Steve Pavlina: rozwój osobisty człowieka rozumnego - po polsku!

Trochę do poczytania o rozwoju osobistym i świadomym życiu. Ze szczególnym uwzględnieniem odkrywania sensu swojego życia i budzenia odwagi by podążać jego drogą. Za darmo.

Tag: rev1701

Samodyscyplina

W tym tygodniu zamierzam pisać na temat samodyscypliny. Nowe wpisy w tym temacie będą się pojawiać codziennie, od poniedziałku do piątku. Stworzyłem też nową kategorię na blogu – „samodyscyplina„.

Na temat samodyscypliny, o tym czym ona jest i jak ją rozwijać, napisałem już około 20 stron do mojej nowej książki. W tej serii podzielę się niektórymi z owych pomysłów, skupiając się na tym, co nazywam pięcioma filarami samodyscypliny.

Pięć filarów samodyscypliny

Pięć filarów samodyscypliny to: Akceptacja, Siła Woli, Ciężka Praca, Pracowitość oraz Wytrwałość. W języku angielskim pierwsze litery tych wyrazów układają się w odpowiednik polskiego słowa „bicz”, co pomaga je zapamiętać, gdyż wielu ludzi kojarzy samodyscyplinę z biczowaniem się w celu uzyskania efektów. [Od tłumacza: wybaczcie, ale szkoda mi czasu na konstruowanie czegoś podobnego po polsku. Lepiej, żeby główne zagadnienia pozostały trafnie oddane.]

W ciągu kolejnych dni przedstawię poszczególne filary, wyjaśniając dlaczego są ważne i jak je rozwijać. Ale na początek ogólny przegląd…

Czym jest samodyscyplina?

Samodyscyplina jest zdolnością do brania się w garść i podejmowania działania niezależnie od stanu emocjonalnego.

Pomyśl tylko co mógłbyś osiągnąć, gdybyś po prostu wziął się za realizowanie swoich najlepszych intencji niezależnie od bieżących wydarzeń. Wyobraź sobie, że mówisz swojemu ciału: „Masz nadwagę. Zrzuć dziesięć kilo.” Bez samodyscypliny takie zamierzenie nie przełoży się na efekty. Ale z odpowiednią samodyscypliną możesz uznać sprawę za załatwioną. Szczytowym osiągnięciem samodyscypliny jest moment, w którym podjąwszy świadomą decyzję masz praktycznie zagwarantowane wywiązanie się z niej.

Samodyscyplina jest jednym z wielu narzędzi rozwoju osobistego jakie masz do dyspozycji. Nie jest ona oczywiście panaceum. Mimo to problemy, które może rozwiązać samodyscyplina są istotne, a podczas gdy istnieją inne sposoby rozwiązywania tych problemów, to samodyscyplina właściwie je miażdży. Samodyscyplina może dać Ci zdolność pokonania dowolnego uzależnienia czy zrzucenia dowolnej liczby kilogramów. Może zmieść prokrastynację, nieporządek i ignorancję. W zakresie problemów, jakie może ona rozwiązać, jest po prostu niepokonana. Staje się ponadto potężnym sprzymierzeńcem w kombinacji z innymi narzędziami jak pasja, ustanawianie celów oraz planowanie.

Budowanie samodyscypliny

Moją filozofię budowania samodyscypliny najlepiej wyjaśni poprzez analogię: dyscyplina jest jak mięsień. Im więcej trenujesz, tym jesteś silniejszy. Im mniej trenujesz, tym słabszy się stajesz.

Podobnie jak różnimy się pod względem siły mięśni, wszyscy mamy w różnym stopniu rozwiniętą dyscyplinę. Każdy ma trochę – jeżeli jesteś w stanie wstrzymać oddech na kilka sekund, to masz trochę samodyscypliny. Ale nie każdy rozwija swoją dyscyplinę do tego samego stopnia.

Tak samo, jak trzeba mieć mięśnie, by rozwijać mięśnie, trzeba mieć samodyscyplinę, by rozwijać samodyscyplinę.

Metoda budowania samodyscypliny jest analogiczna do progresywnego treningu siłowego dla budowania mięśni. Polega na dźwiganiu ciężarów na granicy możliwości. Zwróć uwagę, że kiedy trenujesz siłę, to ćwiczysz z takimi ciężarami jakie jesteś w stanie unieść. Wytężasz mięśnie dopóki starczy Ci sił, a potem wypoczywasz.

Podobnie – podstawową metodą budowania samodyscypliny jest podejmowanie wyzwań, jakie możesz z powodzeniem zrealizować, ale które są w pobliżu granicy Twoich możliwości. Nie oznacza to podejmowania się czegoś i ponoszenia codziennych porażek, ani też nie oznacza to pozostawania w strefie komfortu. Nie zyskasz siły próbując unosić ciężary których nie jesteś w stanie ruszyć, ani też nie zyskasz siły nosząc ciężary, które są dla Ciebie zbyt lekkie. Musisz zaczynać z ciężarami/wyzwaniami które mieszczą się w Twoim aktualnym zakresie możliwości, ale jednocześnie są w pobliżu ich granicy.

Trening progresywny oznacza, że kiedy coś Ci się uda, podnosisz stawkę wyzwania. Jeżeli pracujesz wciąż z tymi samymi ciężarami, nie staniesz się ani trochę silniejszy. Podobnie, jeżeli nie uda Ci się stawiać przed sobą życiowych wyzwań, nie wzmocnisz ani trochę swojej samodyscypliny.

Tak samo, jak większość ludzi ma bardzo słabe mięśnie w porównaniu z tym, jak silne mogłyby one się stać dzięki treningom, większość ludzi jest bardzo słaba jeśli chodzi o poziom samodyscypliny.

Błędem jest starać się wymuszać na sobie zbyt wielki wysiłek przy podejściu do budowania samodyscypliny. Jeżeli spróbujesz całkowicie zmienić całe swoje życie w ciągu jednej nocy, ustanawiając dziesiątki nowych celów i spodziewając się, że już następnego dnia zaczniesz konsekwentnie do nich zmierzać, prawie na pewno odniesiesz porażkę. To jest tak, jakby osoba po raz pierwszy w życiu idąca na siłownię zarzucała sobie 150 kilo na sztangę. Będzie tylko głupio wyglądać.

Jeżeli jesteś w stanie wycisnąć pięć kilo, to jesteś w stanie wycisnąć pięć kilo. Nie ma nic złego w rozpoczynaniu od punktu w którym się znajdujesz. Przypominam sobie jak zaczynając pracę z osobistym trenerem, parę lat temu, przy pierwszej próbie wyciskania sztangi byłem w stanie unieść tylko trzykilową sztangę bez ciężarków. Moje ramiona były bardzo słabe, ponieważ nigdy ich nie ćwiczyłem. Ale po kilku miesiącach doszedłem do prawie 30 kilo.

Podobnie, jeżeli w tej chwili jesteś bardzo niezdyscyplinowany, wciąż możesz wykorzystać tę niewielką dyscyplinę, jaką posiadasz, by zbudować jej więcej. Im bardziej stajesz się zdyscyplinowany, tym życie robi się łatwiejsze. Wyzwania, które wcześniej wyglądały na niemożliwe do zrealizowania zaczną w końcu sprawiać wrażenie dziecięcej zabawy. Kiedy robisz się silniejszy, te same ciężary robią się lżejsze i lżejsze.

Nie porównuj się z innymi ludźmi. To nie pomoże. Zobaczysz tylko to, co spodziewasz się zobaczyć. Jeżeli sądzisz, że jesteś słaby, to wszyscy będą się wydawali silniejsi. Jeżeli uważasz, że jesteś silny, każdy inny będzie wyglądał na słabszego. Robienie tego nie ma sensu. Po prostu zobacz w jakim punkcie sam się teraz znajdujesz i staraj się by z czasem być coraz lepszym.

Rozważmy pewien przykład.

Załóżmy, że chcesz rozwinąć umiejętność przepracowania ośmiu godzin konkretnej roboty każdego dnia, bo wiesz, że będzie to miało duży wpływ na Twoją karierę. Dziś rano słuchałem programów audio w których cytowano badania mówiące, że przeciętny pracownik biurowy spędza 37% czasu na jałowym udzielaniu się towarzysko, nie wspominając o innych „przypadłościach”, z którymi ponad połowa czasu pracy jest marnowana na nieproduktywną nie-pracę. Jest więc masa miejsca na ulepszenia.

Być może spróbujesz pracować solidnie przez osiem godzin, nie poddając się odrywającym uwagę zajęciom, a zrobić to jesteś w stanie tylko raz, Następnego dnia kompletnie przepadasz. Zupełnie w porządku. Zrobiłeś jedno ośmiogodzinne „powtórzenie”. Dwa to dla Ciebie zbyt wiele. Daj więc sobie nieco na luz. Jaka długość „ćwiczenia” pozwoliłaby Ci z powodzeniem wykonać 5 powtórzeń (przykładowo cały tydzień pracy)? Czy byłbyś w stanie pracować z pełną koncentracją przez godzinę dziennie, pięć kolejnych dni? Jeżeli nie potrafisz tego zrobić, ogranicz się do 30 minut czy ilekolwiek dasz radę. Kiedy Ci się uda (albo kiedy poczujesz, że to zbyt łatwe, to podnieś poziom wyzwania (np. pod względem potrzebnej wytrzymałości).

Kiedy już opanujesz tydzień na jednym poziomie, w kolejnym tygodniu przejdź poziom wyżej. I kontynuuj ten trening progresywny dopóki nie osiągniesz założonego celu.

Chociaż takie analogie nigdy nie są idealne, na tej udało mi się bardzo daleko zajechać. Podnosząc poprzeczkę tylko odrobinę w każdym tygodniu pozostajesz w zakresie swoich możliwości, a z czasem robisz się silniejszy. Ale kiedy robisz trening siłowy, praca, którą rzeczywiście wykonujesz, nie ma żadnego znaczenia. Nie istnieje korzyść wynikająca z samego w sobie poruszania ciężaru w górę i w dół – korzyść wynika ze wzrostu mięśni. Kiedy jednak buduje się samodyscyplinę, uzyskuje się też korzyść z pracy wykonanej po drodze, więc to jest nawet lepsze. To świetne, kiedy Twój trening generuje coś wartościowego ORAZ sprawia, że jesteś silniejszy.

W przeciągu tego tygodnia zajmiemy się dokładniej zagadnieniem pięciu filarów samodyscypliny. Jeżeli masz jakiekolwiek pytania na temat samodyscypliny (zarówno ogólne jak i szczegółowe) do jakich chciałbyś, żebym się odniósł, to daj mi znać, a ja postaram się po drodze na nie odpowiedzieć.

Ten wpis jest częścią pierwszą sześcioczęściowej serii i samodyscyplinie: część 1 | część 2 | część 3 | część 4 | część 5 | część 6.

Źródło: Self-Discipline

Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga

Wpis z ostatniego poniedziałku – „Jak nauczyć się wcześnie wstawać” – najwyraźniej trafił w czuły punkt wielu osób. Wygenerował on więcej linków, niż jestem w stanie zliczyć i większy ruch niż którykolwiek inny napisany przeze mnie post czy artykuł. Ponadto statystyki oglądalności wskazują, że ta fala była rozproszona (nie wywołała jej pojedyncza wzmianka na jakiejś popularnej stronie).

Wpływ tego wpisu na ruch na StevePavlina.com widać wyraźnie w rankingu „Alexa” (duży skok pod koniec maja 2005 r.). Alexa nie jest specjalnie dokładna, ale jest wystarczająco dobra, by wskazać ogólne trendy.

W zeszły poniedziałek puściłem w Google zapytanie „jak nauczyć się wcześnie wstawać” (w cudzysłowie). Nie było żadnych wyników. A teraz są ich tysiące.

Okay, to było tsunami. Ale dlaczego? Wczesne wstawanie to względnie niegroźny temat, no nie? W każdym razie – ja tak sądziłem kiedy publikowałem wpis.

Wygląda na to, że zagadnienie budzi duże zainteresowanie. Nie do końca rozumiem dlaczego tak jest, ale i tak postanowiłem pociągnąć temat i dodać trochę więcej szczegółów.

Po pierwsze – w kwestii chodzenia spać, kiedy jesteś senny… poprawne podejście wymaga połączenia świadomości i zdrowego rozsądku.

Jeżeli przed snem zajmujesz się pobudzającymi czynnościami, będziesz w stanie zostać na nogach dłużej i na jakiś czas odsunąć od siebie senność. Na studiach brałem udział w rozgrywkach pokerowych trwających do świtu, po których szliśmy często prosto na śniadanie. Kiedy pracuję, jestem ze znajomymi czy zajmuję się innymi pobudzającymi rzeczami, mogę bez problemu siedzieć do późna dłużej niż normalnie.

Ale nie to miałem na myśli, mówiąc o uświadomieniu sobie kiedy robisz się senny. Wspomniałem o teście wskazującym ten moment – kiedy  nie jesteś w stanie przeczytać paru stron tekstu bez utraty koncentracji. Nie znaczy to, że masz czekać z ułożeniem się do snu aż zaczniesz padać z wyczerpania.

Nadejście senności, do którego się odnoszę, ma miejsce gdy Twój mózg zaczyna wydzielać hormony snu. To co innego, niż po prostu zmęczenie. Tu czujesz, jak naprawdę stajesz się senny. Ale żeby do tego doszło, musisz zapewnić sobie odpowiednie warunki – trzeba dać sobie przed snem pewien luz. Uważam, że czytanie to świetny sposób na wyhamowanie przed snem. Niektórzy twierdzą, że czytanie w łóżku to zły pomysł… że w łóżku powinieneś jedynie spać. Ja jednak nigdy nie miałem z tym problemu, bo kiedy jestem zbyt senny, by dalej czytać, po prostu odkładam książkę i idę spać. Ale jeśli wolisz – czytaj w fotelu.

Inny test, z którego możesz skorzystać, jest taki: zadaj sobie pytanie – „Gdybym miał teraz pójść do łóżka, jak szybko bym zasnął?”. Jeżeli sądzisz, że zajęłoby to więcej niż kwadrans, to według mnie powinieneś jeszcze zaczekać.

Kiedy już określisz sobie stałą porę pobudki, do właściwego określania pory na sen możesz potrzebować trochę praktyki. Z początku możesz zaobserwować spore rozbieżności, jednej nocy siedząc do późna, a innej kładąc się do łóżka zbyt wcześnie. Ale w końcu wyczujesz kiedy najlepiej kłaść się do łóżka, by zasnąć natychmiast, a następnego dnia obudzić się rześkim.

Na wszelki wypadek określ sobie ostateczną porę na położenie się do łóżka, i nawet gdy nie jesteś zupełnie senny, to kładź się wtedy spać. Ja nieźle się orientuję ile minimalnie snu mi potrzeba. 6,5 godziny to na dłuższą metę wystarczająca ilość, ale dam radę i sypiając po pięć godzin, o ile tylko nie robię tego każdej nocy. Maksymalnie sypiam 7,5 godziny. Zanim zacząłem wstawać codziennie o tej samej porze, często sypiałem po 8-9 godzin, a czasami nawet 10 – kiedy byłem naprawdę zmęczony.

Jeżeli w ciągu dnia spożywasz kofeinę, prawdopodobnie namiesza ona w Twoich cyklach snu. Pierwszy artykuł zakłada, że nie szprycujesz się by pozostać na chodzie. Jeżeli jesteś uzależniony od kofeiny, pozbądź się najpierw tego uzależnienia. Kiedy majstrujesz coś przy chemii mózgu, nie spodziewaj się, że naturalna senność nadejdzie o odpowiedniej porze.

Ideą poprzedniego artykułu było wyjaśnienie, jak rozwija się zwyczaj wczesnego wstawania. Tak więc porady dobrane są pod kątem budowania nawyku. Raz wypracowany nawyk pracuje bardziej na poziomie podświadomości. Możesz zajmować się pobudzającymi rzeczami, jak gra na komputerze, i będziesz po prostu wiedział, kiedy jest pora na pójście do łóżka. Nawet, jeżeli za każdym razem będzie to inna pora. Test na senność jest ważny dla rozwijania nawyku, ale później wystarczą subtelniejsze sygnały.

Wciąż możesz sobie od czasu do czasu pospać, jeśli masz taką potrzebę. Jeżeli jestem na nogach do trzeciej nad ranem, to następnego ranka nie wstaję o piątej. Ale następnego dnia wrócę do mojego zwyczajnego schematu.

Zalecam wstawanie o tej samej porze przez trzydzieści kolejnych dni aby zakorzenić nawyk. Potem będziesz do tego stopnia uwarunkowany do wstawania o tej samej porze, że ciężko będzie Ci zaspać. Pewnej niedzieli postanowiłem pospać dłużej i nie nastawiłem budzika, ale automatycznie obudziłem się o 4:58. Próbowałem potem jeszcze spać, ale byłem całkiem rozbudzony i nie byłem w stanie znów zasnąć. No, fajnie. Gdy nawyk jest ustalony, nie jest wcale ciężko wstać, zakładając, że kładziesz się na sygnał senności.

Jeżeli masz dzieci, dostosuj się wedle potrzeb. Moje dzieci są w wieku pięciu i jednego roku. Czasem budzą mnie w środku nocy – córka ma ostatnio taki zwyczaj: wpada do sypialni by opowiedzieć mojej żonie i mi o swoich snach, a czasami po prostu żeby porozmawiać. I wiem jak to jest, kiedy niemowlak budzi się co kilka godzin, więc jeżeli jesteś w takiej sytuacji, powiedziałbym że zasadą jest spać kiedy możesz. Niemowlaki nie są za dobre w trzymaniu się planów.

Jeżeli nie możesz wygrzebać się z łóżka, kiedy dzwoni budzik, wynika to prawdopodobnie z braku samodyscypliny. Jeżeli masz dostatecznie silną samodyscyplinę, wyjdziesz z łóżka, cokolwiek by się nie działo. Motywacja może też pomóc, ale motywacja ma krótkie życie i może trwać przez jedynie parę dni. Dyscyplina jest jak mięsień. Im więcej ją budujesz, tym bardziej możesz na niej polegać. Każdy posiada jakąś dyscyplinę (możesz wstrzymać oddech?), ale nie każdy ją rozwija. Istnieje wiele sposobów na budowanie dyscypliny – możesz przeczytać całą sześcioczęściową serię o samodyscyplinie, by dowiedzieć się jak to robić. Zasadniczo sprowadza się to do podejmowania małych wyzwań którym sprostasz, i stopniowego przechodzenia do poważniejszych. Przypomina to progresywny trening siłowy. Wraz ze wzrostem Twojej samodyscypliny wyzwanie wyjścia z łóżka o określonej porze będzie coraz prostsze, ostatecznie – trywialnie proste. Ale jeżeli Twoja samodyscyplina padła ofiarą atrofii, może sprawiać wrażenie nieprzezwyciężonej przeszkody.

Dlaczego wstawać wcześnie?

Powiedziałbym, że głównym powodem jest znacznie większa ilość czasu na rzeczy ciekawsze od spania.

Powtórzę – ja zyskałem w ten sposób 10-15 godzin tygodniowo. Ten dodatkowy czas naprawdę daje się zauważyć. O 6:30 jestem już po ćwiczeniach, prysznicu, zjadłem śniadanie i siedzę przy biurku gotów do pracy. Każdego dnia mogę poświęcić wiele godzin na produktywną pracę, i zazwyczaj do 17 pracę mam z głowy (włączając w to „osobistą” pracę, jak przejrzenie poczty, opłacenie rachunków, odebranie córki z przedszkola itp.) To daje mi 5-6 godzin dziennie, które mogę dowolnie poświęcić rodzinie, rozrywce, klubowi Toastmasters, czytaniu, pisaniu pamiętnika itp. – a co najlepsze, w tym czasie ciągle jestem pełen sił. Mieć czas na wszystko, co dla mnie ważne – to sprawia, że czuję się bardzo zrównoważony, zrelaksowany i optymistyczny.

Pomyśl o tym, co mógłbyś zrobić z tym dodatkowym czasem. Nawet dodatkowe pół godziny codziennie to dość czasu, by regularnie ćwiczyć, przeczytać w każdym miesiącu przeczytać jedną czy dwie książki, utrzymać bloga, codziennie medytować, przygotowywać zdrowe jedzenie, nauczyć się gry na instrumencie itd. W skali roku nawet niewielkie ilości dodatkowego czasu sumują się w pokaźną liczbę godzin. Pół godziny dziennie to 182,5 godziny rocznie. To więcej, niż miesiąc pracy na pełnym etacie (40 godzin tygodniowo). Podwój to, jeżeli oszczędzasz godzinę dziennie, albo pomnóż przez trzy, jeżeli oszczędzasz półtorej godziny. W moim przypadku oszczędność wynosiła właśnie około półtorej godziny dziennie. To jak dostać za darmo dodatkowy rok w każdej dekadzie. Wykorzystuję ten czas na robienie rzeczy, do jakich wcześniej nie zabierałem się z braku czasu i sił. To cudowne.

Przeczytaj oryginalne „Jak nauczyć się wcześnie wstawać?”.

Żeby nauczyć się wstawać z budzikiem, przeczytaj „Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?”.

A jeżeli naprawdę chcesz przenieść swoje spanie na wyższy poziom (poniżej 3 godzin dziennie), przeczytaj „Sen polifazowy”.

Źródło: How to Become an Early Riser – Part II

Jak rzucić kawę

Kofeina jest nowoczesnym narkotykiem preferowanym w świecie pracy, łatwo dostępnym, akceptowanym społecznie, o przystępnej cenie i oczywiście całkowicie legalnym. W kwestii wpływu kofeiny na zdrowie spotkałem się z dowodami zarówno na dobre, jak na i złe następstwa jej spożywania, także w tej chwili nie opowiadam się zdecydowanie po żadnej ze stron. Jednakże jedno jest pewne – kofeina uzależnia. I ten właśnie uzależniający charakter sprawia, skłaniam się raczej ku negatywnej ocenie.

Jako nastolatek pijałem często napoje gazowane, spośród których ulubionym była cola. Nigdy, będąc nastolatkiem, nie piłem kawy i rzadko pijałem ją w szkole średniej. Ale kiedy zająłem się programowaniem gier komputerowych, czasami piłem kawę codziennie, bez przerwy przez całe miesiące. Zawsze też w końcu przełamywałem ten nawyk i przez kolejne miesiące nie miałem do czynienia z kofeiną. Było to jakby cykliczne.

Wtedy przeczytałem książkę Howarda Schultza opowiadającą o historii Starbucksa (którego jest prezesem). Schultz tak dobrze opowiadał o wyśmienitej kawie, że z miejsca na jakiś czas zadomowiłem się w Starbucksie i wypróbowałem wszelkie najróżniejsze rodzaje kawy, espresso, latte itd. Wiem, że nie wszyscy kawosze lubią Starbucksa (moja mama z pewnością do miłośników nie należy), ale i tak uważam, że ich kawa należy do najlepszych. Lion Coffee z Hawajów to inna z moich ulubionych kawiarni. Kupiłem fajny automat do espresso i robiłem w nim własne sojowe cappuccino (unikam wszelkich produktów nabiałowych).

Zacząłem naprawdę lubić smak różnorodnych delikatesowych kaw, oczywiście znacznie lepszych niż lury które zwykłem pić w szkole średniej. Ale bardzo łatwo było popaść w schemat uzależnienia, czyli picia kawy z przyzwyczajenia a nie wtedy, kiedy rzeczywiście jej potrzebowałem. Dziś nadal czasami pijam kawę, ale jest to wyjątek od reguły. Zazwyczaj nie zażywam kofeiny przez całe tygodnie czy miesiące. Odkryłem, że złamanie tego nawyku było dość proste. Oto kilka sposobów:

Sposób 1: Z kawy na herbatę ziołową

Po pierwsze, przerzuć się z kawy na herbatę. Nadal otrzymujesz kofeinę z herbaty, ale już nie tak dużo. Ciesz się dobrą herbatą – nie Liptonem! Ja lubię szczególnie Earl Greya i herbaty zielone. Okazało się to łatwe do przeprowadzenia zupełnie od ręki. Ale jeżeli uważasz, że jest Ci zbyt ciężko przestawić się tak nagle, to rozłóż to w czasie na kilka tygodni – tyle, ile filiżanek kawy pijasz każdego dnia. Na przykład: jeżeli pijesz dziennie 4 filiżanki kawy, to przestaw się na 3 filiżanki kawy i jedną herbaty przez pierwszy tydzień, 2 na 2 przez drugi, 1 na 3 w ciągu trzeciego tygodnia, i ostatecznie 0 na 4 w czwartym tygodniu.

Następnie wprowadź zmianę ze zwykłej herbaty na wolną od kofeiny (nie bezkofeinową) herbatę ziołową. Herbata ziołowa to nie jest prawdziwa herbata, ale jest dostatecznie blisko. Na rynku znajdziesz ogromny wybór różnych smaków. Polecam zakup zestawu różnych herbat, żeby sprawdzić, która zasmakuje Ci najbardziej. Możesz przestawić się natychmiast albo zastosować powyższą stopniową metodę. I jesteś wolny od kofeiny!

Sposób 2: Z kawy na kawę zbożową

Przestaw się z kawy na kawę zbożową. Kawa zbożowa ma się do kawy tak, jak herbata ziołowa do herbaty i z natury wolna jest od kofeiny. Kawa zbożowa nie jest prawdziwą kawą, lecz mieszanką takich rzeczy, jak zboża, orzechy, suszone owoce i naturalne dodatki smakowe, które możesz wrzucić do zwykłego ekspresu do kawy i przygotować coś, co wygląda i smakuje podobnie do kawy. Niektóre kawy zbożowe, jakich spróbowałem, były bardzo gorzkie i, cóż… obrzydliwe. Po wypróbowaniu paru różnych rodzajów odkryłem jedną, która naprawdę mi zasmakowała: Teeccino. Kupuję ją w sklepie Whole Foods. Ma ona najlepszy smak ze wszystkich, których spróbowałem, i występuje w wielu smakach: orzechowo-waniliowa, java, orzech laskowy, czekoladowo-miętowa, migdałowe amaretto itd. Czasami mieszam różne smaki żeby uzyskać ciekawe mikstury. Chociaż wciąż wolę raczej bogaty smak dobrej filiżanki kawy z Sumatry, to też nie jest najgorsze. Smakuje podobnie do kawy, ale ma też swój własny smak i nie jest tak kwaśne jak kawa, Zazwyczaj dodaję trochę „Rice Dream” (mleka ryżowego) do każdej filiżanki, by kawa była bardziej kremowa.

Świetny sposób na przestawienie się na kawę zbożową to mieszanie jej ze zwykłą kawą, kiedy sypiesz ją do filtra w ekspresie. Tak więc jeżeli dajesz normalnie 4 łyżeczki kawy, to spróbuj dać 3 łyżeczki zwykłej kawy i jedną kawy zbożowej, i tak stopniowo zmieniaj proporcje, podobnie jak w pierwszej metodzie wcześniej.

Składową uzależnienia od picia kawy jest po prostu przyzwyczajenie do picia gorącego napoju, tak więc dwie powyższe metody skupiają się na tym. Ja bardzo lubię mieć coś gorącego do picia, zwłaszcza zimą. Mam nawet na biurku mały podgrzewacz do kubków. Zazwyczaj na całe tygodnie przestawiam się pomiędzy Teeccino a herbata ziołową. Dziś wypiłem już dwie filiżanki Teeccino Vanilla Nut.

Przypuszczam, że mógłbyś spróbować podobnego postępowania, jeżeli jesteś uzależniony od napojów gazowanych, przestawiając się na coś innego jak woda czy soki, ale ja nigdy nie miałem trudności z rzuceniem tych napojów.

Nie polecam bezkofeinowej kawy czy herbaty, ponieważ w procesie usuwania kofeiny stosowane są znane czynniki rakotwórcze, a napoje bezkofeinowe są wciąż mocno uzależniające. Na podstawie tego, co w przeczytałem w temacie, powiedziałbym, że lepiej nie mieć do czynienia z kofeiną.

Kiedy rzucisz kofeinę, masz szansę spotkać się z objawami odstawienia. Jeżeli pijam cztery filiżanki kawy dziennie i nagle przestanę, miewam bóle głowy i pleców, i ogólnie moje uczucia przez parę dni odmawiają posłuszeństwa. Ale mimo to osobiście wolę przestawiać się szybko, nie stopniowo. Wolę po prostu przejść przez to odstawienie i mieć problem z głowy.

Po co w ogóle odstawiać kawę?

Nie da się zignorować wzrostu energii i umysłowego przyspieszenia, jakie daje kofeina. Ale kiedy piję kawę, zauważam negatywne efekty uboczne. Wygląda to tak, jakby kofeina powodowała nadaktywność części mózgu, ale też obniżenie aktywności w innych jego częściach. Robię się dobry w załatwianiu spraw, ale bardzo słaby jeśli chodzi o określanie priorytetów. Jeżeli piję dużo kawy, często spędzam masę czasu wykonując góry niezbyt ważnych zadań i okazuje się, że inne nieproduktywne nawyki łatwiej się nasilają. Staję się szczurem w kołowrotku, robiąc więcej i więcej, ale nie osiągając niczego, co naprawdę ma znaczenie. Po spożyciu kofeiny jest mi bardzo ciężko zaprząc pełnię umysłu do skupienia się na szerszej perspektywie.

Czuję też, że kofeina za mocno blokuje moją intuicję i kreatywność. Przegapiam subtelne sygnały, a moje myślenie staje się zbyt liniowe. Czasem myślenie liniowe jest jednak w porządku. Jeżeli mam do zrealizowania wiele zadań umysłowych i mam już przejrzystą listę zadań do zrobienia, to wypicie kawy może mi pomóc w szybszym uporaniu się z nimi. Ale jeżeli mam przysiąść i wykonać wysokopoziomową pracę, jak opracowanie planu na kolejny kwartał, kofeina namiesza w moich procesach myślowych i poważnie zmniejszy moją zdolność koncentracji. Mój umysł na kofeinie zanadto pędzi; ciężko jest utrzymać skupienie na jednej rzeczy.

Ponadto kofeina zdecydowanie zakłóca moje zwyczaje związane ze snem. Nawet jeżeli wypiję filiżankę kawy rano, a przez resztę dnia już żadnej, to i tak nie śpię tak dobrze. Budzę się w środku nocy albo ciężko mi jest rano wygrzebać się z łóżka. Kiedy zupełnie nie spożywam kofeiny, mój sen jest bardziej regenerujący, a pobudka łatwiejsza. Nie doświadczam też tyle senności w ciągu dnia.

Na koniec – kofeina sprawia, że odczuwam większe gorąco niż zazwyczaj, również kiedy śpię. Muszę podkręcać klimatyzację, żeby czuć się komfortowo, więc mamy tu dodatkowy ukryty koszt.

Na stronach Teeccino jest też fajna podstrona o głównych powodach do uwolnienia się od kofeiny.

Nie mówię, że potrzebujesz rzucić kofeinę całkowicie, ale nie sądzę, by dobrym pomysłem było pozostawanie uzależnionym od niej przez cały rok, zwłaszcza, gdy doświadczasz pogorszenia intuicji, kreatywności i kompleksowego spojrzenia. Jeżeli zauważasz, że staje się to uzależnieniem, wypróbuj jeden z powyższych sposobów aby przestawić się na substytut kawy, jak herbata ziołowa czy kawa zbożowa. Będziesz mógł wtedy dalej cieszyć się gorącymi napojami, bez negatywnych skutków ubocznych. Myślę, że jest prościej kiedy masz coś w zastępstwie kawy, niż kiedy miałbyś radzić sobie zupełnie bez tego, ale nie będzie to konieczne dla każdego.

Źródło: How to Give Up Coffee

Jak nauczyć się wcześnie wstawać?

Dobrze jest wstawać przed świtem, nawyk ten bowiem służy zdrowiu, dobrobytowi i mądrości.
– Arystoteles

Czy umiejętność wczesnego wstawania jest cechą wrodzoną, czy nabytą? W moim przypadku – zdecydowanie to drugie. Krótko po dwudziestce rzadko kiedy lądowałem w łóżku przed północą i prawie zawsze spałem do późna. Zazwyczaj nie rozkręcałem się przed późnym popołudniem.

Ale czas leciał i nie dało się nie nie zauważyć silnego związku pomiędzy odnoszeniem sukcesów a wczesnym wstawaniem, również i w moim własnym życiu. W tych rzadkich przypadkach, kiedy udało mi się wstać wcześnie, zauważałem że moja produktywność prawie zawsze była większa; nie tylko rankiem, ale i przez cały dzień. Moje samopoczucie było też zauważalnie lepsze. Skoro więc miałem się za osobę bardzo proaktywną, postanowiłem nabrać zwyczaju wczesnego wstawania. Bez zwłoki nastawiłem budzik na piątą rano…

…i następnego poranka wstałem chwilę przed południem.

Hmmm…

Próby ponawiałem jeszcze wiele razy, nigdy jednak daleko nie zachodziłem. Doszedłem do wniosku, że urodziłem się chyba bez genu wczesnego wstawania. Kiedykolwiek dzwonił budzik, moją pierwszą myślą było: uciszyć ten cholerny hałas i wrócić do spania. Nawyk ten utrzymywał się przez parę lat, aż pewnego razu natrafiłem na pewne badania nad snem. Zrozumiałem wtedy, że podchodziłem do problemu w niewłaściwy sposób. Wykorzystałem opisywane tam pomysły i wreszcie z powodzeniem wypracowałem nawyk wczesnego wstawania.

Ciężko jest opanować tę umiejętność, stosując złą strategię. Przy odpowiednim podejściu jest za to względnie łatwo.

Najpowszechniejsza z nieodpowiednich strategii jest taka: przyjmujesz, że jeżeli masz wstawać wcześniej, to lepiej, żebyś kładł się wcześniej. Ustalasz ile snu potrzebujesz teraz, a potem po prostu przesuwasz wszystko o parę godzin do tyłu. Jeżeli teraz śpisz od północy do ósmej, stwierdzasz, że pójdziesz spać o dziesiątej i wstaniesz o szóstej. Brzmi bardzo rozsądnie, ale zazwyczaj się nie udaje.

Okazuje się, że są dwie główne szkoły myślenia o wzorcach spania. Jedna mówi, że powinieneś kłaść się i wstawać zawsze o tej samej porze. Tak jakbyś miał budzik na obu końcach – próbujesz spać w tych samych godzinach każdej nocy. Wydaje się to praktycznym sposobem na życie w nowoczesnym społeczeństwie. Potrzebujemy przewidywalności dla naszych planów. Musimy też zapewnić sobie odpowiedni wypoczynek.

Według drugiej z tych szkół powinieneś słuchać potrzeb swojego ciała i kłaść się, gdy jesteś zmęczony, oraz wstawać wtedy, gdy w naturalny sposób się obudzisz. Podejście to zakorzenione jest w biologii. Nasze ciała powinny wiedzieć, ile wypoczynku potrzebujemy, a my powinniśmy ich słuchać.

Metodą prób i błędów doszedłem do wniosku, że obie te szkoły prezentują nieoptymalne wzorce snu. Obie z nich są niewłaściwe, jeżeli zależy Ci na produktywności. Oto dlaczego…

Jeżeli śpisz w ustalonych godzinach, czasami trafisz do łóżka, nie będąc zupełnie zmęczonym. Jeżeli zaśnięcie każdego wieczora zajmuje Ci więcej niż pięć minut, to nie jesteś dość senny. Tracisz czas czuwając w łóżku zamiast spać. Inny problem jest taki, że przyjmujesz, iż każdej nocy potrzebujesz tyle samo godzin snu, co też jest błędnym założeniem. Ilość potrzebnego Ci snu zmienia się z dnia na dzień.

Jeżeli Twój sen opiera się na tym, co mówi Ci Twoje ciało, prawdopodobnie będziesz spał więcej niż potrzebujesz – w wielu przypadkach o wiele więcej, powiedzmy o 10-15 godzin tygodniowo (odpowiednik całego dnia na nogach). Wiele osób sypiających w ten sposób przesypia w nocy ponad osiem godzin, a to zazwyczaj za dużo. Ponadto gdy wstajesz o zróżnicowanych porach, Twoje poranki są bardziej nieprzewidywalne. A ze względu na to, że nasz naturalny rytm bywa czasami niezgodny z 24-godzinnym zegarem, może się okazać, że Twoje godziny snu zaczynają się rozjeżdżać.

Optymalnym rozwiązaniem byłoby połączyć oba podejścia. To bardzo proste, i wielu wcześnie wstających robi tak nawet o tym nie myśląc, tym niemniej dla mnie był to przełom w myśleniu. Rozwiązanie było takie: chodzić spać, kiedy jestem senny (i tylko wtedy), a wstawać na budzik o określonej porze (przez 7 dni w tygodniu). Tak więc zawsze wstaję o tej samej godzinie (w moim przypadku – o piątej), ale każdej nocy kładę się spać o innej porze.

Kładę się, kiedy jestem zbyt senny, by pozostać na nogach. Mój test na senność polega na tym, że jeżeli nie jestem w stanie przeczytać jednej czy dwóch stron z książki nie odpływając przy tym, to jestem gotów na spanie. Najczęściej zasypiam w przeciągu trzech minut od położenia się do łóżka. Kładę się, przybieram wygodną pozycję, i natychmiast odpływam. Czasem kładę się wpół do dziesiątej wieczorem, innym razem jestem na nogach do północy. Najczęściej idę do łóżka między 22 a 23. Jeżeli nie jestem senny, nie kładę się spać dopóki jestem stanie utrzymać otwarte oczy. Czytanie to świetna sprawa na taki czas, bo łatwo wyczuć moment odpowiedni na zaśnięcie.

Kiedy co rano dzwoni mój budzik, wyłączam go, przeciągam się przez parę sekund i siadam. Nie myślę o tym. Nauczyłem się, że im więcej czasu zabiera mi wstawanie, tym większa jest szansa, że zaśpię. Dlatego od momentu, gdy zadzwoni budzik, nie pozwalam sobie na żadne dyskusje w myślach na temat korzyści z dodatkowej drzemki. Nawet, jeżeli chciałbym jeszcze pospać, to i tak zawsze wstaję natychmiast.

Po kilku dniach stosowania tego podejścia zauważyłem, że moje wzorce snu nabrały naturalnego rytmu. Jeżeli jednej nocy spałem za mało, automatycznie wcześniej robiłem się bardziej senny i kolejnej nocy spałem więcej. A jeżeli miałem mnóstwo energii i nie byłem zmęczony, spałem mniej. Moje ciało nauczyło się kiedy mnie nokautować, bo wiedziało, że zawsze wstaję o tej samej porze, a pora ta nie podlega negocjacji.

Efekt uboczny był taki, że spałem jednorazowo około półtorej godziny mniej, a czułem się właściwie lepiej wypoczęty. Przesypiałem niemal cały czas, który spędzałem w łóżku.

Czytałem, że większość osób z bezsennością to ludzie, którzy kładą się, kiedy nie są senni. Jeżeli nie jesteś senny i stwierdzasz, że nie jesteś w stanie szybko zasnąć, wstań i zostań na nogach przez jakiś czas. Przetrzymaj senność dopóki Twoje ciało nie zacznie wydzielać hormonów odcinających Twoją świadomość. Jeżeli po prostu chodzisz do łóżka, kiedy jesteś senny, a potem wstajesz o stałej porze, to wyleczysz bezsenność. Pierwszej nocy będziesz siedział do późna, ale zaśniesz natychmiast. Tego pierwszego dnia możesz być zmęczony z powodu zbyt wczesnej pobudki i tylko kilkugodzinnego snu w ciągu nocy, ale przebrniesz jakoś przez dzień i kolejnej nocy będziesz chciał położyć się wcześniej. Po kilku dniach ustali Ci się wzorzec chodzenia spać z grubsza o tej samej porze i natychmiastowego zasypiania.

Jeśli więc chcesz nauczyć się wcześnie wstawać (czy choćby uzyskać większą kontrolę nad swoimi wzorcami snu), spróbuj tego: chodź spać tylko kiedy jesteś zbyt senny, by utrzymać się na nogach, a wstawaj zawsze o tej samej porze.

Edycja z 31 maja 2005 r.: Ze względu na niewiarygodną popularność tego artykułu, napisałem uzupełnienie zawierające parę dodatkowych szczegółów i wyjaśnień – „Jak nauczyć się wcześnie wstawać – część druga”. A jeżeli naprawdę chcesz wynieść spanie na wyższy poziom, poczytaj o moich doświadczeniach ze snem polifazowym, przy którym śpisz tylko 2-3 godziny na dobę, robiąc co kilka godzin dwudziestominutowe drzemki – i tak przez całą dobę.

Edycja z 29 maja 2006 r.: Przeczytaj koniecznie powiązany artykuł: „Co zrobić, by wstawać gdy tylko zadzwoni budzik?”.

Źródło: How to Become an Early Riser

Ciężka Praca

Literatura sukcesu od setek lat chwali korzyści płynące z ciężkiej pracy. Ale czemu tak się dzieje, że dla niektórych ludzi określenie „ciężka praca” wydaje się być w dzisiejszych czasach brzydkim słowem?

Ja definiuję „ciężką pracę” jako pracę, która jest ambitna, stanowi wyzwanie. Zarówno ciężka praca, jak i pracowanie ciężko (np. poświęcanie odpowiedniej ilości czasu by wykonać zadanie) są niezbędne do osiągnięcia sukcesu.

Problem pojawia się, gdy ludzie uważają ambitną pracę za coś bolesnego i niedogodnego. Czy ambitna praca koniecznie musi być bolesna? Nie, oczywiście, że nie. W rzeczywistości, największym kluczem do sukcesu jest nauczenie się czerpania radości z ambitnej pracy ORAZ czerpania radości z pracowania nad nim ciężko.

Dlaczego ambitna praca? Ponieważ ambitna, inteligentnie dobrana praca się opłaca. To właśnie jej ludzie o słabym charakterze będą unikali. I jeśli według Ciebie próbuję stwierdzić, że ktoś unikający ambitnej pracy ma coś nie tak z charakterem, to masz rację… i mowa tu o naprawdę poważnym problemie. Jeżeli unikasz ambitnej pracy, unikasz robienia tego, co prowadzi do sukcesu. Jak chcesz utrzymać siłę mięśni czy ostrość umysłu, to musisz rzucać im wyzwania. Zajmowanie się tylko łatwymi rzeczami prowadzi do fizycznej i mentalnej słabizny i bardzo miernych wyników, a następnie do marnowania ogromnych ilości czasu i energii na usprawiedliwianie czemuż to ta słabizna jest w porządku – zamiast ruszenia zadka i wzięcia za jakieś prawdziwe wyzwanie.

Rozwiązywanie problemów buduje charakter, dokładnie tak, jak dźwiganie ciężarów buduje mięśnie. Kto unika wyzwań, rezygnuje z rozwoju swojego charakteru.

Jasne, że z natury unikamy bólu, więc gdy zadanie wygląda nam na czystą boleść, z pewnością będziemy trzymać się z dala. Tylko że zachowując się w ten sposób unikamy też ważnych okazji do budowania charakteru, samego w sobie będącego ogromnie trudnym zadaniem. Tak więc zamiast bać się wyzwań, musimy nauczyć się je kochać całkiem tak, jak kulturysta uczy się kochać ból przy „jeszcze jednym powtórzeniu” rozrywającym włókna mięśni, które następnie odrastają silniejsze. Kiedy unikasz bólu, tracisz okazję do rozwoju. Taka jest prawda zarówno w odniesieniu do budowania mięśni, jak i budowania charakteru.

Choć powszechnie przyjęta filozofia każe płynąć z prądem, wadą takiego przekonania jest konieczność oddania temuż prądowi kontroli nad naszym życiem. No i OK, dopóki nie masz nic przeciwko biernemu pozwalaniu by życie po prostu Ci się przydarzało. Jeśli czujesz, że jesteś tu aby przez swoje życie być niesionym, a nie prowadzić i napędzać je, musisz też polubić i zaakceptować ścieżki którymi Cię ten prąd prowadza. A czasami prąd nie płynie w najzdrowszym kierunku. Możesz dać mu się nieść i skończyć w całkiem schrzanionej sytuacji, jeśli w razie konieczności nie weźmiesz steru we własne ręce.

Z drugiej strony, istnieje alternatywny sposób spojrzenia na życie: z Tobą jako kierującą nim siłą. Ty tworzysz i sam kontrolujesz ten prąd. Jest to bardziej wymagające, ale i daje dużo więcej satysfakcji. Nie jesteś ograniczony jedynie do  doświadczeń doznawanych biernie czy bezboleśnie – teraz możesz mieć więcej tego, czego chcesz, będąc gotowym na zaakceptowanie i podjęcie większych wyzwań.

Gdybym tylko płynął lekko z prądem mojego życia, to nie nauczyłbym się nigdy czytać, pisać czy korzystać z komputera; to wszystko były wyzwania przy których czułem, że idę pod prąd względem tego, co było proste i naturalne. Nie ukończyłbym żadnych studiów. Nie otworzyłbym własnego biznesu. Z pewnością nie stworzyłbym żadnego oprogramowania. Nie ma opcji żebym przebiegł maraton – człowiek na takie pomysły nie wpada „z prądem”. A już bez najmniejszej wątpliwości nie dawałbym żadnych publicznych przemówień. Ten blog również by nie istniał; to zdecydowanie jest coś stworzonego dzięki rozpędzonej energii, a nie powolnemu dryfowi.

Wierzę, że w życiu niesie nas czasem pewien niewidoczny prąd, ale ja widzę siebie jako jego współtwórcę. Mogę płynąć z prądem, gdy kieruje się on tam, dokąd chcę zmierzać, albo mogę wyjść na brzeg i wytyczyć własny szlak, gdy jest to konieczne.

Kiedy weźmiesz się do roboty i nauczysz się patrzeć na siebie jak na kapitana swojego życia, zamiast jego biernej ofiary, wtedy łatwiejsze stanie się podejmowanie poważnych wyzwań i znoszenie trudów, których czasami one wymagają. Przyjemność z rozwijania charakteru przewyższa dla Ciebie drobne niedogodności, jakich przy tej okazji doświadczasz. Przyzwyczajasz się do coraz dłuższego przebywania czasu poza strefą komfortu. Ciężka praca jest czymś, na co czekasz, bo wiesz że będzie prowadzić do ogromnego wzrostu. I w końcu rozwijasz dojrzałość i odpowiedzialność pozwalającą zrozumieć, że pewne cele nigdy nie zmaterializują się ot tak po prostu w Twoim życiu; zdarzą się tylko wtedy, gdy Ty będziesz aktywnie działać jako siła prowadząca do ich osiągnięcia.

Kiedy stajesz przed stwierdzeniem: „Jeśli zawsze będę unikał ciężkiej pracy, nigdy w życiu nie doświadczę X, Y czy Z.”, trochę łatwiej jest pojąć korzyści z ciężkiej pracy. Co na przykład stracisz? Prawdopodobnie nigdy nie przebiegniesz maratonu, nie poślubisz partnera swoich marzeń, nie zostaniesz multimilionerem, nie będziesz nic naprawdę znaczył na świecie itd. Będziesz musiał zadowolić się tylko tym, co może zapewnić płynięcie z prądem, to znaczy – miernością. Po prostu zajmiesz trochę miejsca i umrzesz, nic tak naprawdę nie znacząc. Świat będzie właściwie taki sam, jak gdybyś nigdy nie istniał (nie bacząc na teorię chaosu).

Jeżeli chcesz osiągnąć pewne naprawdę poważne i interesujące cele, musisz nauczyć się miłości do ciężkiej pracy. Ciężka praca robi różnicę. Jest tym, co odróżnia dzieci od dojrzałych dorosłych. Możesz dalej żyć jak dziecko z desperacką nadzieją, że życie zawsze będzie łatwe – tylko że w takim wypadku utkniesz w dziecięcym świecie, pracując na realizację celów innych ludzi zamiast swoich, czekając aż nadarzą Ci się okazje zamiast tworzyć własne, i wykonując pracę, która w wielkim planie tego świata po prostu nie jest istotna.

Gdy uczysz się akceptować ciężką pracę zamiast od niej uciekać, zyskujesz umiejętność realizowania swoich wielkich celów, nieważne czego by wymagało ich osiągnięcie. Przebijasz się przez przeciwności, które zatrzymują innych, słabszych w swoich postanowieniach. Ale co doprowadza Cię do tego punktu? Co sprawia, że przyjmujesz ciężką pracę?

Twoje przeznaczenie.

Kiedy żyjesz z myślą o wielkim celu, ciężka praca nie jest opcją. Jest koniecznością. Gdy Twoje życie nie ma prawdziwego przeznaczenia, możesz unikać ciężkiej pracy i nie będzie miało to znaczenia, bo zdecydowałeś że Twoje życie samo w sobie tak czy inaczej nic nie znaczy. Więc kogo obchodzi czy pracujesz ciężko czy wybierasz łatwą ścieżkę? Ale jeśli znalazłeś poważne przeznaczenie dla swojego życia, wypełnienie go będzie wymagało ciężkiej pracy – bo każdy sensowny cel będzie jej wymagać. Musisz więc przyznać przed sobą że spełnisz swoje przeznaczenie tylko akceptując ciężką pracę. I właśnie to wynosi Cię ponad strach i ego, ponad to zapłakane małe dziecko które myśli, że przed ciężką pracą trzeba wiać gdzie pieprz rośnie. Gdy poprowadzi Cię przeznaczenie potężniejsze od Ciebie, zaakceptujesz ciężką pracę z czystej konieczności. Dziecko zmienia się w dojrzałego dorosłego, który przyjmuje odpowiedzialność za wykonanie swojej roboty, bo wie, że bez pełnego poświęcenia i ogromu ciężkiej pracy nigdy tego nie osiągnie.

Pragnienie pokonuje przeciwności.

Pokaż mi osobę, która unika ciężkiej pracy, a ja pokażę Ci kogoś, kto nie odnalazł jeszcze swojego przeznaczenia. Ponieważ ten, kto zna swoje przeznaczenie, akceptuje ciężką pracę. On chętnie płaci tę cenę.

Jeśli nie znasz jeszcze swojego przeznaczenia, to w świecie dojrzałych istot ludzkich nic jeszcze nie znaczysz. Jesteś jak rupieć płynący rzeką, której prąd tworzą ludzie żyjący z przeznaczeniem. I w głębi siebie już to wiesz, prawda? Jeśli chcesz mieć znaczenie na świecie, to cenę stanowi ciężka praca. Nie ma żadnych skrótów.

Przeznaczenie i ciężka praca to kumple. Przeznaczenie odpowiada na pytanie: dlaczego. Ciężka praca mówi – jak. Przeznaczenie jest tym, co zmienia zwykłą pracę w pracę pełną miłości. Przeobraża ból ciężkiej pracy w przyjemność wyższego poziomu płynącą z poświęcenia, zaangażowania, zdecydowania i pasji. Zmienia ból w siłę, aż do punktu gdzie nie czujesz już bólu – tak bardzo cieszysz się siłą.

Raz jeszcze – to wszystko sprowadza się do przeznaczenia. Stwórz przeznaczenie dla swojego życia i żyj nim każdego dnia. Wtedy wiele innych nawyków sukcesu, jak ciężka praca i pracowanie ciężko pojawi się automatycznie na swoich miejsca. Zrozum dlaczego. Dlaczego jesteś tutaj? Co znaczy Twoje życie? To jest ostateczny test Twojej wolnej woli.

Źródło: Hard Work

Najlepsza możliwa inwestycja?

W siebie samego! Stopa zwrotu z inwestycji we własną wiedzę i umiejętności będzie znacznie lepsza niż efekty uzyskiwane z akcji, nieruchomości czy innych inwestycji.

Czasem da się ją nawet wyliczyć. Powiedzmy, że kupujesz książkę. Dodajmy nawet Twoją przeciętną stawkę godzinową, przemnożoną przez czas poświęcony na czytanie. Z wielu książek pożytku nie będzie. Od czasu do czasu jednak trafisz na dobry pomysł, który przyniesie ogromne korzyści, nawet i dziesięć razy większe niż poniesione „koszty”. I to w ciągu paru miesięcy. Zdarza się to szczególnie w przypadku książek dotyczących biznesu i produktywności osobistej. Często nie chodzi jednak o jakąś przełomową myśl, a raczej o ciągły kontakt z tymi samymi pomysłami przestawianymi na różne sposoby. W dłuższej perspektywie przekłada się to na stałe zyski. Efekty wykraczają poza same dochody liczone w gotówce. Jeżeli inwestowanie we własną wiedzę sprawi, że postanowisz rzucić palenie, to jesteś w stanie wyliczyć ile w ciągu życia da się zaoszczędzić na kosztach papierosów – ale jaką wartość ma dla Ciebie lepsze zdrowie? Ile warta jest myśl, która sprawi że spotkasz i nawiążesz relację z przyszłym małżonkiem? Ile warte jest zrzucenie dwudziestu kilogramów – i świadomość, że przez resztę życia utrzymasz tę wagę? Ile warta jest kariera dająca pełną satysfakcję?

Od Briana Tracy’ego nauczyłem się triku polegającego na inwestowaniu w rozwój osobisty trzech procent dochodu. Nie wiem, dlaczego przyjął on akurat trzy procent, ale kwota taka wydaje mi się w sam raz. Tak więc jeżeli na miesiąc zarabiasz trzy tysiące, to na własny rozwój osobisty wydasz niecałą stówkę. Możesz za to kupić parę książek w miękkiej oprawie (ale to sporo czytania). Możesz kupić program audio na płytach, albo tańszy w mp3. Wyznaczoną kwotę możesz też odłożyć na poczet kursu czy konferencji. Ceny są bardzo różne, od przysłowiowych paru groszy za uczestnictwo w jednodniowej konferencji do grubych tysięcy za dłuższe specjalistyczne szkolenia. Moim zdaniem najlepiej mieszać różne rodzaje nauki. Ja na przykład kupiłem w ubiegłym miesiącu program audio, parę książek oraz wybrałem się na trzydniowe seminarium.

Nie musisz co miesiąc wydawać dokładnie takiej kwoty. Jeżeli w jednym miesiącu wydasz mniej, a w następnym więcej, to zupełnie w porządku. Staraj się po prostu celować w te 3% w skali roku. Jeżeli taka kwota wydaje Ci się zbyt duża, to zacznij od 1% a potem stopniowo ją zwiększaj. Albo dopóki się nie oswoisz z takim wydatkiem, przyjmij niewielką stałą kwotę.

Budżet ten możesz wykorzystać na rozwijanie siebie w dowolny sposób. Będzie to więc nie tylko wiedza, ale i sprzęt czy usługi – wszystko co pomoże Ci doskonalić się i rozwijać. Ja na przykład z tych pieniędzy skompletowałem sobie domową siłownię z atlasem do ćwiczeń, rowerem treningowym i przeróżnymi ciężarami. Jeżeli jesteś zestresowany, możesz zafundować sobie profesjonalny masaż. Moja żona lubi od czasu do czasu spędzić pół dnia w spa. Jeśli czujesz, że coś będzie dla Ciebie pozytywnym doświadczeniem, to śmiało! Wybierz się na kurs spadochronowy. Zwiedź muzeum. Dołącz do klubu czy stowarzyszenia. Kup program do nauki szybkiego pisania. Naucz się grać na flecie. Naucz się grać w tenisa. Kup sobie tablet.

Taki nawyk całkiem łatwo sobie wypracować. Po prostu na pierwszy dzień każdego miesiąca zapisz w kalendarzu: „Zainwestować w siebie 3%.” Kiedy nadejdzie ten dzień, sprawdź ile zarobiłeś w poprzednim miesiącu i zdecyduj w jaki sposób wydasz te pieniądze. Jeżeli możesz to zrób to od ręki – prosta sprawa w internecie. Pamiętaj, że jest to inwestycja; wydane teraz pieniądze na dłuższą metę będą się w różnym stopniu zwracać – zależnie od tego na co pójdą.

Jeżeli prowadzisz własny biznes, możesz zdecydować czy będziesz inwestować procent od przychodu brutto czy netto. Ja przyjąłem brutto, co oczywiście daje mi większy budżet. Wybierz jakąkolwiek kwotę która jest dla Ciebie w porządku.

Mimo że ogólnie zakupy stanowią dla mnie wyzwanie, tego typu kupowanie lubię. Możesz zafundować mi szał zakupów za dziesięć tysięcy w lokalnym centrum handlowym, a ja nie znajdę tam nic interesującego. Ale kiedy przychodzi do inwestowania w wiedzę i umiejętności, to nagle wymyślenie listy życzeń nie sprawia żadnej trudności. Fajnie jest rozmyślać: „Mam do wydania tyle a tyle na rozwój osobisty – co by tu wybrać?” Kupmy 30 punktów lepszego zdrowia, 10 punktów powodzenia w finansach, 5 punktów umiejętności interpersonalnych i 20 punktów budowania związków.

Miłego wydawania! 🙂

Źródło: The Best Place to Invest Your Money