżeli zastosujesz parę porad na oszczędzanie czasu przedstawionych poniżej, to 15 godzin powinno wymagać jedyni paru dodatkowych godzin poza szkołą, by wypełnić wszelkie zobowiązania. Oczywiście nie mógłbym wziąć 31-39 godzin tygodniowo gdybym zamierzał poświęcać dwa razy tyle czasu na prace domowe. Nie osiągnąłem sukcesu przez przepracowywanie się.

Jeśli jesteś ponadprzeciętnym studentem, możesz z pewnością dać sobie radę z ponadprzeciętnym planem. Czasem nie wiemy na ile nas stać, dopóki trochę się nie przyciśniemy. Jeśli uważasz, że jesteś w stanie poradzić sobie z 15 godzinami zajęć tygodniowo, weź 18 czy 21. Z łatwością możesz w swoim planie uzbierać cały rok oszczędności. Albo możesz dorzucić przedmiot dodatkowy czy dwa razy szybciej zrobić główny.

A co z warunkami zaliczeń? W większości przypadków po prostu je ignorowałem, i szczęśliwie w mojej szkole nie byłem do tego specjalnie zmuszany. Odkryłem, że w większości przypadków gdy podane są warunki, skierowane są one do studentów poniżej przeciętnej. Nie pozwól, by bezsensowna biurokracja spowolniła Cię, jeśli chcesz skończyć studia szybciej. Zawsze jest na to jakiś sposób – zazwyczaj jest to kwestia zdobycia jakiegoś przypadkowego formularza z podpisem osoby zbyt znudzonej, by zastanawiać się czy nie powinno być inaczej. Uśmiech i komplement pozwalają daleko zajść.

Zgodnie z prawem wymuszonej skuteczności, jeśli weźmiesz na siebie więcej, będziesz w stanie znaleźć sposób na zrobienie tego wszystkiego przy wykorzystaniu czasu, który masz do dyspozycji. Tak więc jeśli nie będziesz rzucał sobie małych wyzwań, ten dodatkowy czas przepłynie Ci przez palce.

Myślę, że prawdziwą korzyścią z napiętego planu nie jest to, że skończysz studia wcześniej. Prawdziwą korzyścią jest to, że cieszyć się będziesz bogatszymi przeżyciami. Wzięcie pięciu przedmiotów zamiast czterech oznacza więcej nauki, więcej osiągnięć – i więcej znajomych. A który pracodawca nie byłby zainteresowany studentem, który skończył studia wcześniej, niż jego rówieśnicy? Tego typu rzeczy wyglądają świetnie w CV.

4. Ustanawiaj jasne cele dla każdego przedmiotu

Decyduj, co chcesz wynieść z każdego konkretnego przedmiotu. Czy jest to zagadnienie, którego bardzo chcesz się uczyć? Czy chcesz skierować się do tego nauczyciela po referencje? Czy jest to wymagany przedmiot, który musisz wziąć, ale który poza tym Cię nie interesuje?

Moje cele dla poszczególnych przedmiotów określały, jak często się na nich pojawiałem, czy siadałem z przodu czy z tyłu, jak aktywnie brałem udział w zajęciach, i jakiego rodzaju relację starałem się nawiązać z nauczycielem.

Na niektórych przedmiotach chciałem opanować materiał. Na innych po prostu chciałem mieć piątkę. A po jeszcze innych chciałem ustawić się w kolejce po lśniące listy referencyjne od entuzjastycznie nastawionych wykładowców, których językiem ojczystym był angielski (by listy były bardzo interesujące i przekonujące).

Moja mama przez dekady była akademickim nauczycielem matematyki. W domu opowiadała o studentach których ledwie znała, a którzy prosili ją o listy referencyjne. Wielokrotnie zmuszona była im odmawiać, bo po prostu nie miała o nich nic przekonującego do powiedzenia. Z drugiej strony, cieszyła się mogąc wesprzeć tych studentów, którzy wkładali w naukę poważny wysiłek. Większość nauczycieli chce Ci pomóc, ale musisz pozwolić im ujrzeć Twoje silne strony. Nawet jeśli nie będziesz miał piątki z danego przedmiotu, wciąż możesz dać wykładowcy masę materiału na świetny list polecający, jeśli aktywnie bierzesz udział w zajęciach i okazujesz szacunek nauczycielowi.

Nie ma to nic wspólnego z próbami zmanipulowania swoich wykładowców by kłamali na Twoją korzyść. Prosta prawda jest taka, że jakość listu polecającego ostatecznie sprowadza się do tego, jak bardzo wykładowca Cię szanuje. Nie stawiaj się w desperackiej sytuacji gdzie musisz prosić o referencje nauczyciela, który nawet Cię nie pamięta – albo gorzej, takiego, który ma o Tobie nie najlepsze zdanie. Przygotuj się zawczasu na sukces.

Jeden z profesorów dowiedział się o moim napakowanym planie zajęć i zainteresowało go w jaki sposób sobie z tym radzę. Odbyliśmy bardzo miłą rozmowę o technikach zarządzania czasem. Miałem z tym profesorem trochę zajęć z programowania i na wszystkich błyszczałem. Doszedłem do wniosku, że był wspaniałym nauczycielem, miałem do niego wielki szacunek, i całkiem lubiłem jego zajęcia. Gdy przyszło do poproszenia go o referencje, napisał jeden z najbardziej pochlebnych listów jakie można sobie wyobrazić („najlepszy student, jakiego spotkałem w mojej karierze” itd.).

Z drugiej strony, miałem pewnych wykładowców, którzy byli otwarcie podli. Nie chodziłem na ich zajęcia, a materiału uczyłem się z podręcznika. Oczywiście później nie szukałem ich wsparcia.

Czasem osiągniesz swoje cele, czasem nie. Nawet jeżeli dasz z siebie wszystko, wciąż może Cię spotkać niepowodzenie. Możesz spotkać wykładowców, którzy będą niesprawiedliwi, leniwi, seksistowscy, rasistowscy czy w inny sposób niekompetentni. Moja żona miała otwarcie seksistowskiego profesora, który nigdy nie dawał studentkom oceny wyższej niż cztery, nieważne jak dobrze by sobie radziła. Mówił rzeczy w stylu: „Jeśli jesteś mężczyzną, musisz ciężko pracować na tych zajęciach. Jeśli jesteś kobietą, po prostu wpadnij po godzinach do mojego biura.” W końcu wysunięto przeciw niemu zarzuty o molestowanie seksualne. Musisz wybierać swoje bitwy. W niektórych warto walczyć, inne najlepiej zignorować. Posiadanie jasnych celów pomoże Ci odróżnić która jest która.

5. Eliminuj bezlitośnie

Nie potrzebujesz wkładać takiego samego wysiłku w każdy przedmiot. Dorzuć extra staranie, gdy jest to dla Ciebie ważne, ale spokojnie dawaj sobie nieco luzu na przedmiotach którym – na podstawie swoich konkretnych celów – przypisujesz niski priorytet. Dla mnie był to ważny sposób na zachowanie energii. Nie mogłem ciągnąć wszystkich zajęć na pełnym gazie, bo inaczej wypaliłbym się, więc inwestowałem moją energię tam, gdzie miało to największe znaczenie.

W planie każdego studenta niektóre zajęcia są kluczowe, podczas gdy inne błahe. W ciągu typowego tygodnia opuszczałem około 40% moich zajęć bo po prostu nie musiałem tam być. Na niektórych zajęciach obecność była konieczna, ale na innych nie robiła większej różnicy. W razie potrzeby mogłem po prostu wziąć notatki od innego studenta, czy też nauczyć się materiału z podręcznika. Jeśli chodzenie na dane zajęcia nie było dla mnie konieczne (zależnie od moich celów dla tego przedmiotu), zazwyczaj opuszczałem je. Oszczędziło mi to wiele czasu i powstrzymało przed siedzeniem w klasie przez cały dzień. Czasem po prostu wyskakiwaliśmy ze znajomymi coś zjeść, żeby dać sobie dodatkową przerwę.

Eliminowałem też pojedyncze zadania. Kiedy czułem, że zadanie było kiepskie, bezcelowe czy niepotrzebnie nudne, i gdy nie miało to zbyt negatywnego wpływu na moją ocenę, zazwyczaj je sobie darowałem. Pewnego razu zadano mi nudny referat, który przekładał się na 10% mojej oceny. Naprawdę nie chciałem go robić, a wymagało to o poświęcenia wiele więcej godzin niż według mnie było warte. Z tego przedmiotu wychodziła mi piątka, a gdybym nie wykonał tego zadania, spadłbym na pięć minus. Tak więc z szacunkiem powiedziałem profesorowi, że rezygnuję z zadania i że uważam, iż otrzymać 5- by móc zainwestować te godziny w co innego to uczciwa wymiana. On mnie już znał i rozumiał moje pobudki. Wystawił mi 5-, a dla mnie to było w porządku. To rzeczywiście była uczciwa wymiana. Tak naprawdę to spoglądając wstecz żałuję że nie postępowałem w ten sposób częściej.

Czasem nauczyciele robią się trochę zbyt radośni jeśli chodzi o prace domowe i serwują zadania które naprawdę nie uzasadniają wysiłku. Jednak to Ty jesteś odpowiedzialny za swoje akademickie przeżycie, nie Twoi nauczyciele. Nie przyjmuj, że musisz wykonać każde zadanie tylko dlatego, że nauczyciel uważa to za dobry pomysł. Ty bądź sędzią w zgodzie ze swoimi własnymi powodami do studiowania. Upewnij się tylko, że dobrze rozważyłeś konsekwencje swojej decyzji.

Podkradając czas z zadań o niskim priorytecie byłem w stanie zainwestować go więcej w prawdziwe klejnoty. Niektóre twórcze zadania nauczyły mnie wiele. Zazwyczaj pasjami nie znosiłem projektów grupowych, ale była jedna szczególna grupa gdzie zespół naprawdę dawał radę. Ogromnie to lubiłem i dużo się tam nauczyłem.

Fajną techniką eliminowania niepotrzebnych spraw był „timeboxing”. Oceniałem jaka ilość czasu była uzasadniona na dane zadanie, a potem wykonywałem najlepszą robotę jaką byłem w stanie, mieszcząc się w przydzielonym czasie. Tak więc kiedy miałem do napisania dziesięciostronicową pracę na temat europejskiej historii, mogłem poświęcić na to w sumie 8 godzin. Rozdzielałem tych 8 godzin na wybór tematu, planowanie, pracę w bibliotece, przygotowanie szkicu, pisanie i korektę, a później starałem się jak umiałem by zmieścić się w tym czasie. Był to świetny sposób by powstrzymać się od przedobrzenia z projektem który tego nie wymagał.

W pewnym sensie była to moja własna metoda na równoważenie obciążenia. Niektóre z Twoich zadań nie będą zrównoważone w sensie, że wydają się wymagać niedorzecznej ilości wysiłku w porównaniu z tym, jak przekładają się na Twoją ocenę czy jak wiele Ty spodziewasz się na nich skorzystać. Czasem dochodziłem do wniosku, że po prostu nie ma uzasadnienia dla wysiłku pisania pracy na piątkę. Być może oceniałem, że wykonanie pracy na piątkę zajęłoby mi 20 godzin, a tylko 10 godzin wykonanie pracy na czwórkę. I jeżeli zadanie przekładało się na jedynie 10% mojej oceny, ewentualnie mogłem zaakceptować tu czwórkę. W tamtym czasie często myślałem w ten makiaweliczny sposób, i często ku swojemu zaskoczeniu odkrywałem, że moje czwórkowej jakości prace i tak wracały z piątką.

6. Rozpoczynaj wcześnie każdy dzień

Pisałem wcześniej o korzyściach płynących z wyrobienia sobie nawyku wczesnego wstawania. Będąc na studiach nie wstawałem o piątej rano, ale zazwyczaj wstawałem około szóstej-siódmej. Odkryłem, że wczesne rozpoczynanie każdego dnia pomagało mi doprowadzać więcej zadań do końca, nie tylko z rana, ale też w ciągu dnia. Zaczynałem każdy dzień 25-minutową przebieżką, po której brałem prysznic i jadłem śniadanie. Ta prosta poranna rutyna sprawiała, że wychodziłem z domu rześki i pełen energii.

Skłamałbym mówiąc, że wstawałem rano, bo tego chciałem. To naprawdę wynikało z konieczności. Miałem wiele porannych zajęć, włączając w to wykłady o 7:30 przez jeden semestr. Ale cieszę się, że tak robiłem, ponieważ gdybym nie miał tamtych porannych zajęć, po prostu spałbym więcej niż potrzebowałem. Nawet jeżeli nienawidzisz porannych zajęć, możesz odkryć tak jak ja, że jesteś o wiele bardziej produktywny jeżeli mimo wszystko uwzględnisz je w swoim planie.

7. Odzyskuj czas tracony podczas zajęć

Powiedzmy to sobie szczerze. Nie każde zajęcia będą wymagały od Ciebie najwyższej koncentracji. Czasem wykład to zwykła paplanina nauczyciela. Czasem powtarzają w kółko to, co już wiesz. Jaki procent czasu zajęć wymaga Twojej pełnej, skupionej uwagi? Na niektórych zajęciach będzie to 90%. Na innych to 20%. Jeśli nie uczysz się aktywnie podczas zajęć, marnujesz czas. Jeżeli wykład jest rzeczywiście wymagający, usiądź z przodu i pochłaniaj każde słowo. Ale jeżeli wykład nie stanowi dla Ciebie wyzwania, to siądź z tyłu, zrób pracę domową na inny przedmiot, i spójrz tylko od czasu do czasu czy pojawiło się cokolwiek wartego zanotowania. Miej zawsze otwartą książkę, wtedy gdy twój radosny profesor odpłynie z kolejnymi wspominkami o latach ’60, Ty będziesz miał coś pożytecznego do roboty.

To jest zaskakująco dobry lek na nudę. Jeśli profesor mówił jednostajnym głosem, wszystkich usypiając, ja pracowałem nad zadaniami z programowania. Zazwyczaj rozpisywałem je na kartce, a następnie szedłem do sali komputerowej między zajęciami i przepisywałem. W ten sposób nie miałem potrzeby spędzania wiele czasu na laboratoriach, czasem wystarczyło 10-15 minut, jeśli mój program za pierwszym razem zadziałał dobrze.

Będziesz zachwycony tym, jak wiele czasu możesz uwolnić, stosując tę metodę. Byłem w stanie zrobić masę moich zadań na zajęciach (ale zazwyczaj nie na zajęciach, z których były te zadania). Jeżeli właśnie teraz jesteś w szkole, rzucam Ci wyzwanie: przekonaj się, jak wiele prac domowych możesz zrobić dziś w czasie swoich zwykłych zajęć. Następnie oceń, ile godzin oszczędzisz każdego tygodnia dzięki takiemu zwyczajowi. To się naprawdę zbiera do kupy.

Nie możesz bez przerwy koncentrować się maksymalnie, nie zapominaj więc o przerwach. Kiedy jednak potrzebujesz przerwy, niech będzie to prawdziwa chwila wytchnienia. Ja zazwyczaj pomiędzy wykładami medytowałem czy ucinałem sobie drzemkę na trawie aby podładować baterie. Używałem budzika w zegarku by dać sobie sygnał do wstania i dalszego działania. Te przerwy były bardzo wzmacniające i mogłem po nich iść na kolejne zajęcia znów w pełnej gotowości. Nigdy nie pracowałem jednostajnie przez cały dzień. Pracowałem falami od pełnej koncentracji po pełen relaks, każdego dnia wielokrotnie powtarzając takie cykle.

8. Opanowuj materiał od razu, gdy jest wprowadzany

Jeden z największych marnotrawców czasu w szkole to konieczność ponownego uczenia się czegoś, czego nie opanowałeś odpowiednio za pierwszym razem. Gdy studenci mówią, że studiują, w większości przypadków nadrabiają wcześniejsze niepowodzenia w opanowywaniu materiału.

W produkcji oprogramowania powszechnie wiadomo, że błędy należy usuwać jak najszybciej po ich ujawnieniu się. Czekanie z poprawkami do końca projektu może oznaczać 50 razy większy wysiłek niż byłby konieczny do usunięcia błędu gdy został zauważony po raz pierwszy. Nieopanowywanie tego, czego niby jesteś uczony każdego dnia jest poważnym błędem. Nie próbuj układać stosów nowej wiedzy na niestabilnych podstawach, gdyż jeszcze więcej czasu zabierze uporządkowanie tego później.

Jeżeli nie zrozumiałeś czegoś, co było na dzisiejszych zajęciach, potraktuj to jako błąd, który musi zostać naprawiony tak szybko, jak to możliwe. Nie odkładaj tego. Nie ładuj na to kolejnego materiału. Jeżeli nie rozumiesz słowa, pojęcia czy lekcji, rzuć wszystko i zrób to, co konieczne, by uzupełnić wiedzę zanim pójdziesz dalej. Zadawaj pytania na zajęciach, poproś innego studenta by Ci to wytłumaczył, czytaj i jeszcze raz czytaj podręcznik, i/lub odwiedź profesora na konsultacjach, ale naucz się tego choćbyś miał stanąć na głowie.

Normalnie z matematyki byłem asem, może dlatego, że moja mama jest uniwersyteckim nauczycielem matematyki która na wykłady z analizy matematycznej chodziła będąc ze mną w ciąży. Ponadto mój tata był inżynierem lotniczym, więc pewnie mam do tego geny. Ale było parę tematów, które okazały się dla mnie niezrozumiałe, gdy wprowadzono je po raz pierwszy: wartości własne i wektory własne macierzy. Jeśli chodzi o naukę, to zdecydowanie jestem wzrokowcem, co normalnie na studiach jest zaletą, ale te abstrakcyjne pojęcia były dla mnie trudne do zwizualizowania. Wiele innych osób na tych zajęciach również miała z nimi trudności. Zainwestowałem dodatkowy wysiłek niezbędny do załapania tych pojęć i dostałem z wykładu piątkę, ponieważ potraktowałem problem, jaki mi to sprawiało, jako błąd, który musiał być naprawiony natychmiast. Studenci, którzy pozwolili by ich niepewność trwała, stawali się coraz bardziej i bardziej zagubieni, gdy kurs postępował, a zakuwanie pod koniec nie było w stanie zapewnić pełnego zrozumienia. Zupełnie tak, jak błędy programistyczne, niepewność wiedzy mnoży się pozostawiona sama sobie, więc kończ z nią tak szybko, jak to możliwe. Jeżeli nie jesteś pewien co do jakiegokolwiek materiału, którego Cię uczą, masz przed sobą błąd wymagający naprawienia. Nie ruszaj dalej, dopóki nie będziesz mógł powiedzieć sobie uczciwie: „Tak, rozumiem to… co dalej?”.

W idealnej sytuacji nie powinno być potrzeby nauki poza zajęciami, przynajmniej w sensie ponownego uczenia się materiału, którego nie opanowałeś za pierwszym razem. Możesz powtarzać wcześniejszy materiał by odświeżyć sobie pamięć, ale nie powinieneś być zmuszony do poświęcenia choćby minuty swojego czasu na ponowną naukę czegoś, czego uczono miesiąc czy dwa wcześniej.

W czasie sesji byłem prawdopodobnie najmniej zestresowanym studentem ze wszystkich. Nie musiałem się uczyć, bo gdy nadchodził egzamin końcowy, w moim umyśle kurs był już zakończony. Test był tylko formalnością. Gdy wszyscy inni zakuwali, ja byłem w galerii handlowej i grałem w gry wideo. Już wcześniej opanowałem materiał i wykonałem wszystkie zadania (przynajmniej te, które miałem zamiar zrobić). Co najwyżej wieczorem przed testem spędzałem trochę czasu na przeglądaniu swoich notatek by odświeżyć sobie materiał. Czyż nie tak studiowanie powinno działać? W przeciwnym razie, jaki jest sens chodzenia na zajęcia przez cały semestr?

Podczas każdego semestru zadawaj sobie to pytanie: czy jestem w tej chwili gotów do odpowiedzi ze wszystkiego, czego dotychczas mnie uczyli? Jeżeli Twoja odpowiedź kiedykolwiek będzie brzmiała „nie”, to znaczy, że masz zaległości i musisz nadgonić je natychmiast. W idealnej sytuacji powinieneś być w stanie odpowiedzieć na to pytanie „tak” przynajmniej raz w tygodniu, dla każdego przedmiotu.

Nawet niewielkie zaległości są bardzo stresujące w ogromnym stopniu przyczyniają się do marnowania czasu. Po pierwsze, musisz cofać się i ponownie uczyć się starego materiału, gdy reszta grupy poszła już do przodu. Po drugie, nie możesz nauczyć się nowego materiału tak dobrze, gdy opiera się on na starym materiale, gdyż brakuje Ci solidnej bazy, więc w efekcie zbierasz jeszcze większe i większe zaległości. Potem, gdy nadchodzi koniec semestru, kończysz z koniecznością uczenia się wszystkiego od nowa. Ale ponieważ wkuwasz w ostatniej chwili, po sesji tak czy inaczej wszystkiego zapominasz. Jaki jest sens takiej głupoty? To jak nadużywanie karty kredytowej, za którą naliczają Ci 25% odsetek. W końcu będziesz musiał to spłacić, i to na dłuższą metę będzie Cię kosztować o wiele więcej czasu.

Włóż ten wysiłek w opanowanie materiału wystarczająco dobrze, by ze wszystkich swoich przedmiotów móc dostać piątkę. To się zwróci. Wiele materiału, którego się uczysz, będzie opierać się na wcześniejszym. Jeśli dostaniesz piątki na początkowych kursach, będziesz dobrze przygotowany do dokładania sobie nowej wiedzy na drugim roku. Ale jeżeli na pierwszym roku będziesz jechał na trójach, już zaczynając drugi rok opierasz się na niestabilnej podstawie, utrudniając sobie znacznie podciągnięcie ocen i prawdziwe opanowanie materiału. Uczyń solidne piątki swoim celem dla każdego semestru. Na dłuższa metę jest to o wiele łatwiejsze. Odkryłem, że trójkowi studenci musieli pracować o wiele ciężej niż ja, zwłaszcza na wcześniejszych i późniejszych latach, ponieważ oni zawsze bawili się w nadrabianie. Pomimo, że mój plan był przepełniony, nie był dla mnie stresujący bo z każdym przedmiotem trzymałem się na czele. Konsekwentnie, miałem masę czasu na zabawę, gdy inni studenci doświadczali wiele stresu, ponieważ stale czuli się nieprzygotowani.

9. Opanuj zaawansowane techniki pamięciowe

Jednym z kluczy do uczenia się materiału gdy jest on wprowadzany po raz pierwszy jest wyćwiczenie się w zaawansowanych technikach pamięciowych. Często z nich korzystałem na zajęciach, które wymagały po prostu wkucia pewnych faktów, włączając w to nazwiska, daty czy wzory matematyczne. Jeżeli nauczyciel pisał na tablicy coś, co miało być zapamiętane w dosłownej formie na nadchodzący egzamin, zapamiętywałem to tu i teraz. Dzięki temu nie musiałem się cofać i studiować tego później.

Z pewnością spotkałeś się z prostymi technikami zapamiętywania, takimi jak użycie zdania „Czemu Patrzysz Żabo Zielona Na Głupiego Fanfarona” by zapamiętać kolejność kolorów tęczy. Sztuczki tego typu działają dobrze w pewnych sytuacjach, ale są bardzo w stylu szkoły podstawowej. Istnieją o wiele bardziej wydajne techniki wizualne. Dwie, na których w szkole opierałem się najbardziej, to metoda łańcuchowa i szufladkowanie.

Szczegółowe wytłumaczenie tych technik wykracza poza zakres tego artykułu, ale możesz znaleźć wiele książek na temat poprawiania pamięci, jak na przykład „Sekrety Superpamięci” Harry’ego Lorrayne’a. Zalecam uczenie się z książki, ponieważ w ten sposób krok po kroku budujesz sobie solidną podstawę.

Te techniki pozwolą Ci zapamiętywać informacje bardzo szybko. Na przykład przy użyciu szufladkowania jestem zazwyczaj w stanie zapamiętać listę 20 przedmiotów w około 90 sekund i przypominać ją sobie doskonale nawet tygodnie później. Specjaliści od tej techniki są jeszcze szybsi. Może to robić każdy – to tylko kwestia treningu.

Dziś wciąż korzystam z tych technik. Metoda łańcuchowa pozwala mi zapamiętywać wizualnie moje przemówienia. Kiedy przemawiam, moja przez moją wyobraźnię przewija się „film”, który sobie stworzyłem podczas gdy ja w locie dobieram słowa pasujące do obrazów. To jak narracja do filmu. Moje przemówienie nie jest zapamiętane słowo po słowie, więc brzmi naturalnie i spontanicznie i może być w locie zaadaptowane do sytuacji. Zapamiętywanie wizualne jest o wiele szybsze i solidniejsze niż próby zapamiętywania słowo po słowie. Jeżeli zapamiętasz przemówienie słowo po słowie i zapomnisz jednego zdania, może Cię to naprawdę wytrącić z rytmu. Ale mając serię obrazów łatwiej jest przeskoczyć do następnej klatki, jeżeli popełnisz błąd. Nasze mózgi są dostosowane lepiej do zapamiętywania wzrokowego niż do fonetycznego.

Nie polecam zapamiętywania przez powtarzanie, bo jest to o wiele zbyt wolne. Metoda szufladkowa i łańcuchowa nie wymagają powtarzania – pozwalają Ci one na solidne zapamiętanie informacji za jednym podejściem, zazwyczaj w ciągu sekund. Wada jest taka, że opanowanie tych dwóch metod wymaga wiele wcześniejszego ćwiczenia, ale gdy już się ich nauczysz, są one cennymi umiejętnościami które zostają Ci na całe życie. Odkryłem też, że opanowanie tych technik zdawało się usprawnić moją pamięć jako całość, nawet gdy nie starałem się aktywnie zapamiętać informacji. Myślę, że to ćwiczenie wytrenowało moją podświadomość do zbierania i przywoływania informacji bardziej efektywnie.

Szkoda, że tych technik nie uczy się w szkołach. Zaoszczędziłyby studentom ogromnych ilości czasu. Zrób sobie przysługę i opanuj je, gdy jesteś młody. Mają wiele praktycznych zastosowań, włączając w to zapamiętywanie imion ludzi.

10. Baw się naprawdę dobrze!

Podejmij wyzwanie, jeśli chodzi o studia, ale daj sobie również wiele czasu na zabawę. Nie trwoń swojego czasu dla przyjemności na kręcenie się w kółko nic nie robiąc. Wyjdź i zrób coś aktywnie, coś, co pozwoli Ci się wyładować i zwiększy Twoją energię.

Jedną z moich ulubionych aktywnych rozrywek na studiach był frisbee-golf (zwany też disc-golfem). Wieczorami często godzinami grałem z kilkoma znajomymi, czasem dopóki na moich palcach nie pojawiły się pęcherze… albo póki ochrona kampusu nie wykopała nas za trafienie zbyt wielu nie grających z nami studentów. 🙂

Grając we frisbee-golfa często buszowaliśmy po krzakach, brodziliśmy w fontannach i wspinaliśmy się w różne ryzykowne miejsca by odzyskać pogubione frisbee. Było w tym zawsze mnóstwo frajdy, a my zazwyczaj graliśmy bawiliśmy się tymi utrudnieniami. Kilka godzin frisbee-golfa służyło za wyśmienitą nagrodę na koniec wymagającego tygodnia. Wciąż pamiętam bezpośredni strzał, jakim z balkonu na drugim piętrze trafiłem słup lampy na skraju boiska piłkarskiego.

Jeśli chodzi o czas studiów, najbardziej żałuję, że nie miałem w tamtym czasie dziewczyny. Gdybym miał to wszystko powtórzyć, prawdopodobnie wziąłbym jeden dodatkowy semestr i mniej zajęć, by mieć czas dla tej wyjątkowej osoby. Miałem okazję, ale przepuściłem ją ponieważ mój plan był zbyt wypchany. Dziewczyny mogą dać mnóstwo frajdy, ale większość nie jest w tym zbyt skuteczna. 😉

Rady z tego artykułu mają na celu sprawić, by Twoje doświadczenia ze studiów były tak bogate i godne zapamiętania, jak to możliwe. Wykonuj swoje szkolne zadania szybko i wydajnie, abyś miał wiele czasu na korzystanie z różnorodnych możliwości, jakie mogą dać studia. Zapisuj się do klubów. Graj we frisbee. Znajdź sobie chłopaka albo dziewczynę. Najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić, to spędzać swój czas opuszczając się w nauce z powodu złych nawyków, ciągłego poczucia nieprzygotowania i stresu by następnie zajmować się nadrabianiem zaległości. Wyciśnij ze studiów tak wiele, jak się da, i pozwól by służyło Ci to za odskocznię do całego życia w spełnieniu.

Ludzie często zakładają, że mój agresywnie skonstruowany plan musiał być stresujący i wyczerpujący, ale – o ironio! – było dokładnie odwrotnie. Wyglądało na to, że mam łatwiej i dużo przyjemniej niż moi rówieśnicy. Studenci z lżejszymi planami zwalniali tempo i zostawali w tyle bo przekonywali siebie, że będą mogli uzupełnić braki później. Ale ja nie mogłem sobie na to pozwolić, bo byłoby dla mnie niemożliwym gonić na dwunastu różnych przedmiotach… i o wiele zbyt stresujące było w ogóle o tym pomyśleć. Gdybym opuścił się chociaż o tydzień, byłbym w poważnych kłopotach. Byłem więc zafascynowany rozwijaniem dobrych nawyków, które sprawiały że stale byłem zrelaksowany, skupiony i pełen energii. Wiele z nawyków omówionych powyżej wynikło po prostu z postawienia sobie celu skończenia studiów w trzy semestry. Ten cel wyznaczał konkretny proces. Jestem bardzo wdzięczny za to doświadczenie, ponieważ pokazało mi ono jak wiele bardziej efektywni możemy być, gdy tylko zmusimy się do wyjścia poza swoją strefę komfortu. To nauczyło mnie stawiać sobie cele daleko bardziej ambitne niż to, co czułem, że jestem w stanie osiągnąć. Często to, co uważamy za niemożliwe, po prostu takie nie jest. My tylko myślimy, że jest.

Źródło: 10 Tips For College Students

30 dni do sukcesu

30-dniowa próba stanowi potężne narzędzie rozwoju osobistego. Zapożyczyłem ten pomysł od producentów oprogramowania, którzy pozwalają ściągnąć próbną wersję programu i korzystać z niej bez ryzyka przez 30 dni, zanim będą wymagać od Ciebie zakupu pełnej wersji. Jest to też świetny sposób na rozwijanie nowych nawyków, a co najlepsze – śmiesznie prosty.

Powiedzmy, że chcesz wprowadzić sobie nowy zwyczaj, jak program treningowy, czy pozbyć się złego nawyku – na przykład palenia. Wszyscy wiemy, że najtrudniej jest zapoczątkować i utrzymać nowy nawyk przez pierwszych kilka tygodni. Kiedy już przezwyciężysz początkowe opory, dużo łatwiej jest utrzymać kurs.

A my często powstrzymujemy się mentalnie przez choćby rozpoczęciem, myśląc o zmianie jako o czymś permanentnym – zanim w ogóle zaczniemy. Zbyt przytłaczająco wygląda myśl o dokonaniu dużej zmiany i trzymaniu się jej każdego dnia przez resztę życia, gdy jesteś przyzwyczajony do czegoś zupełnie odwrotnego. Im bardziej postrzegasz zmianę jako coś trwałego, tym bardziej utwierdzasz się na obecnej pozycji.

A co, gdybyś pomyślał o wprowadzeniu zmiany tymczasowo, powiedzmy, na 30 dni – potem jesteś wolny i możesz wrócić do starych nawyków? To już nie wygląda tak skomplikowanie. Ćwicz codziennie przez 30 dni, a potem przestań. Utrzymaj schludnie zorganizowane biurko przez 30 dni – i daj sobie na luz. Czytaj przez godzinę dziennie przez 30 dni, a później wróć do oglądania telewizji.

Dałbyś radę to zrobić? To też wymaga nieco dyscypliny i poświęcenia, ale bynajmniej nie tyle, ile wprowadzenie stałej zmiany. Wszelkie napotkane niedogodności są tylko tymczasowe. Możesz odliczać dni do wolności. A przez przynajmniej 30 dni będziesz uzyskiwał pewne korzyści. Nie jest tak źle. Jesteś w stanie to zrobić. To tylko jeden miesiąc z Twojego życia.

No a kiedy już ukończysz tę 30-dniową próbę, co się stanie? Po pierwsze, zajdziesz dostatecznie daleko, by móc teraz ustanowić nawyk, a ponadto będzie on łatwiejszy do utrzymania niż było wprowadzanie go od zera. Po drugie, w tym czasie przełamiesz uzależnienie od starego nawyku. Po trzecie, będziesz miał za sobą 30 dni sukcesu, co da Ci większe przeświadczenie, że możesz kontynuować. A po czwarte, uzyskasz 30 dni wartościowych efektów, co da Ci praktyczną odpowiedź na pytanie czego możesz się spodziewać w przypadku kontynuacji. Jesteś na lepszej pozycji do świadomego podjęcia długoterminowej decyzji.

Dlatego po zakończeniu 30-dniowej próby Twoja zdolność do zakorzenienia nawyku znacznie się zwiększa. Ale nawet jeżeli nie jesteś gotów by zachować nawyk na stałe, możesz zdecydować się na rozszerzenie okresu próbnego do 60 czy 90 dni. Im dłużej utrzymasz się w okresie próbnym, tym łatwiej będzie ustawić sobie nowy nawyk na całe życie.

Kolejna korzyść płynąca z tego podejścia jest taka, że możesz stosować je do testowania nowych zwyczajów, kiedy nie jesteś do końca przekonany, czy będziesz chciał utrzymać je na całe życie. Może chciałbyś spróbować nowej diety, ale nie wiesz, czy nie będzie zbyt restrykcyjna. W takim przypadku zrób 30-dniową próbę i ponownie ją oceń. Przerwanie kiedy wiesz, że nowy nawyk do Ciebie nie pasuje to żaden wstyd. To jest jak wypróbowanie programu przez miesiąc i odinstalowanie go, jeśli nie odpowiada Twoim potrzebom. Nic bolesnego, nic wstydliwego.

Oto kilka przykładów z mojego życia, kiedy wykorzystałem 30-dniowe próby do wprowadzenia nowych nawyków:

  1. Latem 1993 r. chciałem wypróbować wegetarianizm. Nie byłem zainteresowany wprowadzeniem takiej zmiany na całe życie, ale przeczytałem dużo na temat zdrowotnych dobrodziejstw wegetarianizmu, więc poświęciłem na to 30 dni, po prostu dla doświadczenia. Już wtedy trenowałem regularnie, wyglądałem przyzwoicie zdrowo, nie miałem nadwagi (183 cm, 70 kg), ale moja typowa dieta na studiach zawierała sporo śmieciowego jedzenia. Przejście na laktoowowegetarianizm na 30 dni okazało się o wiele łatwiejsze niż się spodziewałem – nie mogę powiedzieć, by było to trudne i bym kiedykolwiek poczuł, że czegoś mi brakowało. W ciągu tygodnia zauważyłem wzrost energii i koncentracji i czułem, że mam o wiele jaśniejszy umysł. A po tych 30 dniach nie miałem żadnych wątpliwości, że zostaje tak jak jest. Zmiana wyglądała na znacznie trudniejszą, niż w była rzeczywistości.
  2. W styczniu 1997 r. zdecydowałem się przejść z wegetarianizmu na weganizm. Podczas, gdy laktoowowegetarianie mogą jeść nabiał, weganie nie jedzą niczego co pochodzi od zwierząt. Rozwijało się u mnie pewne zainteresowanie przejściem na weganizm na całe życie, ale nie sądziłem, że byłbym w stanie to zrobić. Jak mógłbym rozstać się z warzywno-serowymi omletami? Ta dieta wyglądała mi na zbyt restrykcyjną – i to w stopniu zahaczającym o fanatyzm. Ale byłem bardzo ciekaw jak to właściwie jest. Tak więc znów zrobiłem 30-dniową próbę. W tamtym czasie byłem zdania, że dam radę przejść próbę, ale szczerze nie spodziewałem się, bym kontynuował poza tym. Cóż, w pierwszym tygodniu straciłem prawie cztery kilo, głównie kursując do łazienki gdy moje kiszki oczyszczały się z całego zgromadzonego nabiałowego szlamu (teraz wiem, dlaczego krowy potrzebują czterech żołądków żeby odpowiednio strawić to wszystko). Przez pierwszych kilka dni czułem się ohydnie, ale potem poczułem nagły przypływ energii. Miałem też jaśniejszy umysł niż kiedykolwiek wcześniej, jak gdyby „mgła na mózgu” się podniosła; czułem się, jakby mój mózg dostał nowy procesor i pamięć. Jednak największą zmianą, jaką zauważyłem, była moja wytrzymałość. Mieszkałem w tamtym czasie w Marina del Rey i miałem zwyczaj biegania wzdłuż Santa Maria Pier. Zauważyłem, że nie byłem zmęczony po moim zwykłym 3-milowym biegu, więc zacząłem zwiększać dystans do pięciu mil, dziesięciu mil, a w końcu kilka lat później do maratonu. W Tae Kwon Do dodatkowa wytrzymałość solidnie poprawiła moje umiejętności sparingowe. Zgromadzone korzyści były tak duże, że jedzenie, które odstawiłem, po prostu nie było już tak pociągające. Tak więc znów nie miałem wątpliwości, że po 30 dniach utrzymuję tę dietę – i dziś wciąż jestem weganinem. Zupełnie zaskoczyło mnie, że po tak długim czasie na tej diecie produkty zwierzęce które dawniej jadałem po prostu nie wyglądają już na jedzenie. Nie czuję się więc pozbawiony czegokolwiek.
  3. Również w 1997 r. zdecydowałem, że będę ćwiczyć codziennie przez  cały rok. To było moje noworoczne postanowienie na ten rok. Przyjąłem, że będę wykonywał ćwiczenia aerobowe przez 25 minut dziennie, i że nie będę wliczał w to zajęć Tae Kwon Do, na które chodziłem przez 2-3 razy w tygodniu. Łącząc to ze zmianami w diecie, chciałem wyciągnąć moją kondycję na nowy poziom. Nie chciałem opuścić ani jednego dnia, nawet w czasie choroby. Tylko że myślenie o ćwiczeniu przez 365 dni z rzędu było onieśmielające, więc w świadomie rozpocząłem to jako tylko 30-dniową próbę. To nie było już takie złe. Po chwili każdy mijający dzień ustanawiał nowy rekord: 8 dni z rzędu… 10 dni… 15 dni… Było coraz trudniej przerwać. Po 30 dniach z rzędu – jak mogłem nie zaliczyć dnia 31, ustanawiając nowy osobisty rekord? A wyobrażasz sobie przerwanie po 250 dniach? Nie ma opcji. Po początkowym miesiącu na ustanowienie nawyku, przez resztę roku sprawa zadbała o siebie sama. Pamiętam jak jeździłem w tamtym roku na seminarium i wracałem do domu mocno po północy. Pewnego razu miałem przeziębienie i byłem naprawdę zmęczony, ale mimo to o drugiej w nocy poszedłem biegać w deszczu. Niektórzy nazwaliby to głupotą, ale ja byłem tak zdeterminowany do osiągnięcia mojego celu, że nie miałem zamiaru pozwolić, by zmęczenie czy choroba mnie zatrzymały. Udało mi się, dałem radę nie tracąc ani jednego dnia z całego roku. Tak naprawdę ćwiczyłem dalej przez kilka kolejnych tygodni roku 1998 zanim w końcu przestałem, co było ciężką decyzją. Chciałem robić to przez jeden rok, wiedząc, że będzie to potężnym doświadczeniem do którego będę mógł się odnosić – i tak też się stało.
  4. Więcej dietowych spraw… Po tym, jak przez kilka lat byłem już weganinem, nabrałem ochoty by spróbować innych wariantów tej diety. Zrobiłem 30-dniowe próby zarówno z dietą makrobiotyczną, jak i z dietą surową. Były one interesujące i dały nowe spojrzenie na temat, ale żadnej z nich nie zdecydowałem się kontynuować. Jedząc makrobiotycznie nie czułem się inaczej, niż miało to miejsce zazwyczaj. A w przypadku diety surowej, podczas, gdy odczułem znaczący wzrost energii, uznałem też, że ta dieta wymaga zbyt wiele pracy – poświęcałem wiele czasu na przygotowywanie posiłków i często chodziłem na zakupy. Jasne, można po prostu jeść surowe owoce i warzywa, ale stworzenie ciekawych surowych potraw może wymagać wiele pracy. Gdybym miał własnego kucharza, to prawdopodobnie zostałbym przy surowej diecie, ponieważ uważam, że korzyści byłyby tego warte. Zrobiłem jeszcze drugą, 45-dniową próbę surowej diety, ale doszedłem do tych samych wniosków. Gdyby kiedykolwiek zdiagnozowano u mnie poważną chorobę jak rak, natychmiast przerzuciłbym się na całkowicie surową dietę opartą na „żywym pożywieniu”, bo wierzę, że jest to absolutnie najlepsza dieta dla optymalnego zdrowia. Nigdy nie czułem się bardziej wypełniony energią niż gdy byłem na surowej diecie. Ale było mi też bardzo ciężko uczynić ją praktyczną. Mimo to, po przeprowadzonych próbach udało mi się wprowadzić trochę nowych makrobiotycznych i surowych posiłków do mojej diety. W Vegas są dwie restauracje serwujące całkowicie surowe posiłki, w których bardzo lubię jadać, bo kto inny wykonuje całą robotę. Tak więc te 30-dniowe próby tak czy inaczej mogłem nazwać sukcesem, bo dały mi nowe spojrzenie, mimo, że w obu przypadkach świadomie podjąłem decyzję, że nie podtrzymuję nowych nawyków. Jednym z powodów, dla których pełna 30-dniowa próba jest tak ważna, gdy chodzi o nowe diety jest taki, że pierwszy tydzień czy dwa często mijają na detoksykacji i przezwyciężaniu pragnienia, więc dopiero w trzecim czy czwartym tygodniu zaczynasz mieć jasny obraz sytuacji. Moim zdaniem, jeżeli nie przetestowałeś diety przez co najmniej 30 dni, to po prostu jej nie zrozumiesz. Każda dieta obserwowana „z wewnątrz” daje inne odczucia, niż by to wyglądało z zewnątrz.

Ta metoda 30-dniowych prób wydaje się działać najlepiej, gdy mowa o codziennych nawykach. Nie miałem wiele szczęścia próbując wykorzystać ją do wprowadzenia nawyku, który realizuje się tylko przez 3-4 dni w tygodniu. Może ona jednak zadziałać dobrze, jeżeli zastosujesz nawyk codziennie przez 30 dni, a potem ograniczysz częstotliwość. Właśnie w ten sposób robię, gdy wprowadzam na przykład nowy program treningowy. Codzienne nawyki wprowadza się o wiele łatwiej.

Oto parę innych pomysłów na zastosowanie 30-dniowych prób:

  • Przestań oglądać telewizję. Nagraj wszystkie swoje ulubione programy i zachowaj je na czas po zakończeniu próby. Cała moja rodzina zrobiła tak pewnego razu i okazało się to bardzo pouczające.
  • Przestań zaglądać na fora, zwłaszcza, gdy czujesz, że zaczynasz się od nich uzależniać. To pomoże Ci złamać uzależnienie i da Ci jaśniejszy pogląd na to, jakie właściwie korzyści daje Ci uczestniczenie w nich (o ile jakiekolwiek). Możesz zawsze przerwać po tych 30 dniach.
  • Bierz prysznic/kąp się/ogól się każdego dnia. Wiem, że TOBIE akurat to konkretnie nie jest potrzebne, więc przekaż to proszę komuś, komu jest.
  • Spotkaj się z kimś nowym każdego dnia. Rozpocznij rozmowę z obcym.
  • Wychodź każdego wieczoru. Idź za każdym razem w inne miejsce i rób coś ciekawego – zapamiętasz ten miesiąc.
  • Spędzaj codziennie pół godziny na sprzątaniu i organizowaniu swojego domu czy biura. To w sumie 15 godzin.
  • Codziennie wystaw coś nowego na sprzedaż na Allegro. Pozbądź się trochę tych śmieci.
  • Codziennie zaproś kogoś nowego na randkę. Jeżeli Twój współczynnik powodzenia nie spada poniżej 3%, będziesz miał przynajmniej jedną nową randkę, a może nawet spotkasz swoją przyszłą małżonkę.
  • Jeżeli jesteś już w związku, codziennie zrób tej swojej drugiej połówce masaż. Albo zamieniajcie się co drugi dzień tak- to po 15 masaży dla każdego.
  • Rzuć papierosy, colę, śmieciowe jedzenie, kawę czy inne niezdrowe uzależnienie.
  • Naucz się wstawać rano.
  • Codziennie pisz pamiętnik.
  • Każdego dnia zadzwoń do innego członka rodziny, znajomego czy partnera biznesowego.
  • Wykonaj codziennie 25 rozmów telefonicznych aby rozkręcić nowy biznes. Zawodowy mówca Mike Ferry robił tak przez pięć dni w tygodniu, przez dwa lata, nawet w dni kiedy prowadził seminaria. Twierdzi, iż temu zwyczajowi zawdzięcza rozbudowanie swojego biznesu do poziomu sprzedaży o wartości ponad 10 milionów dolarów rocznie. Jeżeli w ciągu roku wykonasz 1300 rozmów telefonicznych, stworzysz porządny biznes niezależnie od tego, jak marne są Twoje umiejętności sprzedażowe. Możesz przełożyć ten zwyczaj na jakikolwiek rodzaj pracy marketingowej, jak zdobywanie nowych linków do Twojej strony internetowej.
  • Każdego dnia publikuj nowy wpis na blogu.
  • Przez godzinę dziennie czytaj na temat, który Cię interesuje.
  • Medytuj codziennie.
  • Każdego dnia ucz się nowego słówka.
  • Codziennie idź na długi spacer.

I znów – nie myśl, że będziesz musiał kontynuować którykolwiek z tych nawyków po upłynięciu 30 dni. Myśl o korzyściach, jakie uzyskasz tylko w ciągu tych 30 dni. Będziesz mógł to wszystko ponownie ocenić po okresie próbnym. Z pewnością rozwiniesz się już dzięki samemu doświadczeniu, nawet, jeśli jest tymczasowe.

Potęga tego podejścia leży w jego prostocie. Nawet, jeżeli wykonywanie pewnej czynności każdego kolejnego dnia byłoby mniej wydajne niż działanie według bardziej skomplikowanego schematu – dobrym przykładem jest trening siłowy, bo odpowiedni odpoczynek to tutaj kluczowy element – często masz większe szanse utrzymać codzienny nawyk. Kiedy postanawiasz robić coś każdego dnia bez wyjątku, nie możesz tłumaczyć sobie czy uzasadniać opuszczenia jednego dnia, ani nie możesz obiecywać sobie, że zrobisz coś później, przebudowując swój plan.

Wypróbuj próby. Jeżeli jesteś w stanie poświęcić się jednej właśnie teraz, zostaw komentarz i podziel się swoim celem na następne 30 dni. Po 30 dniach możemy wymienić się spostrzeżeniami. A nawet zrobię taką próbę razem z wami. Moja będzie taka: wychodzić na rower czy pobiegać przez 25 minut, albo zrobić minimum godzinny spacer po górach codziennie przez 30 dni. Pogoda tu w Vegas ostatnio jest świetna, więc to jest niezła pora by powrócić do ćwiczenia na świeżym powietrzu.

Źródło: 30 Days to Succcess